wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 27 sierpnia 2009
za kilka godzin.
prawie wszystko spakowane. maz i malina juz w lozkach. ruszamy o swicie. uwielbiam ten moment, kiedy o 4 rano szepce malinie do ucha:
 - jedziemy?
i ona sie usmiecha. budzi i jest gotowa. nasz pierwszy przystanek to lucca, zatrzymalismy sie tam rok tmu na kawe i wszyscy troje obiecalismy sobie, ze wrocimy. znalezlismy piekny hotel i zostajemy tam dwa dni. potem promem na korsyke, a ktorej nas nie bylo od urodzi maliny. i tu od luksusow (hotel w okolicy centurio) po trzy noce pod namiotem na campingu niedaleko lumio. malina chyba najbardziej wzruszona jest ta czescia podrozy, bo namiot marzy jej sie od dawna. camping polozony jest na wzgorzu, z ktorego rozposciera sie niesamowita panorama cudowna i noca i za dnia. to sa nasze czasy wakcji na motorze, ciekawe jak teraz bedzie z malina. potem prom na sardynie i tydzien w hotelu, w ktorym bylismy rok temu i dwa lata temu i trzy lata temu i obiecalismy sobie, ze juz starczy, ale nie moglismy sie powstrzymac. taka mieszanka hoteli i namiotu jest nielatwa do pakowania. w roznych torbach mam mundurki jedwabne i szczudelka (ulubione meza) a w innych spiwory, poduchy i malutki kocherek, ktory ma - jak nasze malzenstwo 16 lat i stalowe kubki, w ktorych rano pije sie kawe a wieczorem wino.
wracamy prosto na pierwszy dzien szkoly.

ide dalej sie pakowac.
środa, 26 sierpnia 2009
zaczarowane okulary.
po powrocie od dziadkow, kupilam malinie okulary do spania. czarny plusz obszyty rozowa koronka. i od tygodnia malina kladzie sie do lozka, zaklada okulary i zasypia jak zaczarowana. nie trzeba zostawiac swiatla w przedpokoju, bo teraz ma czarno i jest jej wszystko jedno. spi jak suselek.


berlin
pewnie dlatego lubie berlin, ze mi troche przypomina warszawe. moglabym tu zamieszkac od zaraz. juz.
wczorajsze rozadanie nagrod odbylo sie w teatrze a party w centrum mercedesa, wiec trzeba bylo przejsc kawalek ulica. goraca noc, swiatla, wszycy w szampanskich humorach. zalala mnie fala hormonow szczescia. takie uczucie jak pierwszy wieczor po zdanych egzaminach, poczatek lata, wieczor na nowym swiecie a potem na warszawskiejstarowce kiedys tam sto lat temu.
wybawilam sie za wszytkie czasy w fajnym towarzystwie i dopiero dzis czuje, ze buty musialy mnie strasznie uwierac. stopy mi odpadaja. szpilki to jednak nie dla mnie. jestem raczej koturnowa. do samolotu zakladam adidasy albo polece boso.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
obowiazki. duzo obowiazkow.
calkiem przypadkowo zbieglo sie w czasie, ze dzieci kilku moich znajomych osiagnely magiczny wiek 3 lat i kolezanki poszly pracowac. i nagle? odwolane jest spotkanie w sobote. dzwonie w poludnie: rozmowa krotka, nerwowa: oj sorry, zadzwonie pozniej, mam stres. moze wieczorem zadzwonie, co? wieczorem nie ma czasu. sms trzy dni pozniej: nie mialam kiedy zadzwonic. moze jutro sie uda?
tak. tak. moze sie uda, moze nie. ale pamietam ten obrazony ton sprzed pol roku: - juz trzy razy przekladasz nasze spotkanie, moze zwyczajnie nie chcesz sie spotkac? ja nie to nie!
 - chce. chce - odpowiadam - ale ciagle mi cos wypada.
 - jak sie chce to zawsze mozna sie umowic.
no mozna, mozna. ale czasem nie mozna. praca i dziecko to jednak nie to samo co dziecko i dom. bo to jest praca i dziecko i dom. amen.


discount.
mieszkam na prowincji monachium i mam jedna uliczke pelna sklepikow, ktore mozna odwiedzic na piechote. ksiegarnia, ciuszki, spozywczy, papierniczy, bio zywnosc, drogeria. od miesiecy prowadze misje: kupujcie na tej uliczce. tylko dzieki naszym zakupom te sklepiki przezyja. w sobote poszlam tam z cala lista rzeczy potrzebnych malinie do pierwszej klasy, ktora sobie wydrukowalam ze storny internetowej jej szkoly.
poszlam do papiernika. ludzie, pamietacie z dziecinstwa te papierniki, w ktorych zawsze, ale to zawsze jest cos ciekawego do kupienia? cos co koniecznie trzeba miec. podalam pani liste i poprosilam o skompletowanie przyborow do szkoly. pani zaczela ukladac rzeczy na ladzie i wciaz sie dopytywala: i flamastry tez? i olowki tez? i klej tez? w koncu nie wytrzymalam i zapytalam czemu sie tak dziwi, bo przeciez to wszystko malina potrzebuje do szkoly jak pewnie z ponad sto dzieci w okolicy.
 - tak, ale takie rzeczy to sie dzis kupuje w aldim albo dm, bo duzo taniej. - wyjasnila ze smutkiem pani i z wdziecznosci nawrzucala malinie mnostwo prezentow: kredki, gumke rozowa, plan lekcji, zeszyty z zadaniami itp.
drazni mnie aldi, tchibo ale i tak chodze do h&m. musze to zmienic. dam rade?



środa, 19 sierpnia 2009
jak sie uczy meza respektu.
moj maz nie wkurza sie zbyt czesto, nie zlosci zbytnio, nie pamietam zeby kiedys krzyczal ze zlosci. dlatego od razu podskoczylo mi cisnienie, kiedy w sluchawce uslyszalam jego podniesiony glos:
 - sluchaj! musisz mi pomoc!!!
o jezu. powinien byc na lotnisku w drodze na wazna prezentacje w rumunii.
 - idz na gore i zobacz czy zostawilem laptop w biurze.
lece. nie ma.
 - moze zostawilem w pokoju na dole?
lece. nie ma.
 - moze w przedpokoju?
 nie ma. nigdzie nie ma. kurcze.
 - moze zostwiles w samochodzie?
 - nie moge sprawdzic, jestem juz odprawiony. zaraz lece. nie zdaze pojsc na parking. ale leciec kurcze tez nie mam po co. wszystko co mam pokazac jest w tym laptopie. scheisseeee!!!! - krzyczy moj maz. moja ostoja spokoju. o boze jak sie zdenerwowalam. i nagle jak pomylowy dobromir wpadam na pomysl.
 - idz do celnikow. pewnie wyjales laptop jak zwykle do przeswietlenia a potem sobie poszedles i zapomniales. pewnie wziales tylko torbe i zapomniales, ze laptop jechal na tasmie oddzielnie.
 - nieeeee... no taki glupi to przeciez nie jestem! - wola moj przejety maz, ktory przynajmniej raz w tygodniu gdzies lata i odprawa jest dla niego rutyna.
 - idz! - wolam. rozlaczamy sie. pewnie idzie. jak go znam to biegnie. za kilka minut dzwoni:
 - jestem gluuuuuuupi! kocham cie! skad wiedzialas???
 - bo ja wszystko wiem. wiec uwazaj, tak?





ja w tym wieku wiedzialam tylko, ze ball to pilka.
malina lata boso po nieskoszonej trawie pelnej os. wzburzam sie i przywoluje ja do porzadku a ona na to:
 - you are furious!




wtorek, 18 sierpnia 2009
trzeci jezyk
malina myslala, ze pobawi sie na campusie kilka dni i bedzie mowic po angielsku jak po polsku a do tego droga daleka. w samochodzie popisuje sie znajomoscia slowek.
 - mamusiu pytaj mnie.
pytam wiec:
 - pies?
 - dog.
 - kot?
 - cat
 - dom?
 - house.
 - dziewczynka?
 - girl.
 - chlopiec?
 - pig.
 - pig?
 - a nie pig?
 - nie...


poniedziałek, 17 sierpnia 2009
peace.
maz oznajmil mi dzis przy kolacji, ze gdyby wszyscy faceci mieli takie zony jak ja to nie byloby wojen.

ludzie mysleliby tylko o seksie i nie mieliby czasu na jezdzenie czolgami czy rzucanie bomb.

przyniosl z piwnicy moje rozowe drewniaki na 12 centymetrowych koturnach zeby juz staly i czekaly na wakacje. co sobie kolo nich przechodzi to sie cieszy. za dwa tygodnie wyruszamy.




malina pingwin.
od rana malina cwiczy:
 - do you want to play with me?
 - sing along with me!
 - my name is malina.
 tatus zawiozl ja na pierwszy dzien angielskojezycznego campu "pingwiny". przyjechali za wczesnie. szkola montesorri - marzenie nie szkola. maz twierdzi, ze od razu chcial tam zostac i zamieszkac na zawsze.  na skraju lasu, piekne drewniane podlogi, piekne okna, wszyscy mili jak nie wiem. no ale same obce dzieci i wszystko po angielsku. maz mowi, ze jakos go w brzuchu slrecilo, ze ma maline tam sama zostawic a malina na to:
 - idz juz, przeciez wiesz, ze dobrze mowie po angielsku. yes. yes.
maz zostal jeszcze, bo rodzice zostali zaproszeni do wspolnego klaskania powitalnej piosenki. zaraz potem malina zabrala swoj plecak, pomachala lapka i pobiegla do swojej grupy. maz sie zastanawial czy ja sledzic czy nie, ale jednak jakos udalo mu sie dotrzec do samochodu i odjechac.


piątek, 14 sierpnia 2009
zagubiona malina.
po przeczytaniu wieczornej bajki, malina moze udziadkow jeszcze prez kwadrans poogladac w lozeczku ksiazeczke. potem oma wylacza swiatlo, zostawia uchylone drzwi i malina zasypia a oma i opa popijaja na trasie wino i kontempluja wydarzenia dnia. wczoraj cos ome natchnelo, ze po pol godzinie poszla zajrzec czy malina spi i... zastala puste lozko. oma wpadla w poploch. razem z opa zaczeli przeszukiwac wszytkie pokoje, lazienki, nawet otworzyli wejsciowe drzwi a nastepnie wpadli w panike a tesciowa histerie. zlekli sie, ze moze malina wdrapala sie na okno? co sie moglo stac?!!! okno jest zawsze szeroko otwarte w ich sypialni i szukajac tam dziecka znalezli maline w ich wlasnym lozu. malina zakradla sie tam zeby w  zrealizowac swoje tajemne marzenie: wyprobowac okulary do spania z czerwonego atlasu, ktore leza na nocnym stoliku omy. zapomniala sie i zasnela. dziadkowie wybuchneli glosnym smiechem, ale malina spala jak zaczarowana, rowniutko na plecach zeby okulary sie nie zsunely. opa zaniosl ja do lozeczka a potem poszli sie relaxowac i nacieszyc, ze nic sie nie stalo.



środa, 12 sierpnia 2009
jestem matka subiektywna. niesprawiedliwe i emmocjonalne zwierze.
nie lubimy sie z tesciowa. tak mozna sobie powiedziec po 16 latach malzenstwa. szczerze. tak. tesciowa niby kocha maline, ale malina jest zbyt lylowa, zeby moc ja kochac bez konca i bez zastrzezen. czuej sie, ze opa-dziadek kocha maline jak wariat a oma-babcia troche sie do tej milosci zmusza. a teraz jak malina zawija wlosy za uszy moim charakterystycznym ruchem to oma ledwie ukrywa wkurzenie. malina zostala na tydzien u dziadkow. dziadek szaleje. lazi z nia na koniki, na godzinne spacery z psem, na basen. babcia przygotowuje posilki i tyle. tym razem jest jednak jakos inaczej. malina zaczyna owijac sobie niemiecka babcie wokol malego palca. babcia wpada w dobrze znana mi malinomanie. dzwoni do mnie rano, w poludnie i wieczorem, zeby opowiedziec jak to malina jest genialna, a jak cos tam powiedziala a jak cos tam zrobila...
 - no nie wobrazasz sobie...
no moge. ale najbardziej zadziwiam siebie naglym przyplywem sympatii do tesciowej. jestem subiektywna i niesprawiedliwa. wystarczy, ze tesciowa zakochala sie w malinie i juz nie jest taka zla. iracjonalne i glupie, ale mile.





perseidy.
dzis w nocy niebo sypie perseidami. powinno sie patrzec w noc i marzyc. ale moje marzenia sa tak nierealne, ze nie warto obarczac nimi nieba.


smierc krolika.
sasiadeczka dostala rok temu klatke dla krolika. taka duza, ze jakby chciala to sama moglaby w niej spac. trzy dni temu dostala do tej klatki krolika. rudego, malutkiego  i tak zestrachanego nowym wielkim domostwem, ze za nic nie mozna go tam znalezc. a jak juz sie znajdzie, to nie mozna go dotknac, bo nieszczesne zwierze umiera ze strachu. i teraz malina nie wie co zrobic ze swoimi marzeniami. marzyc psie? o kocie? teraz marzy troche o kroliku. patrze jak cos omawia z sasiadeczka przez plot. po czym gna przez ogrod doniesc mi - w takim przejeciu graniczacym z radoscia! - ze krolik troche umarl.
 - troche? jak to?
 - no prawie umarl... znaczy: umarl.
malina widzi po mojej minie, ze wiadomosc aczkolwiek niecodzienna, jest bardzo smutna. malina milknie wiec i idzie pod prysznic. myje sie. myje. w koncu sie pyta:
 - mamusiu, moge poleciec tam na chwile i zobaczyc jaki on jest ten krolik jak tak umarl?
 - mozesz. wiesz co... sasiadeczka pewnie placze i jest smutna. musisz ja pocieszyc.
malina zabiera prezencik - pocieszac i leci.
wraca po kwadransie.
 - mamusiu. krolik nie umal. tylko lezy na boczku. pewnie mu goraco.


dwie male dziewczynki. sasiadeczka i malina. jedna nie wie zupelnie czym naprawde jest smierc, druga wie az za dobrze.


czwartek, 06 sierpnia 2009
malina w bibliotece.
sasiadeczka zaprosila maline na wycieczke do biblioteki. pojechaly na rowerach. nie wracaly godzine a choc wiedzialam, ze sa z mama sasiadeczki na wozku inwalidzkim to jednak umieralam troche ze strachu. wrocila wniebowzieta, doroslejsza, grzeczna jak aniolek.
mnie sie podoba.
nowa lazienka niemal gotowa. jest tak piekna, ze nigdzie jeszcze takiej nie widzialam. i nie przeszkadza mi, ze robotnicy sie smieja:
 - bidet? to tylko u turkow i niepotrzebnie zabiera miejsce.
ze sasiadka kreci glowa:
 - te kafle... no jakby zaszly grzybem.
ze elektryk pyta:
 - i jak panstwo to wykoncza? bo teraz to troche szpital.
a to juz wykonczone. nawet troche mi szkoda, ze beda wstawione drzwi, bo co sobie przechodze to zagladam, wieczorem zapalam swiatlo, ciesze sie.

pochwalilam sie lazienka mamie. mama sprawdzila ceny w polsce i okazalo sie, ze drozej niz niemczech, wiec zebym jej kupila. ona za dwa tygodnie remontuje swoja lazienke. w sklepie internetowym jest w niemczech rzeczywiscie znacznie taniej ale za to czeka sie prawie dwa miesiace. mama oznajmila, ze nigdy jej w niczym nie moge pomoc i sie obrazila. amen.
Archiwum