wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 31 sierpnia 2011
malinowy dzien
rano poszlysmy do pobliskiej ksiegarni kupic jakies sudoku i cos do malowania/krzyzowkowania i z zagadkami. jutro malina jedzie do dziadkow. na caly tydzien. wybralysmy zeszyt z zagadkami o koniach, zeszyt z nalepkami konnymi i szczegolowymi opisami konskich ras i slicznie ilustrowane bajki ezopa. wychodzimy z ksiegarni:
 - mamusiu, kupilas mi takie fajne ksiazeczki to ja cie zapraszam na kawe! - malina triumfalnie wyciaga portmonetke z torby. idziemy na kawe.
malina zamawia sobie toast hawajski, ja rolade truskawkowa. rolada laduje na stole niemal natychmiast, ulubiona pani kelnerka "tlumaczy sie" przed malina:
 - toast hawajski potrzebuje troche czasu, musi jeszcze doleciec... hawaje sa straaaaasznie daleko!
malina jest zachwycona dowicipem i powtarza go potem kazdemu, kogo spotka.
potem leze w hamaku i prowadze trundna rozmowe (temat na osobny wpis wlasciwie) a dziecko serwuje mi wlasnorecznie zebrane poziomki (rosna u nas jak chwasty, wszedzie) pomieszane malowniczo ze stokrotkami a do tego wode sodowa w szklance ozdobionej cytryna. bo malinie marzy sie wlasna restauracja...
pracuje, pracuje, ale musze zrobic przerwe, zeby obejrzec nowy program akrobatyczny. malina wspina sie po sznurach wyciaga artystycznie i nozki i raczki. wystudiowany usmiech, uklon w skupieniu, bo malina chce byc przeciez akrobatka cyrkowa.
potem dostaje salatke z ogrodowych jablek, twarozku i powidel sliwkowych, co byloby calkiem smaczne, ale niestety posypane dwoma kilogramami cukru jest trudne do zjedzenia. malina chce kiedys byc cukiernikiem i jak mi nie smakuje to prosze bardzo moze za mnie dokonczyc.
pod krzakiem malina majstruje cos wytrwale, ale nie mam czasu dokladnie zobaczyc co, bo akurat pali sie w moim projekcie. szybko musze mailowac i telefonowac. dopiero pozniej mam sie zglosic na masarz. malina powbijala w ziemie patyczki o dlugosci 4-5 cm. cos jak loze fakira? miedzy patyczkami ozdobnie leza liscie klonu, obok serce z okraglych kamieni, obok mini loze fakira. mam usiasc na poduszce i stopami "glaskac" to loze, co ma byc masazem dla stop. wersja mini jest dla dloni a serce z kamieni to chlodny odpoczynek po masazu.
na kolacje jadlysmy ravioli w masle szaswiowym - szalwia posiekana wlasnorecznie przez maline i z naszego ziolowego wzgorza:-)
na kamieniu postawilysmy wszystkie swieczki jakie mialysmy i tak znalazl nas tatus. potem czekalismy na jeza, ktory znow nie przyszedl, wiec malina poszla spac czytajac opowiesc co to znaczy, ze mowienie jest srebrem a milczenie zlotem.
maz nalal wina. siedzimy przy swiecach, cieplo, gwiazdy i juz tesknimy. jutro malina zostanie u dziadkow. chyba maliowe czulki jakos wyczuly te rodzicielska melancholie. tup, tup tup... na tarasie malina w pizamie do podlogi:
- jakos nie moge zasnac...
rzucilismy sie na dziecko:
 - nie mozesz spac? ojej, no to posiedz z nami...



malinowa milosc. slepa:-)

zawodowo zajmuje sie pewnym filmikiem. malina jest wielka fanka shakiry, wiec jej go pokazuje, bo jestem pewna, ze zaraz rozpozna swoja ulubienice. malina patrzy, patrzy i kreci z podziwem glowa:
 - to ty!!! ale piekne! ...

to sie chyba nazywa slepa milosc dziecka do matki:

http://www.youtube.com/watch?v=7HLydPBuRy0

wtorek, 30 sierpnia 2011
zycie inne niz bylo w planach. wpis pomidorowy.
latami opowiadalismy sobie, ze nie chcemy dzieci a prosze jaka malina malinowa nam sie udala.
latami tez chcielismy mieszkac pod dachem w nowoczesnym studio, mieszkamy w skrzypiacym domku z rozwalajaca sie szopa.
w tym roku w dwoch wielgachnych donicach posadzilam 4 malutkie roslinki. ze to niby pomidorki beda. kazda kosztowala 90 centow, wiec jakby uschla to jakos przezyje pomyslalam i podsypalam nawozen na pomidory.
na poczatku obrywalam dzikie klaczki ale potem a to wyjechalam, a to zapomnialam i pomidory sobie urosly w wielki, nieprofesjonalny gaszcz. niektore ambitnie wspiely sie po dachu, wplataly w winogrona i nie mialam serca ich obcinac.
teraz maz przed kolacja przynosci garsc czerwoniutkich pomidorow i smieje sie od ucha do ucha. od wakacji jemy codziennie pomidory i wcale ich nie ubywa a smakuja jak jakies swiatowe delicje. a tak nam sie marzyl taras na dachu: samo drewno i kamienie.

dzis przyszedl moj hamak. maz rozwiesil go miedzy jablonkami. jutro dokupie jasnoblekitne poduchy. i jak sie poloze to mnie nikt z tego nie wyciagnie... bede sie hustala i hustala. do jesieni.



malinowe wakacje pod jablonka.
z 6 tygodni letnich wakacji malina spedza 3 w domu. pierwszy raz w zyciu. i wciaz powtarza, ze to takie piekne wakacje. spi do 10 rano w pizamie pije herbate w ogrodku, owinieta w koc i czyta swoja gazetke. potem sniadanie, potem na hulajnodze przyjezdza a. dostaja ode mnie dwa chodniki i jeden dywan i w krzakach buduja dom: sypialnia z poduchami w mini namiocie (taka lazowa muszla), kuchnia z orzeszkami i misiami gumowymi, pokoj do zabawy z plansza monopoly i tam spedzaja calutki dzien. wszystko otoczone 25-metrowym parawanem plazowym, prawdziwa rezydencja. jak bylo goraco to do dmuchanego basenu lalam im wody a pod wieczor szlysmy na lody. wieczorem malina siedzi z nami do pozna, zapalamy swiece i pochodnie i czekamy na zaprzyjaznionego jeza. w tym roku odwiedza nas niechetnie. malinie to nie przeszkadza. idzie spac w naszej sypialni, bo przez otwarte okno moze slyszec jak siedzimy, pijemy wino i gawedzimy. potem tatus przenosi ja do jej lozka, ale o tym malina nie ma zielonego pojecia...
kiedys wymyslalam jej kursy angielskiego, kursy malowania, teraz malina zajmuje sie swoim czasem sama. ja jestem tylko odpowidzialna za posilki w odpowiednim momencie, serwowane pod jablonka...
za dwa dni jedzie do dziadkow na 5 dni i cieszy sie i troche jej szkoda.


piątek, 26 sierpnia 2011
malinowe sasiadki
jak malina byla mala dostala rower czerwony z niebieskimi dodatkami. mama saasiadeczki:
 - no ladny! ale takie male dziewczynki to chyba jezdza najchetniej na rozowach rowerkach, co?
malina dumna, w niebieskim kasku pokrecila glowa:
 - ja wole moj, bo ma misie.
teraz malina dostala rower bialy, duzy, z liliowo rozowymi esami floresami. sama bym taki chciala. mama sasiadeczki:
 - w twoim wieku to przeciez rozowy jest out. jak sie w twojej klasie dowiedza, mam bedzie musiala kupic nowy!
malina oburzona:
 - to nie jest rozowy tylko fioletowy! to jest najpiekniejszy rower jaki w zyciu widzialam!
na szczescie malina (w przeciwienstwie do malinowej mamusi, ktora zazdrosci wszystkim wszystkiego) uwaza - a ma to po swoim tatusiu - ze to co ma jest super, jest szczesliwa i niczego poza tym nie chce. takie wiec komentarze znajomych mamus splywaja po niej jak po kaczce zimna woda, ale mnie niezle wkurzaja. podobnie jak w sobote, kiedy wracamy z polskiej szkoly malina staje w obliczu pytania:
 - o! tornister! a gdzie ty bylas?
pytaja na zmiane obie sasiadki, dorosle kobiety, ktore od 4 lat wiedza przeciez, ze w soboty malina chodzi do polskiej szkoly. maliona chodzi chetnie, spotyka fajne polskie dzieci, nauczycielki ucza z powolania (nie zarabiaja tam prawie nic) i nawet jej do glowy nie przychodzi, ze moze byc inaczej:
 - jak to gdzie? w polskiej szkole! - smieje sie i pokazuje tornister niepraktyczny ale jakiz piekny!
na to "zmartwione" sasiadki:
 - ojej, to ty nawet w soboooote musisz chodzic do szkoly?
 - tak! - do tej pory odpowiadala malina bez cienia watpliwosci, co do sensu chodzenia w sobote do szkoly. ale ostatnio po takiej akcji spytala po kolacji:
 - czy ja zawsze bede musiala w sobote chodzic do szkoly? inne dzieci to sie bawia...
wytlumaczylam, ze przeciez to jest tylko co druga sobota i tylko przepoludnie i jesli nie chce to zawsze mozemy zrezygnowac.
gdyby nie chodzilo o maline to mialabym jakas kasliwa odpowiedz na podoredziu, ale ze malina stoi obok i chpodzi o sasiadki, z ktorymi trzeba zyc mimo wszytsko usmiecham sie tylko i spiesze do domu.



czwartek, 25 sierpnia 2011
matka pracujaca

wiem, wiem, w taki skwar trzeba sie myc letnia woda a nie zimna. niestety moj mozg jakos tak steruje moim cialem ze potrzebuje lodowatej wody. komp na stole, pod stolem malinowa cerata do malowania a na krzesla ja w mokrej kiecce. co i raz wychodze do ogrodu i staje pod prysznicem. przykrecilysmy z malina ogrodowego weza do wisienki tak mamy ogrodowa lazienke. potem siedze taka mokra i tylko to pomaga mi sie skupic nad praca. puhhh.
środa, 24 sierpnia 2011
nu pagadi [ˈnuː pagaˈdiː]
zanim wsiadlam w tego szalonego ptaka i polecialam do berlina, podlalam ogrodek. cos mnie dziabnelo, ale co tam. normalne. podrapalam sie i polecialam. hotel, pozny lunch, kilka maili. o 19 bylym umowiona na dole z klientka. zakladam czarne spodnie i czerwona jedwabna bluzke i czerwone buty na 14 cm. lekko swedzi mnie stopa, ale nie mam czasu na rozmyslalnia, zamalowuje sobie twarz na mlodsza i piekna wersje, trzaskam drzwiami i lece do windy. w przelocie widze sie w lustrze. uuuu niedobrze. zawracam. czerwona bluzka frunie przez pokoj, zakladam czarna z dlugim szalem na plecach, zmieniam buty na rownie wysokie ale czarne lakierowane z cieniutkimi paseczkami. trzaskam drzwiami, lece do windy. rzut oka w lustro - ok. mozna sie pokazac. prominentne rozdanie nagrod niedaleko. klientka proponuje spacer. sama ma plaskie lakierki, cwaniara. usmiecham sie tylko. jasne, jest lato, jest cieplo, potsdamer platz pelen szczesliwych turystow. spacer na 14 centymetrach to moj zywiol. jestem duza, jestem pelna dobrej energii, czeka nas piekny wieczor. przed wejsciem czerwony dywan i klebiacy sie tlum celebrytow. glownie aktorzy ale i politycy. w tym roku trzeba oprocz zaproszenia pokazac... dowod osobisty, co czerwonym drukiem stalo jak byk na zaproszeniu. ja grzecznie trzymam dowod w grasci, ale taka niemiecka celebrytka z okladek gali i bunte ma zamiast dowodu swoja twarz i tlum paparazzi, ktorzy juz do niej wolaja, kiwaja i pstrykaja fleszami na wyscigi:
- iris, iris tutaaaaj! tu patrz! dobrze! smiej sie! dobrze!
ale panowie bramkarze sa nieublagani i odsylaja do specjalnego kata, gdzie z kolei organizatorzy padaja na kolana przed gwiazdami, ktore zdecydowaly sie swoja obecnoscia uswietnic ten wieczor, a teraz nie chca ich wpuscic. swietne zamieszanie. jedni sie smieja inni sa wyraznie obrazeni, ale smieja sie radosnie do kamer - nastepnego dnia stan uzebienia bedzie udokumentowany w bild.de (polski fakt).
fajna impreza, fajne party potem, cudne kiecki, wymyslne fryzury od misternych kokow z loczkow, po typowe: wyszlam spod prysznica i nie mialam czasu na czesanie. najpierw siedze dwie godziny potem stoje 5 godzin. pije, smieje sie, prowadze nudne smoltoki, podjadam rozne roznosci i w koncu kolo 4 rano daje klientce sygnal do odwrotu. troche rozczarowana, ze "juz" (10 lat mlodsza i na plaskim obcasie) proponuje znow spacer a ja na sluzbie jakos nie umiem powiedziec: kobieto, ja umieram wlasnie wiec bierzemy taksowe! wiec idziemy spacerkiem do hotelu i plotkujemy o kreacjach wieczoru, nagrodach i ukochanym berlinie. mysle sobie, ze to juz nie dla mnie te zawody. umieram ze zmeczenia a nogi bola mnie tak, ze chyba sobie utne, jak tylko dotre do pokoju. wchodzimy do windy.
 - o jezu!!! - wola przerazona klientka. a patrzy jednoczesnie na moje nogi, wiec chyba chodzi o mnie. podazam za jej wzrokiem. o rany. lewa stopa spuchla mi tak. ze prawie nie widac, ze paseczki maja kolor czarny, bo wbily sie w skore. opuchlizna rozpelzla sie do gory ponad miejsce gdzie normalnie mam kostke a teraz cos w rodzaju malego melona. melon jest sino-czerwony i boli ze chyba zaraz padne. usmiecham sie, ze ugryzlo mnie cos rano, zegnamy sie szybko, doczlapuje do pokoju, bo jak zobaczlam to napeczniale nieszczescie to nagle nie moge chodzic. padam na lozko. za nic nie moge zdjac bute, rzemyki werznely sie w skore. potem okladam to sobie napojami z lodowki i namoczonym zimna woda recznikiem. jak zawsze mam odruch zadzwonienia do meza. jest 5 w nocy. klade sie i nie moge zasnac z bolu i ze strachu. moze to zakazenie krwi? jakos zasypiam. budze sie w mokrym od rozpuszczonego lodu lozku, przekladam lot do domu z wieczoru na nastepny mozliwy, odwoluje dwa spotkania, wyplakuje sie w telefon mezowi. prosto z lotniska jade do lekarza, mam goraczke, dostaje masc kortizonowa, w domu mocze nogi w wodzie z lodem.
a jutro? jutro wytaczam wojne mrowkom w ogrodzie. poczekajcie kochane, juz ja was urzadze!


wtorek, 23 sierpnia 2011
matka latajaca.


ladowanie w berlinie mialam wlasnie takie, ze jutro wroce do domu chyba autostopem. do samolotu nie wsiade zeby nie wiem co.
maz sie zapytal czy po mnie przyjechac. powiedzialam, ze nie, bo by przyjechal.


poniedziałek, 22 sierpnia 2011
dialogi malzenskie
 
 - gdybym tak przestala pracowac...
 - to byloby pieknie...
maz sie rozmarzyl.
 - ale musilabym ci wtedy codziennie gotowac. brrr. musialbym sie nauczyc.
 - eeee... nie musialabys. moglabys codziennie gotowac makaron z maslem bylebys gotowala na wysokich obcasach.

-----------------

trzymam w reku sliczne lapki zaroodporne, w zielono-fioletowe paseczki:
 - patrz jakie ladne. kupie, bo te co mamy juz takie przepalone, co?
 - kup. kup.
 - a co ty sie tak cieszysz?
 - wlasnie sobie wyobrazilem ze biegasz po kuchni tylko w tych lapkach i bardzo ci ladnie.

-----

taki swintuch a tak porzadnie wyglada.




piątek, 19 sierpnia 2011
malinowy pasztet

na kolacje rozne roznosci. na przyklad pasztet z kaczki. malina przypomina sobie, ze niemiecki "pastete" to po francusku "pâté".
 - swietnie. a po polsku?
 - po polsku... partia?


środa, 17 sierpnia 2011
malina na koniu
dwa lata temu malina dosiadla marcepana. i nie jest to jakis tam kucyk tylko maly konik bialawo-rozowy. akuracik dla malych ksiezniczek. rok temu przesiadla sie na pascala, konika sredniego, bialego w czarne kropki - jak u pipi! - ktory cierpliwie maszeruje przez laki i lasy noszac na swoim grzbiecie dzieci, ktore zaczynaja rozumiec ze kazdy gest, pociagniecie uzdy, scisniecie pietami to znak.
w tym roku pani od konikow powitala maline wesolym:
 - malina! jak ty uroslas!!! jakie dlugie nogi! a zeby jakie krzywe!
malina tak sie wzruszyla komplementem o wzroscie, ze uwagi o zebach chyba nie doslyszala, bo oto bylo jasne, ze spelnia sie jej wielkie marzenie: przesiada sie na prawdziwego, brazowego, duzego konia! dwa tygodnie, codziennie moje dziecko zakladalo toczek, tulilo sie do konskiego lba i wskakiwalo zwinnie na siodlo i cierpliwie anglezowalo, smokalo i nieustannie szczerzylo sie w szczesliwym usmiechu posylajac nam dumne spojrzenia. czasem udawalo nam sie wymknac na kawe, szczegolnie jak malina dostojnie wyjezdzala na lesna wycieczke, ale najszczesliwsza byla jak siedzielismy na laweczce i podziwialismy.
kilka razy malina czyscila malemu marcepanowi podkowy, raz umyla go ludwikiem (nawet nie wiedzialam, ze konie myje sie jak talerze) a przedostatniego dnia klusujac niechcacy pociagnela uzde i kon znienacka zahamowal. malina przeleciala mu nad glowa, zrobila w powietrzu fikolka i spadla na plecy. jak worek piasku. pac! nawet kiedy teraz to pisze to mi sie chce plakac. pobieglismy wszyscy do dziecka, nauczycielka objela ja od delikatnie od tylu, bo malina wstala o wlasnych silach. wycieralam jej lzy i sprawdzalismy czy wszystko jest na swoim miejscu. bylo. nauczycielka odetchnela z ulga i rozesmiala sie:
 - no to witaj w klubie!
malina przez lzy:
 - a pani kiedys tez spadla z konia?
 - oczywiscie!
 - wiele razy?
 - tak. po 50-tym razie przestalam liczyc. to co, konczymy na dzis?
malina przerazona:
 - to juz nie moge wiecej jezdzic?...
 - jak chcesz to mozesz. wsiadasz?
 - tak!!! - dziecko odetchnelo z ulga.
nastepnego dnia nauczycielka wita ja pytaniem o siniaki. zadnych siniakow. na szczescie malina spadla na mokry piach, ktory zamortyzowal upadek. no i jest leciutka.
ostatniego dnia malina galopowala a ja umieralam ze strachu.

jazda konna kojarzy sie malinie z wakacjami nad morzem i na razie nie przychodzi jej do glowy ze takze w domu moglybysmy jezdzic do stadniny. na wszelki wypadek nic nie mowie, bo - jesli to kogos interesuje:-) - nie lubie koni. smierdza, sa wielkie, robia wielka kupe, kopia, moga ugryzc, moga zrzucic z siodla i boje sie ich jak nie wiem.



wtorek, 16 sierpnia 2011
stresujaca mamusie
to o mnie. tak dlugo uczylam sie cierpliwosci w stosunku do maliny, tak dlugo wymazywalam z mojego slownika slowo na sz (schnell, szybko), ze malina nie umie sie spieszyc.
jak jej zalezy i boi sie, ze moge zmienic zdanie to nagle potrafi sie szybko ubrac, wszystko znalezc i zwiewa. ale poza tym...
na wakacjach o 10 miala jazde konna. co sniadanie jak zwykle dlugo wybierala müsli, owoce, serek, szynke, rozwazala wyzszosc jajka sadzonego nad jajecznica i sens jedzenia parowki, problem wyboru kakao czy herbaty owocowej byl ponad jej sily... co rano pani zadawala jej pytanie: herbatka czy kakao i maline wpedzalo to w gleboka zadume.
piec dni odmawialam poranna litanie sniadaniowa:
 - nie gap sie, jedz, gryz, pij, jedz, nie gap sie, jedz prosze, hallo? jestes tu z nami?, pij prosze...
i gotowalam sie sama jak jajko na twardo. szostego dnia przelozylam jazde na 11 i - jak to obiecalam mezowi - nie zwrocilam malinie ani razu uwagi przy sniadniu. zaczelismy jesc jako jedni z pierwszych i opuscilimy sale jako ostatni. malina patrzyla na golebie za oknem, smakowala herbate ciupcimi lyczkami, z sera wycinala serduszka na chlebek, w miseczce z müsli przesuwala rodzynki na jedna strone zeby zostaly na koniec... a ja z usmiechem poprosilam o druga kawe i nic sobie z tego nie robilam. w swietnych humorach poszlysmy do stadniny. dumna malina po drodze:
 - mamusiu, czy ty w ogole zauwazylas jak ja dzis jadlam?
 - jak? - dziwie sie.
 - no pieknie! ani razu nie musialas mi zwracac uwagi!



wakacyjne dialogi zaslyszane
plaza. nawet cieplo. slonce. morze lodowate, zielono brunatne, pelne alg. malinie nie przeszkadza. rozesmiana od ucha do ucha siedzi w tej brei i sie cieszy. niedaleko nas lezy rodzina z chlopcem w wieku maliny. zadowolony z zycia czytala jakas gazetke a teraz zabral sie za lepienie zamku z piachu. matka ciagle cos mu brzeczy nad uchem...
 - idz do wody, slyszysz?
 -...
 - idz poplywaj, mowie!
 - ...
 - po co my tu przyjechalismy? no po co? jak ty nawet do morza nie chcesz wejsc!
 - ...
 - jak zaraz nie wejdziesz do wody to wiecej tu juz nie przyjedziemy.
 - ...
 - w przyszlym roku to cholera nad jezioro jedziemy!!!
 - ...
 - idziesz czy nie?! no?
 wkurzona, wpieniona matka ostentacyjnie idzie do wody:
 - zebys mi zaraz przyszedl!
wchodzi do wody, ale nie moze plywac, bo nadal sie wkurza i wola na cala plaze, zeby w koncu jej durny syn przyszedl i sie wykapal.

+++++++++

park przyhotelowy jest jakby miniatura parku w wilanowie. rewelacja pelna krzakow, drzew, labiryntow z bukszpanu. dzieci nie maja ani piaskownicy, ani hustawek ani chocby skakanki a bawia sie jak szalone i bez konca. turlaja sie po aksamitnej trawie, laza po historycznych drzewach i wszystko im wolno. punktualnie co wieczor mama jednego z 4?-5-ciolatkow wychodzi na taras i wola go na dobranocke. chlopiec zawsze prosi zeby sie jeszcze troche pobawic, ze nie chce, ale matka niezmiennie straszy go:
 - no to bedziesz musial isc spac bez bajeczki.

++++++++

idziemy o 8:30 na zachod slonca. cudownie ale zimno. wyciagam z torby szal, zapinam kurtke, malinie zawiazuje chusteczke zeby nie wialo w uszy. razem z nami po schodach na plaze schodzi rodzina z dziewczyna w wieku maliny. mama ogarnia wzrokiem plaze:
 - o prawie pusto, zaraz mozesz leciec do wody.
panna kreci glowa:
 - uuu chyba nie chce sie kapac. za zimno.
o niedoczekanie. mama nadyma policzki:
 - to po cholere ja ci ten kostium targalam?
tata kreci glowa z dezaprobata zeby podkreslic solidarnosc z mama.

+++++++

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
malina w polsce

w najnowszym swierszczyku:
"po tatrach wspina sie taternik, a po alpach wspina sie..." malina:
 - gornik.

w wakacyjnych zartach:
"jadowity waz rozmawia z jadowitym wezem..."
 - malina, co znaczy "jadowity" waz? - pytam
 - waz, ktorego wolno jesc. nietrujacy.




Archiwum