wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 21 sierpnia 2013
a wczoraj.

 

urodziny tescia. grylowalismy rozne roznosci, zamiast tortu byly dwie sliczne muffinki: w jednej 7 swieczek w drugiej 4, bo to 74 urodziny. w ogrodzie zapalilismy pochodnie, i swieczki w kolorowych sloiczkach. malina powiesila piekny plakat urodzinowy dla dziadka. ale bylo ladnie!

potem siedzielismy jeszcze dlugo w nocy i dopijalismy czerwone wino, przyszedl kot sasiadow, ktory stal sie juz chyba mlodziencem ale nadal jest drobny i zwinny. lezal obok nas i muczal jak maly motorek. nie wiedzialam, ze koty tak mrucza. pierwszy raz w zyciu mialam kota na kolanach.

wtorek, 20 sierpnia 2013
a ja.

a ja mam tak. sama ide do teatru polonia. w oczekiwaniu na seans sacze martini i podsluchuje o czym mowia przy sasiednim stoliku. potem szukam swojego krzeselka. potem gasnie swiatlo a na scenie dzieja sie ciekawe rzeczy. potem jest przerwa. wychodze i jest cieplo. i kazdy w jakim zamysleniu, rozbawieniu, troche lepiej ubrany niz normalnie. gdzies w oddali mknie tramwaj. to to jest taki moment, kiedy jestem wzruszona takim wzruszeniem, ktorego nie umiem dobrze opisac, ale nawet teraz w domu potrafie przywolac to uczucie przyjemnosci.

potem ide na kawe z kolezanka, ktora jeszcze wczoraj nie wiedziala ze bede w warszawie, bo ja sama tego nie wiedzialam. i ona natychmiast ma czas na kawe. inna gotuje obiad i zaprasza mnie z malina. ot tak. z dnia na dzien. to wiem, ze jestem w warszawie. w niemczech na wszystko umawiam sie z polrocznym wyprzedzeniem.

widze, ze na ochocie od mojej ostatniej wizyty znow kilka kamienic dostalo nowe sukienki, mruga slicznymi oknami, blyska nowymi parapetami a wokol nich wija sie nowe chodniczki to az mi dobrze, bo malina kreci glowka, ze ja tu spedzilam dziecinstwo i tu jest slicznie. niestety rozwalony smietnik, za ktorym gralismy w chowanego o w ktorego katku latalismy na siku (nikt nie ryzykowal sikania w domu, bo rodzice mogli uznac, ze koniec i juz by nie wypuscili na podworko, bo pozno) jest pokryty nowym tynkiem, wyglada jak domek, ma sliczne futeczki... zamykane na kluczyk. ciekawe jak sobie dzieci teraz z tym radza:-)

tramwaje z klimatyzacja lub bez gladko sunace po szynach albo przewalajace sie po nich z takim zgrzytem i gruchotem, ze umarlego by poderwalo z grobu, ale punktualne. dla maliny tramwaje w warszawie sa taka atrakcja, ze kiedy wsiadamy w taksowke do konstancina, pol drogi jest obrazona. ok do starej milosnej tluczemy sie autobusem ku radosci dziecka. wszedzie czysto, rowniutkie, czerwone chodniczki, blyszczace dachowki. nuda jak w niemczech.


placac za pralinki u bliklego odpowiadam malinie: dobrze, sloneczko! co wyglada jakby bylo skierowane do sprzedajacej za co ja przepraszam a pani sie smieje: mialam nadzieje, ze to do mnie! w autobusie pytam z malina o droge kierowce. odpowiada, tlumaczy, wysiadamy. kierowca rusza dalej wzdluz placu teatralnego i dalej macha do maliny reka, malo w latarnie nie wjedzie. w kawiarni widze, ze nie mam kremu do rak a suchych rak nienawidze. mila pani kelnerka dyskretnie uzycza mi kropelke swojego kremu. podrapanej malinie kelner przynosi plasterek. w sklepie pani biega za malina zeby dobrac jej wystarczajaco dopasowane buty. malina ustawia sie w kolejce do punktu coca coli, zeby wyprodukowac puszke ze swoim imieniem. zostawiam ja na pastwe tego marketingu, lece po upatrzona kiecke na gore w arkadii. wracam. zamieszanie. okazalo sie, ze nie mozna wyprodukowac puszki jak sie jest nieletnim, wiec jakies starsze panie chca sie podac za opiekunki maliny, zeby dostala te puszke. pojawiam sie i wszyscy sie ciesza: ta dziewczynka byla taka smutna! chcialysmy ja na chwile adoptowac! w nagrode dostaje i ja te nieszczesna puszke.


w sobote wieczorem ide z mama i malina na iscie plebejskie wydarzenie: water symphony na podzamczu. o 21:30 gra glosno muzyka, na mgle kropelek hologramowy dyrygent dyryguje wodnym przedstawieniem, feria swiatel i tanczacych fontann. nie dziwie sie, ze mimo poznej pory wsrod widzow duzo dzieci. rozmach tego widowiska dociera do mnie jednak dopiero po jego zakonczeniu. niesamowite ilosci ludzi zaczynaja sie rozchodzic. jedni wspinaja sie po slicznych nowiutkich schodach na rynek nowego miasta, inni wzdluz wislostrady ida jakby tlumna procesja do autobusow i trawaju na podowalu, bokiem mkna rowery glosno dzwoniac, zeby nikt nie wpadl im pod kola. ludzie nie mieszcza sie na drodze dla pieszych, wiec trzeba ich ostrzegac, zeby nie bylo wypadku.


uliczne teatry malina zalicza dwa razy: kopciuszek i czerwony kapturek. osada jest tak genialna, ze doroslych jest wiecej niz dzieci. jakas starsza pani widzac, ze malina nie moze znalezc miejsca oferuje jej swoje kolana. malina ma jednak swoja poduszke do siedzenia na ziemii za to w pierwszym rzedzie. pamietam pchle szachrajke sprzed roku i lament. boze jak ja bym chciala taki teatr w monachium.


mnie tam sie w polsce bardzo podoba. 

piątek, 16 sierpnia 2013
bup.

 

kupilam dzis swiezy bób.

 

malina oznajmia po wejsciu do mieszkania:

 

 - kupilysmy wielka torbe bubu!!!

 

środa, 14 sierpnia 2013
krotka improwizacja warszawska.

 

boze, czego ja dzisiaj juz nie zalatwilam. biegam po miescie swinskim truchtem a oddech lapie w tramwaju lub autobusie. w domu uzywam tylko samochodu i roweru, wiec komuniakcja miejska cieszy mnie tak samo jak maline. jest punktualnie, czysto, choc nowe tramwaje maja strasznie niewygodne siedzenia. wieczorem spontanicznie polecialam do teatru polonia, ktory kocham. kupilam sobie bilecik, usiadlam w przyciemnionej kawiarence martini w garsci i podsluchiwalam dyskusje o swiadczeniach rodzinnych w polsce i jak niemcy to swietnie rozwiazali. strasznie mnie korcilo zeby sie wtracic, ale tylko saczylam sobie zimne martini i czekalam na dzwonek. grube ryby genialne. w czasach youtube, iphone i innych wariacji mozna siedziec w teatrze z pluszowa kurtyna i smiac sie do rozpuku z klasycznie zagranej komedii w genialnej obsadzie na tematy banalne jak malzenstwo ze starym facetem - gruba ryba. moja tesciowa wkurza sie, z nie podrozujemy po swiecie a ja po jednym zadyszanym, spoconym, za krotkim dniu w warszawie czuje ze zyje. nagle nie przeszkadza mi halas, kazda pania u bliklego mam ochote usciskac za pyszna kawe, na widok uw sie wzruszam, na widok podswietlonej noca politechniki tez. w sumie nie mam urlopu, ale moj asystent spial tylek i stara sie nie dzwonic. jezuniu, jak fajnie.

wtorek, 13 sierpnia 2013
perseidy.

 

wieczorem ustawilismy sobie wino na malym stoliczku, wymoscilismy lezaki i zaczelismy czekac na perseidy. kilka lat temu widzialam spadajaca gwiazde nad baltykiem. krotka kreska. tego lata widzielismy tez dwie, trzy takie kreski na niebie. mgnienie oka i zaraz nie wiadomo czy sie to naprawde widzialo.

nie spodziewalam sie niczego nadzwyczajnego, ale i tak bylo fajnie tak sobie biwakowac na tarasie. i tak kolo 23 zaczelo sie. kreska za kreska. akcja w sumie antylkoholowa. czlowiek boi sie niebo spuscic z oczu w czasie lykania wina, bo moze wlasnie w tym momencie spadnie znow jakas gwiazda. tak kolo polnocy zaczely spadac tak jak w jakim komiksie albo bozonarodzeniowej pocztowce. niektore jakby ktos je zle umocowal w teatralnej dekoracji - nie dokleil czy nie wbil porzadnie gwozdzia: bam!, inne jakby ktos rzucal kule z plomiennym ogonem, ktora na krotka chwile przeszywala niebo na pol. po polnocy, kiedy juz wszelkie marzenia zostaly wyslane we wszechswiaty, zaczelismy dyskutowac dlaczego i jak to sie dzieje a potem zmeczeni, dachowi astrologowie za trzy grosze, poszlismy spac. i koniec. piekna noc.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013
na 80 urodziny.

 

moj bardzo powazny klient w londynie, z ktorym jestem polaczona na fb, w piatek wczesniej skonczyl wszelkie spotkania, bo spieszyl sie do swojego ojca na 80 urodziny. przyjecie bylo wystawne w bardzo pieknej posiadlosci na poludniu anglii. dzis na fb pokazal swojego tate, ktory zdumionej rodzine w piatek zaprezentowal co sobie sam na 80 urodzony sprezentowal: tatuaz na obu ramionach od nadgarstkow po ramiona. oznajmil, ze marzyl o tym cale zycie.

malinowy lot.

 

na lotnisku malina nie mogla sie doczekac na swoja stewardese opiekunke: bedzie blondynka czy brunetka? wolalaby blondynke. przyszedl pan gladko ogolony i taki przystojny, ze malina tylko nam dala po buziaku i wesolo sie z panem oddalila do samochodu, ktory zawiozl ja do samolotu. od reazu miala mu duzo do powiedzenia. dopiero w samochodzie przypomnialo jej sie chyba, ze jestesmy i machala mniej wiecej w nasza strone, bo nie sadze by nas widziala w lustrzanych oknach lotniska. potem odczekalismy 15 minut, nerwowo spogladajac na telefon czy nie zadzwoni. rodzice musza poczekac, czy na przyklad dziecko nie zdecyduje, ze jednak nie leci, placze i trzeba zrezygnowac z lotu albo "samolot sie popsuje" - poinstruowala nas pani. samolot polecial a ja mysllam, ze oszaleje przez te poltorej godziny. caly czas sprawdzalam pogode a nad warszawa szalala burza. z powodu trudnosci atmosferycznych samolot wyladowal z 1o minutowym opoznieniem, niby niewiele ale tylko mi sie chcialo plakac. w samolocie malina zaprzyjaznila sie ze swoja sasiadka, ale trudno im bedzoe utrzymac te znajomosc, bo nowa kolezanka mieszka w madrycie:

 - ma juz trzydzieci lat, ale bardzo mila!

malina dala jej posluchac zaz, poczestowala ja mietusami i wymienily sie adresami mailowymi. niestety zapowiedziane burzowe turbulecje byly tylko lekkie, wiec nie bylo zabawy. szczesliwa maline przemila pani stewardesa doprowadzila do babci a babcia prosto z lotniska zabrala do domu na pierogi. i co zadzwonie to malina cos je a ja postanowilam twardo, ze mnie to nie wyprowadzi z rownowagi.

 

 

 

piątek, 09 sierpnia 2013
jako matka maliny wkraczajcej w okres nastoletni.

 

patrze na te zdjecia i sie ciesze. lady gaga medytuje nago. wlasne piersi, lekko obwisle ale prawdziwe. lekko zaokraglone uda. normalne cialo kobiety. rok temu gaga pokazala sie bez maikijazu i zaraz wszystkie gwiazdki poumieszczaly swoje naturalne twarze na fb. moze teraz wypompuja swoje silikonowe piersi? niech zyja szerokie biodra shakiry i obwisle piersi gagi.

 

http://vimeo.com/71919803

 

czwartek, 08 sierpnia 2013
spotkanie.

 

per mail

 

a.: co u ciebie slychac?

odpowiadam: wszystko dobrze, a u ciebie?

a.: u mnie tez wszystko dobrze. pomyslalam, ze odkad mieszkamy niedaleko siebie w ogole przestalysmy sie widywac. moze sie spotkamy?

odpowiadam: ostatnie kilka tygodni bylo tu naprawde goraco, duzo porojektow, ale na kawe musimy znalezc czas. kiedy?

a.: dzis?

zanim odpowiem, wplywa nastepny mail:

a.: ups! sorry. dzis to nie moge. w piatek?

odpowiadam: piatek w poludnie jest ok.

a.: tak w samo poludnie to nie moge, bo o 11:00 mam spotkanie w monachium, moze lepiej o 13:00!

odpowiadam: 13:00 ok. u mnie? albo pojdziemy na kawe nad wode.

a.: u ciebie za daleko. moze w polowie drogi.

tu nastepuje kilka maili z ustaleniem GDZIE. w koncu wiemy gdzie i ze o 13:00 z tolerancja 15 min. i wtedy przychodzi jeszcze jeden mail:

a.: ale nie wiem czy dam rade na 100%. dam znac w piatek rano, dobrze?

mysle: to po co mi zawracasz dupe przez pol dnia? i nie odpowiadam.

 

 

 

 

 

środa, 07 sierpnia 2013
o!

 

http://www.youtube.com/watch?v=SkXSZ_MJz14

 

dlugo nie mozna bylo tego zobaczyc - przez jakies miedzynarodowe licencje - na niemieckim youtube.

rewelacja. polska joplin, czy co?

wtorek, 06 sierpnia 2013
jeszcze nie urlop, ale juz wakacje.

 

przez tydzien malina zegluje. o 9 rano wsiada na lodke. o 13 maja obiad na ladzie a potem do 17 znow zegluje. w tym roku juz jako doswiadczona w regatach zeglarka. kolo 18 jemy kolacje i idziemy na pomost. do 22 malina plywa, skacze, nurkuje, plywa na desce. potem idzie spac.

w weekend maz z sasiadem wycieli ogromna dzika sliwke. w ostatniej chwili strasznie nam sie tych czerwonych sliwek zrobilo zal i jednak pol drzewa zostalo. tyle lat stalo na naszej granicy a zadna ze stron nigdy ich nie sprobpwala. okazaly sie pyszne. sasiedzi gotuja wlasnie powidla z 10 kilo(!!!) sliwek. ja nie mam na to cierpliwosci, ale wyciagnelam najwiekszy garnek i gotuje zwykly kompot do picia. i wszedzie pachnie kompotem, wszystkie okna pozaslaniane, co i raz wychodze do ogrodu i robie sobie lodowaty prysznic. pracuje, a jednak jest jakos wakacyjnie. nie narzekam na skwar. jest pieknie.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013
kot.

 

nie mam kota, ale mam stres. kot sasiadow pewnie ma - jak kazdy kot - 7 zyc ale ma tez 4 imiona: filou, tom, speedy, thron. dobrze, ze trzeci syn sasiadow jest w podrozy. pewnie jak wroci, kot dostanie piate imie.

kot jest piekny. dachowiec, lekko pregowany. uwielbia siedziec na dachu i przygladac sie ptakom. najbardziej podoba mu sie nasz ogrod. sasiad kazal mi go przepedzac, bo teraz jest faza, ze ma sie uczyc gdzie jest jego miejsce na ziemi. stoje wiec pod plotem, macham rekami i wolam to co kazdy normalny  (polski?) kot rozumie jako "spadaj":

 - psik! psiiik!!!

niestety niemiecki kot uwaza, ze to jest zacheta do zabawy i natychmiast przeskakuje do nas i biega po drzewach. moze w poprzednim zyciu byl wiewiorka? nie bardzo umiem sie tym kotem cieszyc, bo w momencie, kiedy znajduje sie na naszym terenie zaczynam sie czuc za niego odpowiedzialna i boje sie, ze ucieknie na ulice i wpadnie pod motor. biegam wiec z nim a malina za mna. rzucamy mu pileczki, papierki na sznurku, machamy dluga trawa... a on i tak najchetniej siedzi na rozlozystej brzozie i patrzy w dal. ciagnie go w swiat. wolalabym zeby uciekl ze swojego ogrodu a nie z naszego, bo bede miala wyrzuty sumienia do konca zycia.

piątek, 02 sierpnia 2013
paszportowa historia.

 

przez komentarz kiiki przypomnial mi sie moj pierwszy powazny wyjazd sluzbowy na festiwal filmowy. rano o 8 mialam samolot. tak sie skupilam na wyborze butow, sukienek i innych kolczykow, ze dopiero jak wszystko mialam pozna noca zapakowane, pomyslalam o paszporcie. nigdzie go nie bylo. o 1 w nocy zdecydowalam sie jechac do biura (30 min w jedna strone), szukam w biurze. nie ma, ale dostaje olsnienia gdzie moze byc w domu. jade do domu (30 min) triumfalnie otwieram szuflade. nie ma! ale oslnienie, gdzie moze lezec w biurze! jade do biura (30 min) jest tak cos kolo 3-4 w nocy. w biurze nie ma jak nie bylo. wracam do domu, dzwoniac do meza zagranica, ze pewnie nie wylece i ze sie chyba zabije, bo to wszystko takie beznadziejne. rycze. a maz spokojnie, ze sobie wyrobie tymczasowy paszport i polece dzien pozniej i ze moze powinnam poszukac w torebce. i uspokoilam sie i oburzylam, bo glupia przeciez nie jestem, tak? ale co tam zajgladne przynajmniej do tek kieszonki-skrytki. zagladam. paszport jak wol. siedzi tam sobie i jezdzi przez pol nocy do biura, do domu, do biura... switalo juz. wzielam zimny prysznic i pojechalam na lotnisko. a wtedy jeszcze uwielbialam latanie. co to byly za czasy!

czwartek, 01 sierpnia 2013
wakacyjny klasyk.

 

rezerwacja biletu lotniczego. szukanie malinowego paszportu. nie ma. nie ma. i tu tez nie ma. o! jest!!! no tak. od miesiaca niewazny.

Archiwum