wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 29 września 2006
zapora.
jedna pani z poznania przejezdza dzis kolo nas w drodze do wiednia. jej towarzysz podrozy nie chce zgodzic sie na nocleg u nas. obiecala, ze troche z nim POPERWERSUJE, to moze sie zgodzi. jak sie nie zgodzi to stane na drodze i zrobie zapore:-).
znow piatek.
nie uszukujmy sie. piatek ma u mnie szczegolne preferencje i kapital sympatii. juz jako taki jest dobry. lubie go. pije rano kawe i slysze, ze malina podnosi zaluzje u siebie, wiec wstala. ide na gore, wchodze do jej pokoju. wszystko szaro bure. jak kotki obydwa. moje dziecko, wlasnie wyplatane ze snu, stoi i patrzy przez okno jak zaczarowane. ogrodu nie ma. tonie we mgle. stoimy tak przez chwile zapatrzone w blada szarosc. malina odwraca sie, usmiecha slicznie, wyciaga raczki i biegnie sie przytulic. bez slowa, bez szmeru nawet, pieknie tak, ze chce sie plakac. zawiozlam ja do przedszkola. obchodza dzis swietego miachala. upiekli wczoraj miecz i smoka z chleba i beda spiewac dzis o tym piosenke i czytac legende. wsiadam do samochodu jade do pracy. mgla sie przeciera, swiat zloci. takie swiatlo jesienne. nie dla ciepla jak w lato tylko dla piekna, dla krajobrazu, dla urody. slucham patrici kaas. na swiatlach nakrecam sobie grzywke na okragla szczotke. spogladam w bok, obserwuje mnie mlody, piekny mezczyzna w pieknym samochodzie. smieje sie wesolo z tej mmojej szczotki. tez ma dobry dzien.
ten piatek nie ma szans byc zly. zaczal sie filmowo, nieprawdziwie pieknie i wzruszajaco. bardzo prosze o trwanie bez zmian. i to do wieczora.
sehr schön. echt.
caly dzien czulam, ze jest dziwnie. czy zapomnialam o jakims spotkaniu? przebiegam planer raz po raz; nic. moze mialam do lekarza? moze malina do lekarza? nie... patrzylam na date na komputerze, na telefonie, na komorce, w notesie. cos mi ta data mowi, ale co. podreczyla mnie tak do poludnia az mi sie przypomnialo, ze maz ma urodziny, ale bylo juz za pozno, juz bylam w drodze do domu. w domu wycalowalam solenizanta i razem pojechalismy po maline. niby nic ale bylo jakos odswietnie i uroczyscie. po drodze kupilismy same smakolyki o francuskich wyrafinowanych nazwach. w domu maline wrzucilam w biala bluzeczke i uczesalam z przylizanym przedzialkiem na bok. siebie wydekoltowalam, wlosy w romantyczny kok i kolcvzyki dyndajace. na stol wyciagnelam piekna zastawe, pozapalalam swiece (malina zdmuchiwalam "patyczki" czyli zapalki) i bylo naprawde pieknie i strasznie podniosle jakos. malina dyplomatycznie postanowila po ostatnim kesie poczytac ksiazeczke i ani sie obejrzelismy jak zaczela pochrapywac cichutko. zanieslismy ja do lozeczka, przebralismy, toaleta, czesanie a ona nic. nawet sie zastanawialam czy jej zabkow nie umyc, ale dalismy spokoj i poszlismy swietowac dalej.

wlasnie pije kawe, ktora czekala na mnie w kuchni z karteczka. kochana karteczka.
czwartek, 28 września 2006
sobie na pomoc
ENJOY WHAT YOU DO.
OR DO SOMETHING ELSE.

wzielam urlop na poniedzialek i srode. wtorek jest wolny. w srode pojade z malina nad jezioro bodenskie i bedziemy sobie chodzic i gadac. albo zostaniemy w domu i bedziemy sadzily roze. wlasnie przeczytalam, ze to najlepszy okres.
harfa wlasnorecznie wyrzezbiona.

maz byl wczoraj na spotkaniu rodzicow. byl jednym z dwoch tatusiow, wiec czul sie bardzo specjalny! na poczatku bardzo mu sie podobalo, bo mamusie nie wszystkie brzydkie, jednak dwie godziny wyborow do samorzadu i rozdawanie zadan: kto gotuje, kto sprzata, kto podlewa ogrod natychmiast ostudzilo przyjazne nastawienie mego meza do reszty swiata i mamus. zamiast o wycieraniu pupy, swiezych reczniczkach, pachnacym mydelku, nowym dywanie i innych waznych (naszym zdaniem) rzeczych rozmowa toczyla sie glownie na temat harfy. obecna byla pani od rytmiki. grala na harfie a rodzice (mamusie) musialy spiewac, zeby wczuc sie w sytuacje swoich dzieci. jezu jak ja sie wczoraj smialam! moj wielki maz na malenkim krzeselku i spiewa. a nogi mu dretwieja i nie podnosi reki kiedy pada pytanie kto wezmie udzial w zajeciach (tylko 29 godzin) - rzezbienie harfy dziececej i naciaganie strun. wstyd mu, bo prawie wszyscy podnosza. za rok malina jak wszystkie dzieci kolo 5 roku zycia w przedszkolu walldorf bedzie grala na harfie. ale na kupionej, bo my serca nie mamy do... rzezbienia.
środa, 27 września 2006
dorosli ludzie.
chcialam dzis usiasc z mezem i porozmawiac o planach: urlopowych, remontowych, malinowo - rozwojowych, zawodowych. ulozyc wspolnie jakis plan. maz sie bardzo ucieszyl, bo on troche cierpi przez moj chaos. jak go poznalam to pisal sobie wieczorem karteczke i wieszal w lazience, ze jutro ma wyrzucic smieci albo ze ma zadzwonic do rodzicow albo umowic sie do lekarza. teraz to nawet po zakupy chodzi bez listy. moja propozycja zaskoczyla go i ucieszyla. po chwili zastanowienia dodal jednak:
 - moze zrobimy taki plan dopiero w weekend? wtedy skoncza sie twoje dni, nie bedziesz akurat po przegranym projekcie i ma sie poprawic pogoda. dyskusja bedzie znacznie latwiejsza.
ma racje. on idzie na spotkanie rodzicow w przedszkolu a ja do lozka.
ogrodowe prace - suszenie.
malina biegnie z ogrodka:
 - mamusiu, mamusiu, chodz szybko, pohustamy sie!
 - nie mozemy sie hustac, bo hustawka mokra a pod nia bloto...
 - nie! nie! jus nie! - wola moje dziecko a wyglada jakby wytarzalo sie w bagnie. - wysusylam hustawecke! pupa ja wysusyla.
juz nie widac co bylo bialym kasaczkiem a co niebieskimi spodenkami. cale dziecko rozbieram na tarasie i golutka wrzucam pod prysznic. bloto z ubranka traktuje woda z weza ogrodowego pod duzym cisnieniem.

przeszlo
wyzloscilam a potem wysmucilam sie wczoraj za wszystkie czasy. potem poszlam sobie obejrzec spiaca maline. potem nowe cudo meza, choc lalo i bylo ciemno. dzis wstalam i wszystko jest za mna. 
wtorek, 26 września 2006
niestety.
tyle marzen, tyle emocji, tyle pracy i przygotowan. tyle nerwow. na nic. wszystko na nic. jestem wsciekla. nasza koncepcja byla zbyt intelektualna, asocjacje zbyt powiklane. klient chce tradycyjnych, znanych sytuacji. wiem dlaczego nie moge za nic ogladac telewizji. wszystko: publicystyka, rozrywka, reklama, fabula - wszystko rowna do dolu. wazne zeby kazdy zrozumial. kazdy. zjazd po rowni pochylej.  musze wziac urlop bo zglupieje. jestem zmeczona. ide z malina kupic dynie na obiad - musze szybko zrobic cos co ma sens.
czekam.
- o! jestes juz!
- oczywiscie, ze jestem! czekam na ciebie tu juz od osmiu lat. - przywitalam mojego rezysera na lotniskiu wczoraj w nocy.
odstawilam go bezpiecznie do hotelu, ale trzy razy zgubilam droge. z wrazenia. tyle lat staralam sie o tego rezysera. pierwszy raz jestesmy tak blisko zrealizowania wspolnego projektu. rano wystroilam sie jak lala. biala bluzka plocienno - bawelniana z mala klamerka pod biustem i spodniczka ze sztywnej, lekko blyszczacej tafty po kolana. buty tez po kolana tylko od dolu. malinie szczeka opadla rano:
- tez chce taka bluzeczke i sukieneczke...
oczywiscie lalo i przy wyjmowaniu maliny z samochodu zababralam sobie caly plaszcz. bylo mi tak goraco z wrazenia, ze i tak byl zbedny. prezentacja byla czarujaca, profesjonalna, piekna. moja rola sprowadzila sie glownie do przedstawienia rezysera a potem do mrugania oczymi, usmiechaniu sie, poprawianiu loczka za uchem, robieniu wrazenia, ze takie porezentacje to codziennosc. za dwie godziny bedziemy wiedziec... czuje sie jak po maturze czy obronie dyplomu. pusta w srodku, szczesliwa, ze juz po. uspokoilam sie dopiero po zjedzeniu polowy torcika wedlowskiego. pije teraz godzka herbate i czekam.
poniedziałek, 25 września 2006
dicke busen* - lekcje przedszkolne.
siusiu, prysznic, mycie zabkow. moje rozowe dziecko patrzy mi prosto w oczy, zeby nie uszczknac nic z mojej reakcji. z usmiechem oznajmia:
 - dicke busen.
 - a co to jest, kochaneczko? co? - nawet nie mrugnelam okiem, bo nie ze mna takie numery.
 - nie wiem. dicke busen!
 - no dobrze, ale co to jest? moze dicke beine?
 - nie. dicke busen.
 - nic nie rozumiem a moze po polsku?
 - hmmmm dicke busen. dicke busen, ducke busen, dicke busen! - smieje sie moje dziecko, bo zupelnoe nie wie co zrobic z taka matka, ktorej nie da sie niczym zszokowac. dumna jestem z siebie jak nie wiem.

* grube cyce.
jutro.
otula mi stope czule i delikatnie. staje sie od tego dotkniecia piekna. przebiega od stop przez kostke az po lydke i az mnie dreszcz przechodzi a kolana drza. lydki smukleja. dotyk tak delikatny, ze ani z aksamitem nie sposob porownac ani z jedwabiem. a przeciez to skora. wsuwam druga stope. cudownie. czarne, piekne. maja mi jutro przyniesc szczescie na prezentacji mojego zycia. i oczywiscie podwyzszyc o 12 cm.

o 23:00 odbieram mojego rezysera z lotniska i osobiscie odstawiam do hotelu zeby sie wyspal na jutro, bo jutro jest wielki dzien. nowe buty, jak nowe majtki na sylwestra, maja przyniesc nam szczescie. nawet moj szef zaczal sie martwic w co sie jutro ubierze.
poezja domowa
na gorze roze, to wierzsyk, ktorym odwracam uwage maliny przy porannym zakladaniu spodni. malina zajmuje sie zapameitywaniem wierszyka i ratuzjac nasza poranna atmosfere laskawie nie zauwaza, ze wciagam jej spodnie a wolalby sukienke. tak przemykamy bez slowa nad potencjalnym konfliktem i obie zachowujemy twarz.
dzis rano malina zaspana nie moze spbie przypomniec koncowki i rymuje sama:
 
 na gorze roze
 na dole fiolki
 kochamy sie razem
 jak matolki koziolki.

caly dzien sobie tym wierszykiem poprawialam humor.
roze.
 - a gdzie jest tatus?
 - jeszcze pracuje. niedlugo wroci.
 - tatus jest chlopiec. a my jestesmy dwa roze.


praca i plany urodzinowe.

malina od kwadransa je jogurt smietankowy z czekoladowymi groszkami. powoli jej to idzie. zmudny proces wyluskiwania groszkow z buzi, ukladanie ich na osobnym talerzyku i glosne snucie planow o urodzinowym torcie, ktory zostanie tymi groszkami przyozdobiony... zabiera duzo czasu. 
jak tam?
codziennie ten sam rytual. wsiadamy do samochodu. zapinamy pasy. i jak zawsze pytam:
 - no, jak bylo dzis w przedszkolu?

dzis malina zlamala ten zwyczaj. zapinamy pasy i slysze.
 - mamusi, w przedszkolku bylo dobrze. a powiedz, jak bylo u ciebie w biurku?


niedziela, 24 września 2006
po wszystkim.
absolutna porazka. nie wygralismy nic. mowe dziekczynna moglam wiec wywalic do toalety i spokojnie delektowac sie smakolykami wyrafinowego przyjecia. moj najwazniejszy klient przybyl z przemila zona. oboje na przywitanie zostali przeze mnie oblani piwem, co przyjeli jednak z humorem i bawilismy sie cudownie. gdyby nie tropikalna temperatura, byloby fantastycznie. wszyscy ratowali sie sie zimnym piwem i szampanem, wiec wszystkim szumialo w glowach i juz kolo 2 w nocy tlum zmienil sie w wesole towarzystwo, ale ja juz nie mialam sily i poszlam spac. nowy lidner hotel genialny: wieza na ulicy wodnej. z mojego 16 pietra moglam niemal widziec monachium (z frankfurtu:-) a w pokoju niemal zgubilam sie i nie moglam znalezc toalety. sniadanie mialo byc dzis integrujace, bo byli tez nasi koledzy z hamburga, ale wszyscy byli nieprzytomni i postanowilismy sobie dac spokoj z integracja. czym predzej spakowalam kuferek i pojechalam do tausus wunderland, gdzie malina z tatusiem i tesciami biegala od bajki do bajki od zjezdzalni wodnej do achterbahn. a teraz, po 4 godzinach jazdy do domu, malina padla do lozka i my zaraz tez...

piątek, 22 września 2006
bardzo drogo.
bilety na wybory miss swiata kosztuja do 2000,- euro. chcialam zalatwic mojemu najwazniejszemu rezyserowi te przyjemnosc, bo wyslalam go do warszawy na zdjecia. zalatwilam zaproszenie VIP, ale i tak jestem w szoku. kto jest gotow zaplacic taka sume za to przedstawienie? no kto?
piatek
malina wyszla zew swojego lozeczka. z rozwianym wlosem, wchodzi do lazienki, ja pod prysznicem:
 - idz jeszcze do lozeczka. mozesz do mojego.
duszek odwraca sie bez slowa i jak zaprogramowany idzie. wlasnie sprawdzilam. spi jak mala wiewiorka zarzebana w cieple gniazdko. mam teraz opory zeby ja obudzic. to ten najfajniejszy czas do spania ukradziony porankowi.
dzis do przedszkola na krotko, bo jedziemy do tesciow. w sobote wieczorem mam festiwal i party, wiec bede nocowala we frankfurcie, bo wszystko skonczy sie nad ranem i nie chce mi sie jechac 60 km do tesciow i skradac sie do lozka w ciemnosciach. jedna nagrode bede odbierala w imieniu kogos, kto nie moze byc na rozdaniu, wiec bede cos musiala powiedziec do 3000 osob. na scenie opery. kiedys to by bylo nic a teraz to jednak mam troche treme, ale przygotowalam sobie smieszne podziekowanie, wiec jakos bedzie.
czwartek, 21 września 2006
placz.
- czemu placzesz?!
- ja plakam, bo ty jestes zla.
- a ja jestem zla bo ty plakasz.... placzesz!
trace glowe przez te maline jedna! ale wyszorowalam ja tak doszczetnie i wymoczalam w wannie, ze teraz jest tylko do przytulania, calowania i wachania. ale musi spac.

(syrene towarzyszaca operacji wyciagania zadry pewnie slyszeli w norymbergii... ale wylazla a malina z lodem cytrynowym w lapce w jednej sekundzie zamienila placz w smiech. sekundy?! w polowie sekundy! lizala loda w wannie az jej wpadl do wody. ale ze malina nie kleopatra i nie bedzie sie w mleku kapala, kapiel przemienila sie w prysznic)
kolega gucci czy co?
nowy rok w przedszkolu. juz dwa tygodnie. kilkoro nowych dzieci. pytam maline czy fajne.
 - fajne. male. - odpowiada krotko.
wolalabym wiecej szczegolow:
 - a masz jakas nowa kolezanke?
 - mam.
 - a jak sie nazywa? -
 - laura ashley.
octoberfest
plebejskie swieto, w dzien z dziecmi jeszcze do zniesienia, wieczorem surrealistyczny film pelen postaci z felliniego. zataczajacy sie pijacy, dekolty po pepek, rozmazane makijaze, ogluszajacy metlik muzyki, naglosnionych moderatorow, huku gigantycznych karuzel i kapel bawarskich, platanina slodkiego zapachu waty cukrowej, pijackich oddechow i odoru uryny. octoberfest jest nie dla mnie. zdjelam z siebie wszystko, wyrzucilam na lawke w ogrodzie a i tak bedzie jutro smierdzialo. po taksowke trzeba isc z kilometr, zadna nie podjezdza zbyt blisko rozjuszonych tlumow rozwrzeszczanych, spiewajacych, bosych lub w butach, ubranych lub juz z lekka rozebranych, mlodych i starych, pijanych na uboj ludzi.
nasi klienci bawili sie swietnie ale tez stwierdzili, ze jest to doswiadczenie, ktore starczy na kilka lat. mlody amerykanin cieszyl sie za nas wszystkich i w nagrode za szczery entuzjazm dostal od nas malowany kufel na litr piwa (maß). jeszcze tylko raz w dzien z malina i wystarczy.

wtorek, 19 września 2006
zagadka, ktora mnie meczy.
geniusz niektorych jest dla mnie zagadka. pozostanie zagadka nierozwiazana. skad ten szacunek ogolu? skad respekt i poklask, podziw i euforia. geniusz, ktorego nie rozumiem, jak film w obcym jezyku, dzielo sztuki bedace piramida adidasow, bawarska gwara i chec palenia papierosa. niezrozumiale. na poczatku jak zwykle zwalam cala wine na siebie: nie rozumiem, bo za wysokie progi, nie dla psa kielbasa oraz gowno chlopu nie zegarek. z czasem jednak dochodze do wniosku, ze jednak to ja mam racje. ten mezczyzna raz w tygodniu kupuje nowy zegarek. stare rolexy i ich kopie, omegi w zlocie, szwajcarskie cacka za tysiace euro. nie wsiadzie do samolotu za nic. ani na lodke, prom, kajak. kazdy nowy model komorki, nawet oprawiony w srebro, przyjezdza kurierem lub poczta. a na wakacje mu szkoda. ostatnio przyszla paczka, wielkie pudlo lego. dla kogo? dla niego. czesto zamawia zabawki. zagadka. i jakos coraz mniej chce mi sie ja rozwiazac. gdyby tak wiele od niego nie zalezalo, w ogole bym unikala.
rzesy.
maluje sobie rano rzesy. malina stoi w drzwiach i jak zawsze obserwuje mnie bacznie. dotad tak bardzo ja absorbowal wielki pedzel do rozu, ze nie nigdy zauwazyla szczoteczki do rzes.
 - co robis?
 - maluje oczy.
malina skubie swoje sliczne rzeski:
 - ja tez bym sobie te wasy malowala...
moj maz - na ratunek.
od kilku dni wiem, ze moj maz w poniedzialek i wtorek ma zupelne urwanie glowy. musi przygotowac wielka, wazna prezentacje na czwartek. z poniedzialku na wtorek nocuje prawie 300 km stad i bedzie z dwoma kolegami siedziec pewnie cala noc. wczoraj w poludnie moj szef totalnie zalamany oznajmia, ze klienci przyjada dzien wczesniej. biegnie przez cale biuro z ta zla wiadomoscia, ale ja juz wiem, bo dostalam mail i szlag mnie wlasnie trafia. ciekawe czy widac. co zrobie z malina? musze ja odebrac z przedszkola zaraz a wieczorem? musze isc na kolacje. takich klientow nosi sie sie na rekach a nie opowiada, ze nie ma baby sitter na wieczor. ani na ten ani na zaden inny. jeszcze nigdy nie zostawilismy maliny z kims obcym poza niania, ktora byla u nas poltora roku. a i wtedy wieczorem zostala tylko dwa razy. maz daleko. gotuje sie z wscieklosci ale slysze swoj przemily glos:
- super, ze sa wczesniej. zabieramy ich na pyszne jedzenie. taka szansa trafia sie raz na kilka lat!
szef oddycha z ulga a mnie sie chce ryczec. dzwonie do meza. on nie moze. nie moze zeby nie wiem co. szukam roznych rozwiazan, mysle, mysle, mysle i nic nie moge wymyslec. do kogo zadzwonic i powiedziec zeby mi sie zajal dzieckiem i to za trzy godziny a ja wroce do domu kolo polnocy. i co powiedziec malinie.
dzwoni maz.
- nie bedziemy nikogo szukac, jade.
- coooo???!!!
przyjechal. punktualnie o 19:30 wyszlam z domu. wrocilam kolo polnocy. maz wyjechal dzis o 4:30 rano zeby raniutko byc w biurze 300 km. stad.

PS: - wszedl do domu z usmiechem wolajac do maliny:
- oj jak sie ciesze, ze cie jeszcze dzis widze!
a do mnie, ze cudnie wygladam.

PS2: w malutkim termosiku czekala na mnie dzis rano goraca kawa, zebym sama sobie nie musiala gotowac bo bede zmeczona a musze maline do przedszkola wyszykowac.

PS3: wieczor byl super. bylismy w jednej z niewielu w Europie restauracji wyroznionych jedna gwiazdka. bylam odpowiedzialna za wino. tym winem i gadaniem zaczarowalam szefa miedzynarodowego koncernu, jednego z najzamozniejszych klientow jakich mozna miec. absolutny sukces.

***


wlasnie telefonowalismy i opowiadam, ze bardzo dziekuje, ze tak sie w sumie poswiecil i przejechal te 600km i krotki sen... a on na to, ze wystarczajaco czesto zostawia mnie na lodzie i ze strasznie mnie kocha. wiec podziekowalam jeszcze za kawe i siedze teraz w pracy ze lzami w oczach... dobrze mam kurcze. dobrze.


 
1 , 2
Archiwum