wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 27 września 2007
vorbei.
dzwoni maz. jezu jaki pijaniutki.
 - szukam taksowki.
 - dobrze. jak sie czujesz?
 - ja ja ja... das ist vorbei... das ist vorbei... - powtarza jak wyzwolony z okupacji, uratowany z pozaru, wylowiony z powodzi. pijany, ale gotow isc do domu na piechote w deszcz. najwazniejsze, ze nastepny raz dopiero za rok.

środa, 26 września 2007
malinowy stoicyzm - jest jak jest.
- mamusiu, mirabell ma dwie omy i dwoch opa.
- tak.
- a ja mam jedna ome i jednego opa.
- tak. no i masz jedna babcie. - odpowiadam i spodziewam sie jekliwego: "a dlaczego? tez chcialbym miec dwoch opa" albo: "a dlaczego? dlaczego nie mam dwoch opa?" lub czegos podobnego. ale zamiast spodziewanego pytania dostaje od maliny obserwujacej przemykajace za oknem krajobrazy:
- so ist das leben. eben.
wieczor malinowy.
leje, wieje, zimno. a tatus z klientami musi na oktoberfest, ktorego tak jak ja nienawidzi. pijacko-barbarzynskie party w wymiarze gigant XXXLLL. postanawiamy z malina uprzyjemnic mu przynajmniej droge i wieziemy smutnego tatusia do miasta. w ostatniej chwili uprzytamniamy sobie, ze to bedzie trudne dla maliny: zobaczyc gigantyczne karuzele, kolo mlynskie, achterbahn i nawet nie waysiasc z samochodu. za pozno. malina podskakuje na siedzonku: mama! mama! zobacz! spiesze wiec w wyjasnieniem:
 - kochaneczko, dzis leje deszcz i tam chodza tylko dorosli. jak w przyszlym tygodniu zaswieci slonko to tez tu przyjedziemy.
serce mi peka, bo z maliny uchodzi powietrze jak z balonika. dodaje wiec szybko:
 - wysadzimy tatusie i jak chcesz to zapraszam cie na kolacje. wybieraj restauracje.
 - japonska! - malina zozpromienia sie natychmiast. za to tatus pochmurnieje jeszcze bardziej:
 - ale wam dobrze... - mruczy i odchodzi w gwar, swiatla i nieopisany huk achterbahn. czym predzej zamykam zamki w samochodzie nim wpakuje mi sie ktos z tego falujacego, pijanego tlumu. jade powoli, zeby nikogo nie rozjechac. kompletnie nieprzytomni liudzie pchaja sie doslownie na samochod. ladujemy w moim ulubionym japonczyku. ku zdziwieniu maliny pan kelner na przywitanie wrecza mi moj sweter, ktory zostawilam tu niechcacy przedwczoraj po kolacji z rezyserem. malina wybiera stolik. zamysla sie:
 - a gdzie teraz jest tatus? - pyta.
 - no pracuje. - nawet nie musze klamac. maz jest z klientami. sluzbowo choc pijacko.
 - pracuje?
 - tak.
 - pracuje dzis na karuzeli? - malina niedowierza.
 - hmmmm... no pewnie tez.
 - teeeez??? to ja chce pracowac z tatusiem!
na szczescie zjawia sie nasz pan kenler i przynosi malinie widelczyk na wypadek, gdyby miala trudnosci z paleczkami. staram sie zachowac powage, kiedy malina zbyt oniesmielona by dac upust oburzeniu, lekko odsuwa widelec i szepce:
 - ja mam prawie 5 lat i bede jadla kijkami. umiem dobrze.
pan zabiera wiec widelec i zaraz wraca z pierwszymi daniami. dumna malina walczy z paleczkami i calkiem niezle sobie radzi:
 - mamusiu, zobacz jak dobrze umiem. tak sie je w japonskiej restauracji. i ja tam umiem.
 - tak potwierdzam.
 - tak jedza dzieci w indiach. - tlumaczy mi malina.
 - nie. w japonii.
 - w indiach. tatus tam byl i mi powiedzial.
w drodze powrotnej malina spiewa piosenki a przed snem pyta:
 - a gdzie jest tatus? jezscze pracuje? pewnie na karuzeli?
 - no moze tak. nie wiem dokladnie.
 - on ma lepsza prace niz ty.
rwacy potok
malina przechodzi jakis skok rozwojowy. jest wciaz lekko podekscytowana, wiecznie radosna, w swietnym humorze i mowi caly czas, bez przerwy. czy na rowerze, czy w wannie, czy w samochodzie - caly czas cos opowiada, smieje sie, pyta, potrzebuje ciaglej rozmowy. wczoraj przy kolacji umowilismy sie z nia, ze raz cos do buzi - gryzie - mowi - do buzi - gryzie - mowi... bo inaczej nic by nie zjadla, a byla glodna. nic nie moge jej czytac, bo ciagle przerywa, wypytuje, dodaje swoje dowcipy:
 - mamusiu, ale to by bylo jakby ta gruszka byla taka wielka jak dom! - i peka ze smiechu. doslownie zasmiewa sie do lez. jej euforia i dobry humor sa zarazliwe. nie wiem skad to sie bierze.
wtorek, 25 września 2007
przygotowania.
poszlysmy kupowac tatusiowi prezent, bo w piatek obchodzimy jego urodziny. mial byc cudowny zegarek, ale, ze nie moge zdecydowac miedzy dwoma, postanowilam tradycyjnie, staromodnie i jak swiat swiatem stoi: koszula, krawat, zapach. zreszta to bardziej pasuje, bo w urodziny bedziemy u rodzicow meza, bo musze do frankfurtu. pojechalysmy do ulubionego sklepu. malina wpadla w wir zakupow. pokazalam jej numerek: 4 i 3 - takie cyferki musza byc na polce, to znaczy ze z tej polki koszule pasuja tatusiowi. malina wyciaga wiec: lylowa, lylowa w rozowe prazki, rozowa w blekitna kratke. podsuwam szara w bezowe prazki i biala, malina zgadza sie, ze tez ladne i bierze sie za wyszukiwanie krawatow: w lylowe kropki, w kropki rozowe, w paseczki we wszystkich odcieniach wrzosu. z mina znawczyni przyklada je do koszul:
 - mamusiu, pasuje dobrze, prawda?
o jezu. wytargowalam czarny we wrzosowe delikatne kwadraciki i brazowy w blekitne esy-floresy. jutro wybieramy zapach. juz widze maline z wachlarzykiem papierkow popsikanych roznymi perfumami. zakupy we dwie to prawdziwa radosc. malina ma swoj gust, ale latwo daje sie przekonac do opcji alternatywnych, jesli madrze argumentuje. tort tez juz wybrany: wielka biedronka. to beda wspaniale urodziny. tesciowa nie moze uwierzyc, ze po ok 30 latach ma szanse przezywac urodziny z synem - znow osobiscie.
poniedziałek, 24 września 2007
dowod na inteligencje
szybkie zalapanie. czyli w wieku 4 lat. zalapanie, ze jekiem, histeria lub wrzaskiem osiaga sie niewiele. wystarczy jednak stanac oko w oko z ofiara, przeswidrowac ja blekitnymi oczkami - troche smutnymi, troche rozmarzonymi - i jakby nie wierzac powodzenie misji poprosic, zapytac i dostac wszystko a nawet wiecej.
matczyne poswiecenie.
telefonuje z kolezanka. wprawdzie konkurencja, ale sie lubimy i trudno. zaszla drugi raz w ciaze. pierwszy synek w wieku maliny.
 - i wiesz co? - mowi - teraz juz nie bede taka glupia, zeby od razu pracowac!
czuje jak mnie zazdrosc podgryza, ze ona taka madra, dorosla i wie co sie w zyciu liczy. slucham wiec w milczeniu, jak opowiada wzruszona:
 - tak! postanowilam byc egoistka! lubie swoja prace, ale jednak tym razem czuje, ze moja rodzina jest najwazniejsza. chce poswiecic wiecej czasu dzieciom.
zaczyna bolec mnie brzuch. boze, dlaczego ja nie potrafie tak wszystkiego rzucic w diably i jezdzic z malina w spokoju do przedszkola, zamiast w pospiechu rzucac jej drzwiami w glowe?
- rodze w polowie grudnia a potem zostane w domu az do kwietnia. i basta!
mysle, ze sie przeslyszalam. pytam czy do kwietnia 2009? nie, nie  - do 2008. po takim wstepie spodziewalam sie czegos wiecej niz 4 miesiace.
w mojej branzy najwiekczymi sukcesami ciesza sie ci, co opowiadaja glupoty i sami swiecie w nie wierza. a ja akurat jestem tym bardzo zmeczona.
glowa.
trzasnelam drzwiami samochodu nie widzac, ze malina stoi tam gdzie juz nie powinna czyli miedzy drzwiami a samochodem. uderzylam ja prosto w czolo az huknelo. plakala strasznie. przylozylam chusteczke z arnika. po 5 minutach, malina jakby nigdy nic zaczela sie bawic. chcialabym zbadac jej glowe, ale wszyscy lekarze kaza obserwowac i twierdza, ze jesli nie jest ospala i nie wymiotowala to nie bedzie zadnych rentgenow. szlag mnie trafia. skad oni moga widziec, ze nic sie nie stalo.
jez.
co wieczor przychodzi do nas jez. nic sie nie boi. siedzi i patrzy. w sobote wieczorem siedzimy przy ognisku w ogrodzie. malina co i raz lata do jeza. i tak sie sobie przygladaja. pieczemy kielbaski i malina chec sie czyms podzielic z jezem. w pamieci przerzucam obrazki: jez z grzybkiem, z jabluszkiem, z gruszka, z listkami... orarz artykul, ze te dzieciece bajeczki wyprowadzaja nas w las bo jez jada zupelnie co innego. ale nie pamietam co. malina uwaza, ze jeze jedza chlebek. z calym przekonaniem mowie: nie i wreczam dziecku kawalek jablka. co jez totalnie ignoruje. malina stawia na swoim i kladzie mu chlebek. jez zjada chlebek, potem drugi i w ten sposob podwaza moj autorytet. jak przyjdzie jeszcze raz to przegonie lobuza i juz!
piątek, 21 września 2007
plany na jutro
malina juz sobie zamowila telefonicznie u tatusia na sniadanie herbatke malinowa i beze a dla mamusi kawe. maz wyladowal we frankfurcie, zabral auto i jedzie do nas. nie wiem czy doczekam, bo stoi w korku a ja spiaca. z irlandii wiezie mi "irland garden" - padlam na podloge ze smiechu. coz za romantyczny prezent! jutro malina ma polskie przedszkole i maz zaplanowal na ten czas siedzenie pod drzewem, picie kawy, gadanie, ogladanie w obrazkow w irland garden i ogolne "nicnierobienie". a ja myslalm, ze posprzatamy, pokosimy, zakupimy, odkurzymy itp. maz powiedzial, ze mam jakas dziwna wizje soboty i jego pomysly sa duzo lepsze! ide wiec spac, zeby miec sile na ich realizacje.

(zabral ze soba swojego nowego, mlodego asystenta. ktory w genialnym irlandzkim pubie z fantystyczna irladzka muzyka wesolo oswiadczyl irladzkiemu klientowi, ze fajne sa te brytyjskie puby. sic.)
stoicki spokoj.
jestesmy z wizyta u przyjaciolki mirabelki. popijamy z mama kasia jasminowa herbate, podgryzamy strucle serowa i patrzymy na trzy sliczne dziewczynki biegajace z taczkami, zbierajace zoledzie, skaczace po przewroconych pienkach. mirabelka i malina sa niemal dorosle: 4,5 i 6 a lukrecja ma trzy lata i biega za nimi jak ogonek i jest ze wszystkiego zadowolona. zjada po nich niechciane resztki deseru, bawi sie porzuconym kijem, niepotrzebnymi juz kasztanami, rzucona w kat chustka. ogrod kasi przechodzi z jednej strony w nieskonczone pole i podziwianie tam zachodu slonca to wydarzenie samo w sobie, z drugiej zas w park czy tez las - malowniczo, romantycznie, pieknie. tak sie delektujemy tym widokiem lekko gawedzac o szkole muzycznej i ogladaniu telewizji, kiedy dziewczynki podbiegaja do nas zeby zaprezentowac jakies znalezisko. ku naszemu obrzydzeniu kazda ma w reku kawalek... ptaka. jedna glowke i kazda po skrzydelku i garsc pior. kasia przynosi torbe foliowa, dziewczynki wrzucja tam wszystko i niewzruszone biegna umyc rece. a my asystujemy zywo dyskutujac o ptasiej grypie i innych plagach. a panienki ze stoicki spokojem mydla lapki jakby chodzilo o kwiatki albo patyki, zupelnie obojetnie zabieraja sie za kolejna zabawe.
- malina, bawimy sie w umieranie? teraz ty umierasz pierwsza!
- dobrze! ale potem ty umierasz pierwsza!
i dziewczynki padaja na podloge jak postrzelone seria z karabinu. staram sie zachowac spokoj:
- a co to za zabawa? nie mozecie sie pobawic w cos wesolego?
malina wstaje spokojnie i tlumaczy mirabel:
- musimy sie pobawic w cos innego, bo moja mamusia uwaza, ze to nudne.
i dziewczynki ida bawic sie w czarodziejki. lukrecja ma byc kotem, bo kazda czarodziejka musi miec czarnego kota.

drob.
przejezdzamy obok jakiegos sklepu pelnego kamiennych lawek, donic, sloni wszelakiej wielkosci, kamiennych skrzyn. nie mozemy sie zatrzymac, bo jedziemy z wizyta i juz jestesmy troche spoznione. mowie wiec tylko:
 - o jakie ldane rozne figurki z kamienia. moze kiedys tu wpadniemy i obejrzymy takie slonie? moze znajdziemy cos do ogrodu?
malina zgadza sie natychmiast:
 - no! slonie lubie. albo gesie. bo tam tez gesie widzialam.
partia kobiet bez szans
cele sa wzniosle. realne. jasno okreslone. ludzkie. nie mozna isc do walki wyborczej o glosy z elitarnymi ideami dla wybranych. nie da sie populistycznych igrzysk wygrac wysublimowanymi argumentami. znow placi sie olbrzymie pieniadze na przygotowanie wyborow "negatywnych" czyli wiadomo, kto ma przegrac, ale wymarzonego zwyciezcy nie ma. bierna postawa obserwatora, ktory na koncu powie tylko: a nie mowilem? strasznie szkoda pieniedzy na te wybory.
wpis wielce trywialny.
w lodowce mam zawsze duzo roznych serow. kilka prawdziwych smierdziuchow. zeby mi po lodowce nie lataly kupilam specjalne pojemniki, podzielilam na grupki i zamknelam. wlasnie otworzylam jeden. i normalnie mnie o sciane rzucilo. pudelko bylo zamkniete tylko jedna dobe a stalo sie eteryczna bomba szerokiego razenia. otworzylam wszystkie okna.
czwartek, 20 września 2007
zakupy
zanim dotrzemy do dzialu dzieciecego ogladam sobie spinki, gumki, szaliki i czapki w dziale doroslym. jestesmy w h&m. malina co i raz przynosi imitacje diamentowych kolczykow, kapiace zlotem naszyjniki, perlowe spinki. kilka rozbawionych pan przyglada sie nam zyczliwie. malina przy niczym sie nie upiera i grzecznie odwiesza te blyskotki na miejsce. przynosi jeszcze czapke przetykana zlota nitka zebym kupila jesli nie dla niej to chociaz dla tatusia! moja odmowe przyjmuje ze stoickim spokojem. pozlacana czapka wraca na miejsce a malina dzierzy w lapkach kolejne odkrycie: malinowy beret.
- te czapeczke bym chciala. - oznajmia.
- no to jest dorosly beret, malina, duzo za duzy na ciebie! - spodziewam sie kolejnego, latwego zwyciestwa ale tym razem malina idzie do lustra i przymierza wielki beret. wyglada stylowo, genialnie, takie dziecko o poranku w nowym jorku. zywa reklama pieknego dziecka w pieknej czapce. cool. waham sie, bo w sumie to jest beret dla doroslych. stojaca obok pani nie wytrzymuje i smieje sie:
- jak jej pani nie kupi to sama jej kupie!
smieja sie wszystkie panie w dziale czapek i szali i po raz pierwszy od kilku dni smieje sie tez ja.

******

idziemy do dzialu dzieciecego. malina cos sie lapie za pupe.
- chcesz isc do toalety? - pytam po polsku, na co moje dziecko wola po niemiecku:
- nie. trzymam sie za dupe, zeby nikt nie widzial, ze puscilam baka.
umieram ze wstydu, place szybko i wychodze.


trzeba sie zastanowic.
jako dziecko uwielbialam kiedy mama zabierala mnie na obiad w miescie. tak mi sie to dzis przypomnialo. siedzimy na wysokich, barowych stolkach i jemy crepes z serem i pomidorami. troche maline poganiam, bo wszystko robi sie zimne a malina zuje i zuje. strasznie powoli.
- jedz szybciej prosze, bo ci wszystko wystygnie.
malina odklada sztucce. i tlumaczy troche zamyslona:
- nie mozna tak szybko jesc. trzeba czasem zrobic przerwe. zastanowic sie. popatrzec na ludzi... na rowery...
niestety nie przychodzi mi zadna pedagogiczna odpowiedz do glowy, wobec czego wszystko stygnie, ale nawet na zimno zostaje zjedzone. na deser panacota z malinami.


ta coreczka jest moja.
malina slucha najpierw co mam jej do powiedzenia, po czym kiwa lapka i oznajmia:
 - teraz ja ci chce cos powidziec.
slucham wiec.
 - mamusiu, jak chcesz mi kupic te cieple rajstopki to idz i kup a ja tu sobie poczekam. - i malina wskazuje sklep lego, w ktorym zamierza na mnie poczekac. natychmiast oponuje:
 - no co ty! nie zostawilabym cie tu samej. jeszcze by ktos przyszedl i cie zabral!
kiedys to skutkowalo, dzis malina odpowiada spokojnie:
 - no co ty! przeciez wszyscy by widzieli, ze nie jestem tego ktos coreczka!



tomas lis i jego ortografia
Witamy z Polski. Oto dramatyczny moment w historii naszego kraju. Już za miesiąc zdecyduje się jego przyszłość. Tak ważnych wyborów nie mieliśmy podobno od 1989 roku. Chwila jest dramatyczna, to i kampania fascynująca. Tyle się dzieje. Wyżynają się właśnie jedynki. Na listach wyborczych się wyżynają. W Krakowie się wyżynają. I w Katowicach się wyżynają. Nie wiadomo kiedy przyjdzie czas na kolejne ząbki. Może jeszcze przed wyborami.

http://sondaz.wp.pl/kat,60874,wid,9220933,
wiadomosc.html?rfbawp=1190298148.300

 - normalnie lubie pisanie lisa. ma pioro lekkie, dowcip inteligentny, retoryke wielowartswowa. ale co z ortografia?
środa, 19 września 2007
walka na smierc i zycie.
pisze maila. maz w irlandii, malina spi na gorze. czuje, ze jednak nie jestem w tym pokoju sama. w ogrodzie to bym przynajmniej sie opanowala nauczona doswiadczeniem z jezem, ale w pokoju? jest mi dziwnie. patrze na monitor, ale katem oka widze, ze cos sie rusza. cien chyba, bo na zwierze za ciche, na muche za duze. nieprzyjemnie. rzucam okiem raz. boze! patrze jeszcze raz i sama nie wierze w to co widze. widok jak z jakigos trzeciorzednego horroru jeszcze na czarno-bialo i bez dzwieku. nieme kino, ale dreszcz przebiega mi po plecach, bo po podlodze idzie pajak. wielki jak moja dlon. w zyciu czegos tak obrzydliwego nie widzialam. chce zabic natychmiast, ale sie brzydze i boje. serce lopoce mi w przelyku, skroniach, brzuchu. zdejmuje but i rzucam w to czarnidlo. trafiam w dwie nogi, reszta pajaka zaczyna sie rzucac, szamotac az wydostaje sie spod buta i niesmowitym pedem galopuje pod fotel. dzialam szybko i zdecydowanie, choc glownie chce mi sie wymiotowac. ciskam fotelem - nielekkim zreszta - we wszystkie strony. podbite filcem nozki ulatwiaja mi akcje. jest! ze wszystkich sil rzucam drugim butem. "ciap" - rozlega sie miekkie i przyprawia mnie o mdlosci. pierwszy odruch: zadzwonie do meza. gdzie idiotko! maz siedzi w samolocie i peknie ze smiechu jak mu zostawisz wiadomosc na sekretarce. drugi odruch: wyjsc na dwor. lepsze! wychodze. marzne. rozdygotana ide wiec do piwnicy po wino. przenosze sie na drugi koniec pokoju i z daleka, popijajac ulubiony trunek, obserwuje but. lezy na srodku pokoju i sie nie rusza na szczescie. musze sie upic, zeby to wyrzucic. (razem z butem?) gdyby maz wracal jutro to bym poczekala, ale do piatku musze sie jednak jakos pozbyc tego trupa.
dobrze, ze nikt nie widzial mnie przez okno. gdyby mama sasiadeczki zobaczyla moj nagly zryw i szamotanie sie i fotelem po pokoju, moze zabronilaby dziecku zadawac sie z malina. bo jak mama wariatka, to kto wie...
ale sie zadyszalam normalnie.
moje plany
sa trywialne jak wszystko co dzieje sie akurat w moim zyciu. wylaczyc nalezy tu: maline, meza i roze. i nie moge dojsc ze soba do ladu: skoro to wszystko nie jest tym o czym zawsze marzylam ("bo to wszystko nie to, nie to, nie tak!...") to czemu nie moge tego ot tak, lekka reka rzucic w diably? nie pracowac, zajac sie malina, mezem, domem i w spokoju zmajstorwac jakis nowy sposob na zycie?
boje sie, ze nic nie wymysle. tak. powstrzymuje mnie strach. uczucie, ktorego do tej pory nie znalam.
w szkole muzycznej.
szkola muzyczna. malina czeka na srode przez caly tydzien podobnie jak na polskie przedszkole w soboty. dzis pojechalysmy na rowerach. malina szczesliwa przeskakuje schody, wesolo zmienia buty, wiesza rowerowy kask na wieszaku. obok nas dziewczynka ze lzami w oczach. o rok starsza. za nic nie chce zeby mama ja zostawila sama, ma wejsc z nia na zajecia. mama tlumaczy, ze nie mozna i juz, wiec dziecko zaczyna stawac okoniem. natchniona chwila szepce malinie: wez ja za raczke i wejdzcie razem. malina z usmiechem podchodzi do nieznanej kolezanki i tlumaczy po niemiecku jak malemu dziecku:
 - chodz ze mna. mama pojdzie a potem wroci. tak samo jak w przedszkolu.
mama dziewczynki podchwytuje:
 - no wlasnie: jak w przedszkolu!
dziewczynka bierze maline za raczke i razem wchodza do sali. ja nie moge ruszyc sie z miejsca, bo spuchlam z dumy jak purchawka. mama dziewczynki kreci glowa z podziwu i wdziecznosci. jezu jak mi dobrze.
noc lwow.
dwoje ludzi spaceruje brzegiem morza. kiczowato romantycznie. nie ma nic piekniejszego niz zachod slonca, smak imbirowej lemoniady i... seksu z kobieta o polowe mlodsza. wlasnie wrocilam z lokalnej powtorki z cannes, dla tych co nie dali rady pojechac na pradziwy festiwal. zlote lwy rozdane jeszcze raz, oklaski, gwizdy, smiech, tupanie. wymykam sie z afterparty. w domu szybko zmywam makijaz, nalewam sobie piwa. szkoda mi kazdego wieczoru poza domem. sama siebie nece, prowokuje, kokietuje wizja zmiany. 
poniedziałek, 17 września 2007
momenty.
tak jak wczoraj zrobilysmy sobie wycieczke na rowerze na lody. malina dostaje jedna kulke i oddaje mi troche zebym miala do espresso. rozmawiamy sobie o zyciu. pewnie jak bede stara, te momenty beda wracaly jako najcudowniejsze chwile mojego zycia.
 
baba
 - mamusiu, wlacz te piosenke o babie.
 - o babie? ktora?
 - co shakira spiewa.
przeskakuje z tytulu na tytul. przy "don't bother" malina sie cieszy:
 - no ta! ta!
na dobranoc
 - dzis poprosze te ksiazke o kaczce.
 - o kaczce? dziwaczce?
 - nie. o kaczce balbince.
 
1 , 2
Archiwum