wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 29 września 2009
jutro.
jeszcze przed wakacjami spedzilismy weekend u znajomych. w salonie stoi pianino. wieczorem podchodze, przegladam nuty, siadam gram. maz pada, malina milknie. ja sama nie wiedzialam, ze cos tam jeszcze potrafie wybrzdakac. malina ma od tygodnia lekcje gry na fortepianie jako konsekwencje muzycznego szkolenia w szkole muzycznej (brzmi dumnie, ale to jest byle co) a ja sobie usiade i od czasu do czasu pobrzdakam. juz sie ciesze. jutro przyjezdza nowe, piekne, czarne pianino. glownie dla maliny, ale tez troche dla mnie. nie mialam pianina w domu od ponad 20 lat.


urodziny.
jestesmy okropni jesli chodzi rocznice, jubileusze, urodziny i imieniny. popoludniu malina zmajtrowala lale z kukurydzy, w zaprzyjaznionej kwiaciarni, ktora juz prawie byla zamknieta kupilam wielki krzak bladorpzowych mini-chryzantem ozdobionych zoltym sercem i zoltymi sznurkami. pani zdobila kwiaty a ja dobijalam sie do zaprzyjaznionej cukierni i blaganiem o jakis torcik. niestety wsztko co zostalo, nie nadawalo sie na urodziny, wiec wybralam recznie robione, pyszne pralinki. wydrukowalam na rozowym papierze zaproszenie do spa razem z wiadomoscia, ze baby sitter jest juz umowiona i razem z malina buchnelysmy stooo laaat! na cale gardlo. na kolacje zamowilismy sushi, otworzylismy szampana a na deser rzeczone pralinki. malina dyplomatycznie zasnela jak kamien a ja odpowiednio opakowana - nie! nie mialam kokardy!!! - jako prezent dodatkowy skoczylam na solenizanta.

rano maz powiedzial, ze to byly jego najpiekniejsze urodziny i ze marzy mu sie, ze teraz zawsze bedziemy je tak obchodzic. obiecalam, ze z kwiatami i sushi to ok, moge obiecac ale nie wiem jak bedzie ze skakaniem.



poniedziałek, 28 września 2009
polanski
jak mozna bronic kogos, kto zgwalcil dziecko. nie rozumiem nikogo, komu zal polanskiego. nikogo.



czwartek, 24 września 2009
wlasne doswiadczenie jest warte 100 razy wiecej niz dwa lata mamusinych kazan
malina od kilku dni praktykuje zwisanie na barierce i puszczanie rak. pamietam jak tak zawislam na naszym podworkowym trzepaku (100 lat temu!), puscilam rece i spadlam na glowe. na beton oczywiscie. wiekszosc placow zabaw ma tu specjalne podloze, ktore zapewnia miekkie ladowanie w razie czego, ale i tak od kilku dni powtarzam jak mantre, litanie, refren nudnej juz chyba piosenki: nie puszczaj rak, bo jak spadniesz to mozesz sobie rozbic glowe.
jestesmy dzis na nowym placu zabaw. malina biegnie natychmiast do barierki i kaze mi patrzec jak bedzie wisiala bez trzymanki. nie chce patrzec. pije kawe z mama leticji.
 - mama! popatrz!
 - nie patrze!
 - ale popatrz!
 - nie patrze!
no ale w koncu wstaje i patrze. malina szczesliwa zawisa na metalwej barierce, zaczepiona nogami puszcza rece a zaraz potem puszcza tez nogi i spada. uderza glowa w podloze a kolanami kopie sie sama w brzuch i klatke piersiowa. nie moze nawet zaplakac, bo jej dech zaparlo. pedze ile sil. malina zanosi sie placzem, oddycha z trudnoscia. masuje, sprawdzam kostki, wycieram buzie, dziekuje bogu, ze nowy plac zabaw wysypany jest gruba warstwa trocin. jest rzeczywiscie miekko. malina uspokaja sie i wszystko jest w porzadku. madrzejsza o jedno bolesne doswiadczenie wraca do domu a w wannie z bardzo madra mina tlumaczy tatusiowi, ze bujanie na zaczepionych nogach jest bardzo niebezpieczne.
no jest.
amen.



piątek, 18 września 2009
pierwsze koty za ploty i niech tam juz zostana. za plotami.
te trzy pierwsze szkolne dni kosztowaly nas duzo emocji. nowa szkola, nowi ludzie, ja zmigrenowana i walczaca tysiacem maili po wakacjach, maz w stresie i jakiejs karuzeli nieudanych spotkan. burczalam na maline trzy dni i psulam jej cala radosc ze szkoly. dobrze, ze malina jest mocno skonstruowana i trudno ja wyprowadzic z rownowagi choc kilka razy miala lzy w oczach. wczoraj zapomniala zeszytu z praca domowa. zostawila w pulpicie. od razu postanowilam jej nie denerwowac, bo kazdemu sie moze zdarzyc, ale jednak i tak w koncu jej nagadalam, ze jest zapominalska i ze teraz bedzie wstyd przed nauczycielka, ze zaraz trzeciego dnia przychodzi z nieodrobiona praca domowa.
 - ale nie martw sie - mowi malina - ja jej to sama powiem!
niczym sie nie martwi to dziecko optymistyczne, co mnie z lekka wkurzylo, bo co to za poczatek! maz na mnie pomrugal okiem,wiec sie jakos trzymalam, ale rano wybuchlam, bo zeszyt znalazlam w tornistrze w teczce na rysunki. na chybcika wiec musiala malina zamiast sniadania malowac prace domowa. no i sie okazalo, ze zeszyt zaczela od konca. cala droge do przedszkola tlumaczylam jej, ze zeszyt zaczyna sie od tej strony co jest naklejka z nazwiskiem i ze postaram sie popoludniu jakos przelozyc okladke (cos pomajstrowac ze zszywaczem) i zeby sie skupila w szkole i nie gapila na wszytkie strony, bo takie sa oto efekty. potem siedzialam w samochodzie i ryczec mi sie chcialo jaka jestem wstretna.
w pracy poskypowalam z klientem z berlina, ktory zapytal czy moze wieczorem w domu pokazac nasza rozmowe zonie, bo ich corka wlasnie poszla do szkoly (w berlinie szkola zaczela sie juz trzy tygodnie temu) i jego zona co wieczor poplakuje, ze jest zla matka i zamiast wspierac dziecko w tych pierwszych dniach, doluje je i niszczy.
popoludniu pojechalysmy do pinakotheke na zajecia, potem posprzatalysmy ogrod z lisci i pozegnalysmy tate, ktory pojechal na sobotni meeting w bardzo pieknym hotelu. mialysmy jechac razem z nim, ale postanowilam, ze zostaniemy we dwie w domu, zeby jakos sie odnalezc. napalilysmy w kominku, sprzatnelysmy po kolacji, prysznic, kolejna czesc dzieci z bullerby. i powazna rozmowa w pizamach. przeprosilam maline za to, ze na nia ciagle burcze i wytlumaczylam dlaczego. za to ona obiecala, ze skoncza sie dyskusje nad sensem porannego mycia zebow, mycia raczek mydlem oraz automatyczne mowienie "nie" bez wzgledu na temat pytania. powiedzialam jej, ze to byly dla nas wszystkich trudne dni, bo wszystko jest nowe i wszystko trzeba ulozyc od nowa, ale damy rade, prawda? malinie spadl chyba kamien z serca i z radosci nie mogla zasnac. obiecalam jej, ze w ten weekend bedziemy sie tylko swietnie bawic i leniwic, bo niezle sobie na to zapracowalysmy. dobrze, ze zostalysmy w domu. jakos mi lzej, bo rano dzis to tylko bylo mi do placzu.

jutro jedziemy do residenzmuseum poogladac rzymskie posagi bogow i bogin w grupie 10 dzieci. taki workshop. dzieci dostana potem biale sukno i uszyja sobie togi i wience i cos tam przedstawia, ale nie wiem co. w niedziele idziemy na swieto latawcow. czy ja juz tu kiedys pisalam, ze malina jak cos ma namalowac albo zrobic z papieru to najpierw bierze sie za latawiec? jej antropozoficzni opiekunowie (lekarz, pani od heileurythmie, przedszkolanki) zawsze mowili, ze malina potrzebuje wiecej czasu niz inne dzieci zeby stanac na ziemi. musze o tym czesciej myslec i to uszanowac.



ps: malina zostala pochwalona za prace domowa i zanim pani zauwazyla sama pokazala, ze niestety zaczela zeszyt od tylu. a pani na to:
 - ale to zeszytowi wcale nie przeszkadza. jemu jest wszystko jedno.

jestem zaczwycona ta odpowiedzia. czy ja tu gdzies pisalam, ze ta pani mi sie nie podoba? to nie bylam ja. ja bym czegos takiego w zyciu nie napisala!


czwartek, 17 września 2009
trzesienie ziemi.
wczoraj popoludniu wszystko co zjadlam postanowilo mnie znienacka, natychmiast opuscic. zapomnialam jak to jest, bo ostatni raz zdarzylo mi sie to jak mialam 17 czy 18 lat. to jest okropne. maz pojechal do apteki po jakas pomoc, bo glowa stala sie jedna kula bolu. jeszcze nigdy nie mialam takiego bolu glowy. o 21 zasnelam w koncu a dzis obudzilam sie jak nowa. szczupla, blada i slaba. pelna dziwnych mysli.
środa, 16 września 2009
http://codziennosca.blox.pl/html
dostalam uprawnienia do tego bloga i niestety sa one juz niewazne. poprosze o jeszcze jeden kluczyk, bo bylam na wakacjach i dopiero teraz go odkrylam. czyj to blog?
malinowa wyprawka - zakupy.
polecialam dzis z malina dokupic kilka drobiazgow z listy wyprawki do pierwszej klasy. na przyklad specjalny olowek automatyczny specjalnie wyporofilowany. mnie sie podobal pomaranczowy z rozowym profilem, ktory mial za ozdobe malpke lub kwiatek. malinie fioletowy z niebieskim profilem z gwiazdka lub delfinkiem. po pol godzinie porownan (a moze zielono szary? albo grantowo zolty?) bierzemy jedynie sluszny fiolet. w koszyku klebia sie kolorowe okladki, kredki w liczbie 12, bo ja nieszczesna przed wakacjami kupilam pudelko z 10-cioma kredkami a nie chce przeciez zeby pani kazala dzieciom malowac ta 11-sta lub 12-sta kredka i malina jak jakis outsider nie bedzie tej kredki miala? nie ma mowy! dziesiecioma kredkami to moze sobie malowac w domu! - obruszyl sie tata na moja niesmiala uwage, ze 10 kolorow to i tak duzo. ja w moim komunistycznym piorniku mialam chyba 6 czy 8 a i tak wszytkie niezaleznie od koloru byly z lekka brazowe. i co? duza uroslam!
no wiec pani przy kasie wystukuje nam kolejne ceny za tabliczke, za duze okladki, male okladki i dochodzi do tego lilowego olowka. za mna kolejka spoconych mam, ktore podbudowuja moje ego (ha! nie ja jedna przeoczylam cos na liscie i musze w ostatniej chwili latac jak kot z pecherzem po papiernikach!) ale stoja zniecierpliwione jakies i wkurzone. czyzby zapomnialy, ze zakupy w papierniku to sama przyjmnosc? no zapomnialy. szczegolnie te, ktore maja u boku trzecioklasiste, ktory wolalby zamiast glupich zeszytow kupic kupon totolotka albo jakies naklejki z pilkarzami podczas gdy dwuletnia latorosl wyciaga z wielkiego pudla garsc gumek myszek i probuje je zjesc.
eee tam! nie przejmuje sie sfrustrowana kolejka za mna. zaraz zaplace i idziemy na lody. niestety: uprzejma pani kasjerka usmiecha sie do maliny:
 - jestes leworeczna?
nie wiem czy sie obrazic, zdziwic czy co? bo po czym ona chce poznac czy malina jest leworeczna? po wzroscie? akcencie? kolorze wlosow czy ubraniu? i nawet jesli tak to co? czy to cos zlego? moje zdziwnie nie daje sie spontanicznie wyrazic w sposob werbalny, ale pani czyta w moich oczach i wskazuje na wielkie L na opakowaniu olowka (10 euro! jakby kto pytal!). L czyli link jest glownym elementem opakowania, ktory pewnie kazdy widzi jesli nie musi sie zastanawiac nad wyzszoscia fioletu nad pomaranczem. ten olowek jest wyprofilowany dla leworecznych.
 - ojej! zaraz zamienie. nie zauwazylam tego L! - wolam i biegne... gdzie tam biegne! przedzieram sie przez tlum zaaferowanych mam przebierajacych w okladkach w poszukiwaniu odpowiedniego odcienia (ale co pani powiedziala? ciemna zielen czy jasna?!!!). dopadam do polki z olowkami. szukam, szukam. kurcze. z R czyli recht sa same pomaranczowe. kurcze! kurcze! kolo mnie pojawia sie pani kasjerka i pomaga w poszukiwaniu. niestety. lylowe sa tylko z L. wracam do kasy z pomaranczowym olowkiem. pani pokazuje go malinie i wola wesolo:
 - popatrz! zamienilysmy na pomaranczowy. piekny, prawda?
malina patrzy na nia z niedowierzaniem:
 - ale ja wybralam liliowy?...
 - tak. - tlumaczy pani - ale ten liliowy jest dla leworecznych dzieci.
 - ???
 - takich dzieci co pisza lewa reka.
na to malina zdeterminowana:
 - to ja tez bede pisala lewa reka.
pani nie daje za wygrana a ja nie moge sie nadziwic jej cierpliwosci:
 - twoja mama powiedziala, ze piszesz prawa reka.
malina spoglada na mnie jak na zdrajce a pani - chyba zaprawiona w bojach! - oglasza wszem i wobec:
 - poza tym musze powiedziec, ze w tym calym sklepie jest to najpiekniejszy olowek jaki mam! kupujesz?
 - kupuje! - decyduje sie szybko malina i bierze sie za placenie. wczoraj dostala w komplecie z workiem sportowym portmonetke i nie moze sie doczekac zeby w koncu ja uzyc. wyciagam karte, bo rachunek jest imponujacy i przekonuje dziecko, zeby trzymalo pieniazki, bo przeciez zaprosilo mnie na lody.
place i ewakuujemy sie czym predzej zanim ktos z tylu kolejki zabije mnie cyrklem lub trzepnie drewniana linijka, bo ja na miejscu kazdego kto tam za nami stal tak bym wlasnie zrobila.





wtorek, 15 września 2009
pierwszy dzien w szkole.
malina jeszcze w wakacyjnym rytmie za nic nie mogla rano wstac. dopiero jak jej naszeptalam do ucha, ze spoznialscy maja w tütach kartofle zamiast slodyczy, to przeczolgala sie do lazienki i jakos doprowadzila do stanu zeskiej pierwszoklasistki. lekkie sniadanko z tornistrem na plecach. mielismy pieknie isc spacerkiem, ale bylo tak zimno, ze wskoczylismy do samochodu i pojechalismy do kosciola na specjalna msze wspolna dla pierwszoklasistow katolikow, protestantow i ortodoxow. dzieci pospiewaly, dostaly obrazki, blogoslawienstwo i gwiazdke, zeby je prowadzila do szkoly. no wiec z ta gwiazdka juz glupio bylo jechac samochodem, bo wszyscy szli na piechote. zmarzlismy jak sopelki.
szkola. tlumy rodzicow. wszystko okropne. straszna pani dyrektor, okropni rodzice, malina w okropnej klasie 1c z okropna nauczycielka. moj maz, ktory ma ze mna czysciec za zycia trzymal mnie za reke, bo mnie zna 16 lat i wie, ze jak mnie pusci to zabiore maline pod pache i uciekne. o jezu jaka wscieklosc we mnie kipiala, jakas bezradna histeria, bezsilnosc i swiadomosc, ze nie moge nagle wszystkiego zmienic.
malina zas dzielnie, dumnie i z taka pewnoscia siebie jakby od lat uczeszczala do tej szkoly maszerowala wsrod tlumu dzieci, z ktorego zna tylko 1 (slownie: jedna) dziewczynke, ktora wprawdzie wyladowala tez w 1c, ale w wakacje zaprzyjaznila sie z franciszka i z nia usiadla w lawce. malina usiadla wiec z chlopakiem (jako jedyna dziewczyna w klasie!) i zaraz zaczeli sobie sprawdzac co maja w piornikach. pani nauczycielka jest podobna do zaby i jak na moj gust strasznie antypatyczna - w przeciwienstwie do pozostalych milych nauczycielek 1a, 1b, 1d. przepytala nas, ktore dzieci ida po lekcjach do domu, ktore zostaja w swietlicy a ktore ida do hort (tez swietlica, ale poza szkola i ze specjalnym programem edukacyjnym i obiadem). potem malina tlumaczyla nam, ze niektore dzieci to niestety nie moga zostac w swietlicy tylko musza isc do odmu. biedne! - dodala.
zajecia trwaly 45 minut, w czasie ktorych lazilismy z mezem wokol szkoly i jakos udalo mi sie nie beczec. odebralismy maline wniebowzieta. wszytko jej sie podobalo. wszystko! moje mysli i nastroj sa oczywiscie moja tajemnica i malina nic z tego nie zalapala. w domu malina zabrala sie za swoja tüte i szczerze mowiac do wieczora odzywiala sie misiami gumowymi, guma do zucia, piankami, czekoladkami, lizakami. karius i baktus mieli dzis uczte niebios!
wieczorem poszlysmy na spacer, bo malina zaprosila mnie na lody. potem pojechalysmy na szybkie zakupy: buty, rajstopy, spodnie. malina wybiera wszystko czarne i szare i tlumaczy, ze chce byc mlodziezowa.
czuje, ze nie zdazymy na kolacje, wiec zapraszam ja na na crepes z musem jablkowym. placki juz sie pieka a ja widze, ze w wakacyjnej jeszcze portmonetce mam tylko karty i zadnej gotowki. a karty nie akceptuja w niewielkim barze. przeliczamy drobniaki w malinowej portmonetce. musi starczyc jeszcze na oplacenie garazu. ufff. starczy na crepes i jeszcze na swiezo wycisniety sok pomaranczowy. juz mamy zamowic sok, ale widze, ze sie przeliczylam.
 - malina, napijemy sie w domu. nie starczy nam na garaz jesli kupimy sok.
malina kiwa ze zrozumieniem glowa a pani za lada pyta uprzejmie ile nam brakuje. 1 euro. dostajemy sok taniej (obiecujemy, ze oddamy nastepnym razem!) a malina radosnie tlumaczy sprzedawczyni:
 - nie mamy juz pieniedzy, bo bylismy na urlopie i wszystko wydalismy.
a w samochodzie dodaje jeszcze:
 - nie martw sie, ze nie mamy pieniedzy. jak chcesz to porozmawiam z oma i opa to nam dadza.

zadzwonila mama sasiadeczki. sasiadeczka poszla wlasnie do trzeciej klasy i strasznie jest ciekawa do ktorej nauczycielki trafila malina. tu nauczyciele prowadza klase dwa lata a potem sie zmieniaja. jeszcze przed wakacjami powiedziala, ze bedzie trzymac za nas kciuki, zeby malina dostala jej nauczycielke, najlepsza w calej szkole, fantastyczna, ukochana przez dzieci i w ogole. ehhh... wymruczalam w sluchawke nazwisko malinowej wychowawczyni 1c.  a sasiadeczka w krzyk:
 - no suuuuuper!!! to sie przydaly kciuki! malina jest u naszej pani! toll! echt toll!

z wrazenia zrobilam sobie jajecznice z 4 jajek i zjadlam prosto z patelni. malina spi juz dawno i usmiecha sie przez sen. to byl jeden z najpiekniejszych dni jej 6 letniego zycia. a ja czuje sie jakbym zaorala pole jako plug, kon i oracz jednoczesnie.



poniedziałek, 14 września 2009
tüte



malina w lozku. tüte na stole. jutro o 8 idziemy do szkoly. wrociclismy dzis popoludniu. uroczyscie chcialam wybrac stroj na jutro, ale malina wyskoczyla z wanny, otworzxyla szafe i oznajmila, ze ona juz sobie wszystko przemyslala. troche sie zmartwilam, bo myslalm, ze bedziw wzruszajaco a zaraz zacznie sie dyskusja o rozowych spodniczkach pewnie. ku mojemu oszolomieniu malina wyciagnela biale podkolanowki, biala bluzke i sukienke na szelki w szara kratke. troche sie zdziwila, ze my jutro z nia tam idziemy.
 - myslalam, ze do szkoly bede chodzic sama?
wytlumaczylam, ze jutro bedzie uroczyste otwarcie roku szkolnego i wszyscy przyjda z rodzicami. na dobranoc dziecko oznajmilo, ze strasznie jest ciekawe co bedzie w tüte i najspokojniej w swiecie poszlo spac. a my drzacymi rekami zaczelismy kompletowac tornister, worek sportowy (tesciowie przyslali przesliczny!), torbe z przyborami do zajec plastycznych oraz zapelnilismy te tüte zwariowanymi slodyczami i z przejecia nie mozemy spac.


Archiwum