wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 30 września 2010
sabbatical is over.

najpierw myslalam, ze to jakas choroba, ze nie za nic nie moge sie zrelaksowac, ucieszyc wolnym czasem, zajac czyms ciekawym. 
teraz po trzech miesiacach jestem wsciekla, ze nie dalam sobie wiecej czasu. otoz umiem NIEpracowac. dobrze sobie radze z wolnym czasem, swietnie sie bawie, pieknie mi sie zyje. 

mam stracha. jutro zaczynam nowa prace.


poniedziałek, 27 września 2010
jak ja to sobie wyobrazilam, to sie smialam kwadrans!


niemieckimi kartami gramy w slowka po polsku. malina widzi niemieckie polecenie na karcie i czyta je po polsku. fantastyczne. rzucamy kostkami z literkami:
 - rodzaj sportu na "s".
malina mysli, mysli i nic nie przychodzi jej do glowy. podpowiadam, ze moze niech pomysli o sporcie na "sz" to tez sie liczy. malina mysli, mysli i nic.
 - nie wiem.
podpowiadam:
 - "sz... szer... szermier...
 - nie wiem.
 - no szermierka!
malina zdziwiona:
 - a co to jest? jakis sport?
skacze na dywanie i robie kilka (moim zdaniem) charakterystycznych szermierskich ruchow. nieudolna pantonima jak sie okazuje. malina sie rozpromienia:
 - chyba wiem!!!! to jest walka na sz.... sz...
 - no! dobrze! szpaaaa...
 - na szpadle!!! - wola malina triumfalnie.





 
piątek, 24 września 2010
dobre wychowanie malinowe

jestesmy w sklepie z bielizna. malina zachwycona koronkami, jedwabiem, rozyczkami. nagle wyciaga wieszak z czyms czarnym, przeroczystym, zwiewnym i obszytym czarnymi piorkami:
 - mamusiu! jakie to piekne! kup mi to. prooooooosze! zaloze sobie do szkoly!
 - kochana, jak ty bys to do szkoly zalozyla to by sie wszyscy z ciebie smiali!
 - tak? to znaczy, ze nie maja dobrych manierow. sama mowilas, ze jak ktos sie smieje z czyjegos wygladu to nie ma dobrych manierow!




czwartek, 23 września 2010
malina genetycznie naznaczona?
pisze historie z wakacji, historie z weekendu, znajduje rymy i zapisuje je w zeszycie. chetnie taska olbrzymi slownik z regalu i sprawdza czy karussel ma dwa "l" czy jedno, bo ja nie mam pojecia. zbiera listki wkleja je artystycznie, maluje, klei, cwiczy na pianinie, czyta w obu jezykach coraz sprawniej i sprawniej, zapamietuje wierszyki po dwohc przesluchaniach, bo rymy latwo wpadaja jej w ucho i sama chetnie sobie slowka rymuje w obu jezykach - no uczy sie to dziecko chetnie i niezle jej to idzie, ale...
ale...
ale...
ale za nic nie moze zapamietac, ze 6+6 to 12, a jak do liczby dodac 1 to to jest zwyczajnie nastepna liczba, mimo wszelakich metod nadal liczy na palcach jak ma dodac do jakiejs liczby 10. meczy sie nad najprostszymi dzialaniami, ziewa, gapi w okno, zgaduje. patrzy na plus i czyta minus. mowi 15 zapisuje 12... i nie wiem jak jej pomoc, bo mialam dokladnie tak samo. matematyka zawsze mnie nudzila, meczyla, zniechecala do zycia. 
czy ja jej przekazalam gen matematycznego hamulca? albo cos jakby matematyczna niedoleznosc? przykurcz miesni matematycznych? 
jak jej pomoc?
pomocy! 



malina wywrotowa


malina siedzi na krawedzi bagaznika. wkladam jej rolki. biale w rozowe esy floresy i lylowe kwiatki. wygladaja jak jakies lyzwy z bajki. 
 - mamusiu, czy ty tez mialas takie ladne rolki jak bylas mala? czy moze to sa twoje?
 - nie. wtedy takich rolek nie bylo. wtedy byly metalowe wrotki.
ludzie czy pamietacie wrotki?
takie wrotki prawie wszystkie byly niebieskie a kilkoro wybrancow losu mialo je w kolorze czerwonym, dokrecane do butow, z bialymi sznurowadlami. ze starosci oblazila z nich farba i zostawala skora, ale to wplywalo tylko na wyglad - uplyw czasu nie wplywal na komfort jazdy. jak kolezanka nie miala wrotek, albo nie chcialo jej sie leciec po swoje ze strachu, ze mama przypomni sobie o nieodrobionych lekcjach i juz nie wypusci z domu, zdejmowalo sie jedna wrotke i dzielilo nia sprawiedliwie. lepsze pedzenie po krzywych plytach podworka na jednej wrotce ale z kumpelka niz potykanie sie o dziury w chodniku wprawdzie na dwoch ale w samotnosci.
malina w gustownym kasku, nakolannikach, nalokciownikach oraz nadgarstnikach rusza do boju niczym rycerz. niepewnie: lewa nozka, praaawaaa nozkaaaa... trzymam ja za lapke i tak suniemy po idealnie gladkiej drodze wsrod lak, na skraju lasu wyprzedzane przez szybszych rolkowcow. jak ja dostalam wrotki to zniknelam z domu i juz. mojej mamie nigdy by do glowy nie przyszlo zeby mnie trzymac za reke a ja wlasnie lapie ulotna mysl czy by... maliny nie zapisac na kurs jazdy na rolkach. totalne zidiocenie. 
po pol godzinie malina zaczyna sobie dawac rade. uzbrojona po zeby przewraca sie co jakis czas, ale zawsze na pupe. na zakonczenie pyta logicznie:
 - dlaczego nie kupilysmy ochraniacza na pupe?


bolesny temat.

na spacerze spotykamy znajoma, ktora pcha wozek z przesliczna 3- miesieczna coreczka w towarzystwie dwoch starszych synow. po krotkim wstepie, zachwytach i komplementach wciagamy sie w wymiane zdan o ciezkim porodzie, ktory zakonczyl sie niezbedna cesarka - trzecia juz niestety. maz nie rozumie wiele, malina laskocze dzidziusia w stopki, sciskamy sie na pozegnanie  i idziemy dalej. malina zamyslona. za zakretem pyta:
 - mamusiu, czy urodzenie dziecka jest bardzo... przestraszajace?
hmmm
hmmm
co by tu powiedziec? mam!:
 - z urodzeniem dziecka to jak u dentysty: jednego boli, innego nie.



piątek, 17 września 2010
jak mus to mus.

odkad malina chodzi do szkoly brzydko je. brzydko trzyma sztucce, wierci sie, ciagle cos jej spada na ubranie a od niedawna mlaszcze. uwazam, ze trzeba glownie wychowywac dobrym przykladem, wiec staram sie nie poprawiac jej bez przerwy, ale czasem juz nie moge:
 - nie trzymaj widelca jak malpka. -
 - nie przeciagaj sie przy stole. - 
 - nie bierz tyle do buzi. - 
 - nie mow z pelna buzia. - 
 - nie mlaszcz! - 
taka moja litania, ktora na niewiele sie zdaje. dziecko, ktore kiedys slicznie jadlo, je brzydko. i juz. 
dzis postanowila mi wytlumaczyc czemu mlaszcze. myslalam, ze powola sie na brakujace zeby, ale malina powalila mnie bardziej wyrafinowanym wytlumaczeniem. jak za dlugo gryzie z zamknieta buzia to brakuje jej powietrza, bo oddychanie nosem to jednak nie to samo! dlatego otwiera buzie i chcac nie chcac mlaszcze.
musi, bo sie udusi, amen.




środa, 15 września 2010
falstart


po calych wakacjach szalenstw do czarnej nocy i spania do poludnia, malina nie miala sily na pobudke do szkoly. tatus zaniosl ja na rekach do lazienki. cieple kakao, warkoczyki, granatowa spodniczka - dziecko zataczajac sie ze zmeczenia i ziewajac jak hipopotam podreptalo szarym switem do szkoly. 
pod szkola na dziedzincu stoja jakies ciezarowy, pelno robotnikow. przeciskamy sie do glownego wejscia. na schodach robotnicy popijaja poranna kawe i pala papierosy, zadnego dziecka jak okiem siegnac. przeniesli szkole na czas remontu? a ja nic o tym nie wiem?! 
 - przepraszam, a gdzie teraz jest wejscie do szkoly?
 - no tu. - odpowiadaja uprzejmie.
 - ale nie widze zadnych dzieci. pewnie przyszlysmy za wczesnie...
panowie w smiech:
 - troche za wczesnie! tak! szkola zaczyna sie jutro. 
 


Archiwum