wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 27 września 2011
malina placzaca
kazdy czytelnik tego bloga zna te piekna bajke o malinie NIEplaczacej. bajka jak to bajka. troche w niej prawdy troche fikcji. bo na przyklad dzis malina lezy juz w lozku a spozniony na kolacje tatus zupe dyniowa z pieczonymi kielbaskami i grzankami. ja do towarzystwa popijam piwo, kiedy nagle slyszymy, ze malina placze. biegne na gore. pewnie cos jej sie zlego sni! ale nie malina chlipie taka z lekka obrazona.
 - heeej, co sie stalo? - glaszcze ja.
 - smuuuutno mi... - chlipie moje dziecko.
 - ale czemu? cos ci sie smutnego przysnilo?
 - nieeee eee eee...
pewnie jakies szkolne smutki. wypytuje i wypytuje ale malina kreci glowka. w koncu wyznaje wycierajac nos:
 - bo ja totylko takie byle co dostalam na kolacje a tatus... zupe taka pyszna... i kielbaski... a ja jestem taka glodnaaaa...
normalnie mnie zamurowalo i nie wiedzialam czy sie smiac czy malina jeszcze bardziej sie obrazi. no o 9 nie ma jedzenia, szczegolnie, ze wiedzialysmy, ze tatus wroci pozno i poszlysmy na kolacje w miescie okraszona wielkim ciastkiem na deser. szybko przypominam to ciastko.
 - eee takie male ciastko... a tatus ma kielbaski...
 - kochana, spij szybko to zaraz bedzie sniadanie.
malina zamknela oczy i zasnela w ciagu kilku minut. wciaz mnie to strasznie wzrusza, ze takie dziecko potrafi plakac, gadac a potem trzy minuty pozniej spac.

... i po placzu.



sobota, 24 września 2011
strach


cos mi sie tak z dusza czy z cialem porobilo, ze od kilku miesiecy boje sie latac. zawsze latalam czesto, ale wsiadalam do samolotu, zasypialam zanim wystartowal i juz. latam przynajmniej raz w tygodniu i tak sie nie da zyc. przy najmniejszej turbulencji dlawie sie wlasnym sercem. wczoraj siedzialam na lotnisku i zastanawialam sie czy nie wziac taksowki i nie uciec z lotniska na dworzec i wrocic do domu pociagiem. ale chcialam zdazyc na kolacje i zamiast 5 godzin w pociagu wybralam 50 minut samolotem. przez opoznienie i tak stracilam ponad trzy godziny, wiec potem te 50 minut siedzialam, balam sie, zalowalam i wysiadlam nieprzytomna. musze pojsc na taki kurs pomagajacy zwalczyc strach. inaczej zwariuje chyba.


wtorek, 20 września 2011
juz chyba dzis zaczynam trzymac kciuki.
malina zostaje na razie w swojej szkole. ma nowa, bardzo surowa pania, w ktorej dzieci sie wprost zakochaly. klasa zostala zmniejszona. na religie wrocila jej ulubiona nauczycielka, ktora glownie gra na gitarze i spiewa jezusowe przeboje i mysle, ze po rodzicach malina kocha ja najbardziej na swiecie.
z rozbiegu zadzwonilam do nowego hortu. juz pomijam fakt, ze horst jest architektonicznym dzielem sztuki, ma przepiekny ogrod to pracuja tam panie, ktore mnie zwyczajnie zachwycily. zadzwonilam - choc czulam ze to bez sensu -  do pani dyrektor i... okazalo sie, ze jest jedno miejsce. nagle sie zwolnilo! a kandydatow wielu.
umowilam meza na jutro na spotkanie. kazalam zalozyc blekitna koszule i garnitur. ale bez krawata! to robi wrazenie, ze taki zapracowany tata... no i bardzo mesko...
mam nadzieje, ze mu sie uda. to nie byloby rozwiazanie optymalne, ale byloby lepiej.
troche mi szkoda, ze nie pojdziemy razem, ale z drugiej strony taki samotny tatus (z mamusia w hamburgu) budzi dobre uczucia, wspolczucie. mam nadzieje, ze pani dyrektor ma dobre serce...
czwartek, 15 września 2011
przytulanie bez powdu
pamietam jak zadziwila mnie kolezanka, ktora odwiedzilam kiedys w warszawie a ktora ma 5 dzieci. jak mozna w takim tlumie ludzi stworzyc taka harmonie? powiedziala wtedy, ze jej glowna metoda wychowawcza jest przytulanie usmiechnietego dziecka. jak to? no wlasnie. nie sztuka jest szybko reagowac na placz, koic, uspokajac, lagodzic a zalatwiac wazne sprawy albo odpoczywac jak dziecko jest spokojne, zadowolone, najedzone i sie akurat samo dobrze bawi. jej dzieci juz jako niemowlaczki byly wyciagane do przytulania, calowania, sciskania, lulania ot tak bez powodu a kiedy plakaly, mama mowila:
 - juz ide! ideee!
i szla oczywiscie, ale "dluzsza droga".
potem jak urodzila sie malina, bieglam ja sciskac jak tylko sie usmiechala i moze to juz jest nasza rodzinna legenda, ale wydaje mi sie, ze malina niemal wcale nie plakala. moze od dziecka czula, ze fajnie sie usmiechac?

pomyslalam o tym dzis, kiedy po raz setny chyba uslyszalam, ze to niesamowite jakie mam pogodne, wyluzowane i zadowolone z zycia dziecko. moze to zwyczajnie geny tatusia, ale moze tez troche te calusy bez powodu?



malinowe wyznanie
 
- bardzo cie kocham. - malina ni z tego ni z owego a idziemy wlasnie kupic chleb.
usmiecham sie. na to malina:
 - a ty mnie kochasz?
i zanim cos odpowiem, dodaje:
 - glupie pytanie, co?


wandale. maja po 4 lata.
wychodzimy ze sportu. wszystko tu jest nowe, bo gmina sie kilka lat temu zaangazowala i wybudowala wielkie centrum sportowe, bieznie, boiska, kafejki, robi sie tez coraz bardziej zielono. musze stanac na chwilke. wazny telefon. w ogrodzenie biezni dwoch malych chlopcow wali ile sil metalowymi lopatkami, ze az dudni, metal o metal.nie takie maciupkie lopatki, tylko duze na kiju. pewnie na nich ktos zaraz nakrzyczy. odsuwam sie nieco, bo halasuja jak nie wiem tym waleniem. obok na lawce siedzi znudzona mama. rzucam jej pytajace spojrzenie. patrzy w bok. pewnie nie jej dzieci. koncze rozmowe i zwracam sie do chlopcow:
 - huhu! przestancie tak walic, bo polamiecie sobie lopatki i zniszczycie plot!
jestem oszolomiona spojrzeniem tych malych baczkow. moga miec po 4 lata a ilosc pogardy z jaka mnie mierza i zlosliwy rechot z ktorym wracaja do przerwanego na chwile zajecia niemal zwala mnie z nog. kobieta na lawce obserwuje nas znudzona. podchodze do chlopakow:
 - prosze w tej chwili przestac! s o f o r t!!! powiedzialam!
przestaja. odsuwaja sie na wszelki wypadek. moze mysla, ze ich uderze? jeden zmienia lopatke w karabin, mierzy mi w glowe i "strzela" smiejac sie zlosliwie. drugi peka ze smiechu i zaczyna walic dalej w plot.
 - czego pani chce od moich dzieci? - kobieta ze znudzonej zmienia sie we wkurzona.
 - a jak pani mysli? czego chce? zeby przestali niszczyc plot.
pani wzrusza ramionami, ze niby takiej idotki dawno nie widziala. jakas adrenalina we mnie stapila (moze to te hormony tarczycy?):
 - pewnie. niech sobie wala. niech niszcza. wandale. za 10 lat lopatkami zakatuja czlowieka na dworcu. a pani jest matka tych wandali. i to za 10 lat to jest pani zasrana przyszlosc. jak te chlopaki nie przestana niszczyc plotu nasle na pania straz. do widzenia.
poszlam. jestem zla na caly swiat. chetnie dalabym rosnac krzewom w naszym plocie na 5 metrow.


środa, 14 września 2011
malinowy peeling

dwie godziny latania po mokrym ogrodzie. kolana zielone, stopy czarne. mimo siedzenia w wannie nie chca sie domyc. odkrecam peeling - nakladam na nozki a malina masuje:
 - mamusiu, normalnie czuje jak zmywam sobie bakterie z nog!


wtorek, 13 września 2011
malina (nie)calujaca
zaliczylam dzis pedagogiczna wpadke. calkiem niechcacy. spontanicznie.
jeszcze przed wakacjami malina wyznala mi w tajemnicy, ze ch. calowala sie z i. no dziwne mi sie to wydalo, bo ch. jest najmlodsza w klasie. i w ogole to mowimy o dzieciach w wieku 7-8 lat! zapomnialam o tym szybko, bo pomyslalam, ze to jakas malinowa fantazja.
dzis mama n. opowiada, ze jej syn na wiadomosc, ze ch. i i. sa zaproszeni na party urodzinowe skomentowal:
 - tak? to moze znow beda sie calowac.
mama byla oburzona. a ja sama nie wiem co myslec.
jade z malina i tak zagaduje:
 - hmmm pamietasz, jak mi opowiadalas, ze ch. i i. sie caluja?
 - tak. a. tez sie calowala z i.
u kurcze, no!
 - tak? a ty? calowalas sie tez?
 - nie. ja bede sie calowala jak bede dorosla.
 - jak bedziesz nastolatka to pewnie sie bedziesz juz calowac.
 - eeee chyba nie.
 - pewnie tak i to jest ok, bo wiesz mlodziez to juz jest bardziej odpowiedzialna i myje zeby. - jezusie, co ja gadam? ale brne dalej  - a takie male dzieci jak wy to wiesz jak to jest... no czesto zebow nie myja i takie calowanie jest bleeeee... no okropnie obrzydliwe.
 - tak myslalam - odpowiada malina - najlepiej calowac sie z mezem, bo w domu mozna sprawdzic czy myje zeby czy nie.

i teraz martwie sie, ze moze malina w przyszlosci bedzie miala jakas traume? i bedzie musiala isc do psychologa, bo bedzie sie brzydzila calowania? moze cos popsulam?

a wy co byscie powiedzialy? no?




trzecia klasa.
malina poszla do trzeciej klasy. nowa pani bardzo mi sie podoba. jakas rzeczowa jest i sciska mocno dlon na powitanie. to lubie. poprzednia pani wiecznie byla lekko usmiechnieta bez wzgledu na to czy mowila cos milego czy niemilego i potrafila stracic panowanie nad soba. a dzieci potrzebuja prawdy. jak jest niemilo to niemilo, jak milo to wtedy sie trzeba usmiechac. dzieci nie rozumieja jeszcze ironii, kpiny i nie rozumieja, ze wiecznie usmiechnieta pani nagle traci panowanie na emocjami i krzyczy. nowa pani jeste serdeczna ale tez bardzo serio. malina zachwycona. klasa zrobila sie mniejsza. 20 uczniow. w tym roku dochodzi plywanie i angielski. malina siedzi z a.
a. jest lekko flegmatyczna, niesamowicie piekna, stateczna, odpowiedzialna i mozna jej zaufac. zupelne przeciwienstwo maliny. malinie tez moznaby bylo zawsze ufac, gdyby nie fakt, ze ona jest jak maly piesek lub zrebak. chce sie dobrze zachowywac i o wszystkim pamietac, ale rozsadza ja energia, gdzie pobiegnie, podskoczy, ucieknie... dzis chciala mnie zaskoczyc ze juz sie umyla, wyprysznicowala itp i jak sie przejechala z uciechy po podlodze w lazience to na dole az huknelo... spieszy sie ciagle...

gdyby malina tak nie kochala tej szkoly to byloby mi latwiej... a tak to nie wiem, czy nie naginam jej zycia do moich uczuc.

poniedziałek, 12 września 2011
malina
zrozum tu czlowieku kobiete. chocby taka mala.
dzis malina szykowala sie na przyjecie urodzinowe swojej aktualnie najwiekszej przyjaciolki a.
kiedys na takie przyjecia malina wyciagala z szafy ulubione sukienki i byla obrazona jak mowilam, ze diamentowa korona czy rekawiczki obszyte piorkami to przesada. dzis kazala sobie zaplesc kilka cieniutkich warkoczykow do rozpuszczonych wlosow i gotowa stanela w: moich czarnych skapetach w szare paski (dla niej podkolanowki), spodniach do kolan, bluzce z motylem we flage australiska i na to w przykrotkiej szarej kurtce. zawiozlam dziecko na przyjecie sielskie i zobaczylam, ze trafila w dziesiatke: ani jedna dziewczynka nie miala sukienki i to na szczescie, bo dzieci jezdzily na traktorze, na koniach i skakaly po piramidzie ze slomy.

potem zrobilysmy zakupy do trzeciej klasy. sprezentowalam dziecku nowy piornik, sliczne kredki i flamastry. prawie wszystkie kolezanki dostaly nowe tornistry: trzecia klasa to nowy nauczyciel, wszystko powazniejsze, dziewczyny nie chca juz paradowac z rozywymi tornistrami we wrozki i elfy. kupilabym malinie nowy, fajny tornister, ale malina tak szalala ze swoim, ze obiecalam, ze za nic nie dostanie nowego, bo swojego wcale nie szanuje i teraz nie moge nie dotrzymac slowa. szkoda... na szczescie malinowy tornister ma bordowe kwiaty na granatowym tle, wiec nie jest jakis typowo dzieciecy.
i juz mi sie jakos tak zrobilo dzis markotnie, ze malina taka duza, nogi takie duze, zeby nowe i w ogole taka cool... a tu prosze! dziecko poszlo do piwnicy, wyciagnelo ze skrzyni wszelkie zapomniane przytulanki: nawet owieczke z pozytywka, ktora nosilam na brzuchu jak bylam w ciazy i ktora towarzyszyla potem malinie - niemowlaczkowi. zabawki wyladowaly rzedem pod koldra i tak moja trzecioklasistka (przedtem wypucowana truskawkowa pianka) poszla spac. z mysia mimi, tygryskiem, z lala amelia, owieczka i misiem joziem...

moja mala, duza coreczka.




piątek, 09 września 2011
malinowa, kulturalna mama

wlasnie odebralismy maline od tesciow. moglabym teraz zrobic siarczysty wpis o tesciowej, ale nie zrobie, bo jestem dorosla, kulturalna, mila i umiem trzymac emocje na postronku. tak. tak. taka wlasnie jestem. jak sobie to bede powtarzac do wieczora, to moze i w to uwierze a potem i tak mi przejdzie.
piątek, 02 września 2011
bez maliny

odwiezlismy maline do dziadkow. od dwoch tygodni nie mieszkaja 400 kilometrow od nas tylko 60 i zamiast 4 godzin jestesmy u nich w 25 minut. jedno z najpiekniejszych miejsc w okolicy. jeju jak nam bylo smutno wracac. robilismy plany. co tu takiego mozemy zrobic, czego nie mozemy z powodu maliny? do miasta, do kina na pozny seans, poszlismy... na spacer. kiedys czy deszcz czy snieg czy cieplo chodzilismy przed snem na spacer. zagladalismy ludziom do okien, ogrodow, lazilismy skrajem lasu, gadalismy. po powrocie mycie zebow i spac. od osmiu lat tardycja zamarla, bo jakos nie umiemy zostawic maliny samej w domu. po spacerze lyk wina w ogrodzie i na gore... wsponamy sie cichaczem jak zawsze i nagle maz glosno:
 - co my sie tak czaimy? na gorze nikt nie spiiiiiii!!!! mozemy skrzypiec schodami ile chcemyyyyy!!!!
jakos wytrzymamy ten tydzien, co? z rana poszlam prasowac malinowe sukieneczki, teraz rzucam sie w okropny projekt, wieczorem kolacja ze znajomymi w ulubionej restauracji, potem weekend ktory mial byc albo w barcelonie albo lizbonie a bedzie wiszeniem na hamaku z ksiazka. w poniedzialek misja trzydniowa w hamburgu i zaraz potem zabieramy maline do domu. jestem pewna, ze dzis na porannym spacerze z psem ani chwili nie zatesknila. milosc maliny do dziadka i dziadka do maliny jest niepowtarzalna i jakos czujemy ze niemiecka babcia troche ma z tym klopot.

czwartek, 01 września 2011
sztuka sporu
sztuka kochania. sztuka milczenia. sztuka pisania. sztuka przebaczania. sztuka konwersacji...
do zycia niezbedna jest sztuka sporu. realna codziennosc i matrixowa przestrzen pelna jest konfliktow. czasem sa to nieporozumienia, niesnanski, czasem wielkie konkfity z nieobliczalnymi konsekwencjami. trzeba umiec sie klocic, spierac, walczyc na argumenty.
patrze na maline i jej kontakty. z sasiadeczka nie daja rady wytrzymac dluzej niz dwie godziny. kloca sie, sasiadeczka wybiega z ogrodu i trzaska furtka. malina zostaje i nie wie co robic. wieczorem powtarza ten schemat w domu. czekam az wroci i tlumacze, ze uciekanie, obrazanie i trzaskanie drzwiami to poziom przedszkola, teraz trzeba juz umiec rozmawiac. z a. potrafia spedzic caly dzien i nic. czasem spieraja sie, ale przekonuja, przekonuja i zawsze jedna strona wygrywa, druga przyznaje racje. raz jedna raz druga - zdrowa rownowaga. jestem pod wrazeniem.

tak sobie o tym rozmyslam, bo mam kolezanke, ktora wlasnie wpada w depresje. druga praca w jej zyciu i dziewczyna (10 lat mlodsza) nie daje sobie rady z szefem. nie umie poradzic sobie w sytuacji stresowej i napietej. zamiast dyskutowac, szukac kompromisu czy jakichs rozwiazan jest obrazona, dotknieta do zywego i zalamana, ze nikt jej nie lubi, nie rozumie, nie docenia jej pracy, mysli o tym zeby odejsc. tumacze, ze w kazdej innej pracy a nawet jako niepracujaca bedzie musiala dawac sobie rade z konfliktami, bo one sa wszedzie. poszla po profesjonalna porade. okazalo sie, ze sprawy zaszly tak daleko, ze musi chodzic regularnie do psychiatry. zaczyna sie oczywiscie jak zawsze od... rodzinnego domu. u niej rodzice nigdy sie nie klocili. wszystko bylo zmiatane pod dywan i choc czulo sie napiety sytuacje, nikt o tym nie mowil.

ide na gore szczerze malinie wygarnac co mysle o balaganie w jej pokoju:-)


Archiwum