wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 30 września 2013
malinowe szkolne nowinki

kolejna jedynka. z laciny.

kurtki nadal nie ma. rozmawialas z dozorca szkolnym? nie. dlaczego? zapomnialam.

dzis wywieszono liste i dodatkowymi zajeciami. malina dostala sie na oba zajecia, ktore zaznaczyla jako priorytetowe: badminton i koszykowka.

 

jak zgubic kurtke?

na pierwszej przerwie mozna puszczac statki z lisci na strumyku, patrzec jak spadaja mini wodospadem i laduja w stawie. a kurtka zdjeta, bo za goraco lezy gdzies w trawie.

na drugiej przerwie mozna bawic sie na placu zabaw, chustac sie i wspinac po roznych drabinkach. a kurtka lezy gdziec w trawie, bo znow za goraco.

na trzeciej przerwie biega sie po sciezkach rosarium i bawi w berka. kurtka jest zupelnie niepotrzebna i lezy na lawce gdzies pewnie.

na przerwie poobiedniej stoi sie z nosem przylepionym do okna sali gimnastycznej i podglada starsze kolezanki jak cwicza akrobatyke cyrkowa. kurtka. chyba zostala w szatni, wiec nie ma czym sie przejmowac.

potem w autobusie jest tyle rzeczy do zalatwienia i omowienia i trzeba wsiasc i usiasc i nie zapomniec tornistra, czapki, szalika i juz w ogole nie ma sie glowy do kurtki.

 

 

kurtke mozna zgubic. to jest bardzo latwe.

 

czwartek, 26 września 2013
malinowa dobra wiadomosc i malinowa zla wiadomosc.

 

pierwszy zgubiona kurtka. sliczna, droga kurtka.

pierwsza jedynka.

 

środa, 25 września 2013
klasztorne metody

 

na przerwie chlopcy sie wyglupiaja i przepychaja na schodach, przechodzace dwie dziewczynki zwracaja im uwage, ze to jest w sumie niebezpieczne. dwoch chlopcow podbiega do nich i krzyczy zeby sie nie wtracaly, zeby sie zamknely i ze sa idiotkami. dodaja jeszcze:

 - du schlampe!

(you bitch!)

a nie widza, ze za nimi stoi prefekt. koniec przerwy. do klasy wchodzi prefekt i wywoluje chlopcow do tablicy.

malina opowiada to tak jakby on zaraz mial ich zbic linijka po paluchach i juz jestem gotowa wypisac maline z tej glupiej szkoly. bo chlopcy zachowali sie okropnie, no ale bez przesady! malina opowiada dalej:

chlopcy maja wskazac, ktore dziewczynki nazwali idotkami i schlampe (tak normalnie powtorzyl TO slowo przed cala klasa!- malina jest przejeta cala historia od nowa). wstraszeni chlopcy wskazuja i... za kare maja... kazdej z dziewczynek powiedziec po 5 komplementow! czerwoni poca sie i stekaja:

 - masz bardzo ladne,... dlugie wlosy. masz...hmmm ladny glos...

reszta klasy nie moze sie nadziwic calemu przedstawieniu: dziewczynki sie smieja, chlopcy... sa przerazeni i milczacy. ci ukarani chlopcy maja w domu te komplementy ulozyc w krotkie uzasadnienie dlaczego te dziewczynki sa bardzo fajne, uzasadnienie przeczytac przed klasa i bedzie z tego ocena na niemiecki. dziekujemy. do widzenia i prefekt wyszedl. pani od niemieckiego pewnie juz miala z takimi sytuacjami do czynienia, bo jakby nigdy nic przeszla do lekcji.

mam wrazenie, ze chlopaki na drugi raz sie dobrze zastanowia zanim kogos w szkole obraza, choc oczywiscie moze byc tak, ze beda obrazac uwazajac, by nikt ich na tym nie przylapal.

mimo, ze radykalna, ta metoda bardzo przypadla mi do gustu. w poprzedniej szkole pani zawsze kazala obu stronom ze soba porozmawiac i opowiedziec co czuja. nie bardzo to dzialalo.

 

 

 

wtorek, 24 września 2013
malinowe "po szkole"

 

wczoraj pomyslalam sobie, ze moze czegos tam im dodaja do jedzenia w tym klasztorze?  no powaznie. jakies ziolo moze?

malina wraca juz drugi tydzien do domu w podskokach. i nic, no nic nie jest w stanie popsuc jej swietnego humoru.

 

poniedziałek, 23 września 2013
malinowy lekarz.

 

jestesmy zaproszeni na kolacje do znajomych. strasznie jestem ciekawa jak sie urzadzili, bo od dwoch miesiecy mieszkaja w nowym mieszkaniu w jednej z najladniejszych dzielnic miasta. jedziemy. adres mam gdzies w skypie, ale przeciez numer pamietam, prawda? pewnie! skrecamy w przepiekna ulice i hyc! numere wyskakuje mi z glowy. i kurcze no nie wiem ktory numer. nie wiem i juz. chyba ten.

 - malina wez wyskocz i sprawdz czy jest nazwisko ga.

malina biegnie do furtki. czyta. wraca:
 - nie to jakas klinika.

ok. jedziemy dalej. chyba tu! malina sprawdza, nie ma tabliczki z nawiskiem znajomych. sprawdzamy kolejna furtke. w koncu dzwonie do znajomych i pytam o numer. aaaa ok. zawracamy i okazuje sie, ze chodzi o te pierwsza furtke. wyciagamy kwiaty i prezenty, stajemy przed furtka. w przedwojennej willi mieszkaja trzy rodziny. trzecia tabliczka: stoi jak wol nawzwisko znajomych.

 - malina co ty z ta klinika?

 - no bo ja nie wiedzialam, ze ag. jest lekarzem? tu mieszkaja sami lekarze.

tak. trzy rodziny a kazda ma przed nazwiskiem wygrawerowany tytul doktora.

 

 

 

piątek, 20 września 2013
wpis jesienny

 

od kilku dni na parapecie kuchennym za oknem leza dwie sliczne dynie. leza? lezaly. w poludnie chce na parapet wystawic wielki, nieforemny garnek, bo nie miesci mi sie w lodowce a na oknie pusto. ale sie wkurzylam spontanicznie! ktos wlazl mi do ogrodu i gwizdnal dynie! moze malina wziela do zabawy?
tylko spokojnie. tylko spokojnie.
stawiam garnek na parapecie i w tym momencie uswiadamiam sobie, ze w garnku jest dyniowa zupa krem na dzisiejsze ognisko. z tych dwoch dyn.

 

malinowa musztra.

wczoraj rano malina miala poranek zamyslony. miedzy jednym lykiem herbaty a drugim jej wzrok ginal gdzies w glebi ogrodu widocznego przez kuchenne okno a tonacego w porannych, jesiennych ciemnosciach. kazdy tak czasem ma, wiec staralam sie nie burczec, tylko dyskretnie przypominac, ze robi sie pozno, ze autobus nie bedzie czekal, ze jeszcze zeby do umycia, wlosy do uczesania... po ktoryms upomnieniu zaczelam sama siebie denerwowac i powiedzialam, zeby malina dala sobie spokoj z ta herbata bo sie spozni na autobus i tyle.

ok. zabki umyte. wlosy. wlosy zostaly dobrze przyciete w wakacje, ale wciaz sa to bardzo dlugie wlosy. rankiem nawet jakby dluzsze i bardzo poplatane. tu malina z kolei stracila cierpliwosc i buchnela placzem, ze jej wyrywam wlosy. jezu. w zyciu nie ryczala przy czesaniu. to musi byc jednak stres z ta nowa szkola. ooomg. tylko cierpliwosc moze mnie uratowac. szybka kitka i malina leci sie ubierac.

zaklada ciepla luze z kapturem, na to kurtke deszczowke, na to wielki szal/chuste oraz czapke z daszkiem. kiedy juz wyglada jak okragly balwanek i prawie nie moze sie schylic zabiera sie za chacksy, ktore sa za kostke i najpierw trzeba je rozluznic zeby jakos weszly a potem zasznurowc, co w tej ilosci ubrania, ktore ma na sobie malina jest prawie niewykonalne, wiec trwa. trwa. trwa. a ja? nie krzycze. burcze tylko i bardzo jestem z tego dumna, bo moglabym wybuchnac jak jakas mina ladowa.

wieczorem wracamy do sprawy, idziemy do przedpokoju:

 - malina, kolejnosc rano jest taka: sniadanie do tornistra, tornister pod drzwi, zakladasz: buty, bluza, szalik, kurtka, czapka, tornister.

 - no co ty! czy ja w przedszkolu jestem? przeciez ja to wiem!!!

 - normalnie wiesz, rano nie wiesz. powtorz!

 - sniadanie do tornistra! tornister pod drzwi! buty! bluza! szalik! kurtka! czapka! tornisteeeeer!

wlosy wyczesane do snu. tornister zapakowany.

 

dzis rano luz blues. prysznic, przygotowane wczoraj ubranie, sniadanie, wlosy czesza sie niemal same, tornister czeka pod drzwami. malina ostentacyjnie wrzeszczy na caly dom:

- sniadanie do tornistra! tornister pod drzwi! buty! bluza! szalik! kurtka! czapka! tornisteeeeer!

- o matko malina, daj spokoj jeszcze tyle czasu!!!

tatus natychmiast wykorzystal sytuacje: ubieramy sie i idziemy do autobusu dluzsza droga. spacer. no dooobraaaa. czapka. kurtka. idziemy. po drodze spotykamy sasiadke z psem. (co oni robia, te ten pies co lata po lakach i lesie wciaz wyglada jakby byl codziennie prany w pralce ze specjalnym programem na miekkosc i puszytosc i wyglda jak pluszowy?) na parkingu spotykamy dzieci co jada autobusem w druga strone i te co na rowerze pedza na kolejke. o malinowe kolezanki. zatrzymuja sie na chwileczke. przyjezdza busik malinowy a pan kierowca zna nasza sasiadke, wiec sobie tak wszyscy stoimy i gawedzimy o pogodzie. jakies dobre 5 minut. dzieci sie rozjezdzaja w rozne strony, my z mezem robimy okrazenie i zahaczamy o piekarnie, kupujemy precle. w domu gotujemy kawe i zabieramy sie za prace. i przez chwile ma sie wrazenie, ze swiat jest wlasnie taki jak ma byc.

 

 

 

 

czwartek, 19 września 2013
a jesli chodzi o moje zycie zawodowe w tym tygodniu...

 

"z uniesien pozostalo mi uniesienie brwi, ze wzruszen - wzruszenie ramion."

 

(jacek podsiadlo)

 

 




środa, 18 września 2013
malina wesola.

 

wraca malina ze szkoly a smieje sie, ze nie wiem.

 - fajnie dzis bylo?

- bardzo!!! i smiesznie tez bylo. super dzien!

 - tak? a co bylo takie smieszne?

 - na lacinie nauczylismy sie nowego slowa.

 - smiesznego? - od razu w myslach chwale nauczyciela. dobrze, ze wymysla wesole rzeczy. w ten sposob zacheci dzieci do nudnego przedmiotu.

 - tak! slowo "gdzie".

 - gdzie?

 - tak! po lacinie gdzie to ubi! u - b - i !!!- i malina nie moze juz nic powiedziec, bo peka ze smiechu.

 

to pewnie tak jest, z im starsze dziecko, tym trudniej je zrozumiec...

nauczycielki+rajstopy

 

zagladam czasem do statystyk. duzo roznych wejsc. z roznych znajomych blogow, z nieznanych, z zamknietych, do ktorych nawet nie mam kluczyka. ciesza mnie wszystkie wejscia i komentarze. dziekuje.

jest jeden adres, ktory frapuje mnie niezmiennie. pojawia sie regularnie, niemal codziennie:

http://tematy.blox.pl/Blox/szukaj/nauczycielki+rajstopy

kazdego by zdziwil, co?

pozdrawiam tak czy owak kazdego kto tu zaglada. z kazdego adresu!

 

 

 

wtorek, 17 września 2013
poniedzialek w malinowym gimnazjum.

stan eurforii nie mija. na razie! w tym tygodniu malina ma wyprobowac rozne zajecia dodatkowe i do konca miesiaca zdecydowac co chce robic. probuje wiec: akrobatyke, gotowanie, koszykowke, taniec, wspinanie i chor. chcialaby jeszcze trabke. na koniec ma sie zdecydowac na jedne lub dwa dodatkowe zajecia.

 - a na jakie powinnam sie zdecydowac?

 - no nie wiem, masz je wyprobowac zeby zobaczyc co ci sie podoba, zeby samodzielnie zdecydowac.

 - ale jak zle zdecyduje to sie bedziesz zloscic.

 - zloscic?!

po raz kolejny malina przenosi na mnie historie, ktore uslyszala o innych rodzicach. kiedys powiedziala, ze bala mi sie czegos tam powiedziec, bo bym ja... wytargala za ucho.

 - ale czy ja ciebie w zyciu pociagnelam za ucho?!!

 - nie. no ale pomyslalam, ze moglabys to zrobic. i sie balam.

 

zagladam w malinowy zeszyt do laciny. juz te pierwsze kilka lekcji przyprawia mnie o mdlosci. mam alergie czy co? przede wszystkim widze, ze malina jest w sumie z podstawowki nieprzygotowana do gramatyki. pod koniec 4 klasy robili cwiczenia zeby odroznic akkusativ od genetivu i tyle. a tu podrecznik lacinski dwoluje sie do niemieckiej deklinacji. malina macha raczka: mamusiu, ja to maiaam w polskiej szkole, po lacinie jest nawet latwiej, bo o jeden przypadek mniej. aha. no dobra.

w wolnej chwili dzieci rysuja. malina smaruje wampirzyce o figurze modelki kolo pieknego grobu. na pierwszych zajeciach z religii pyta czemu tu sa tylko mnisi. byloby milo przeciez gdyby byly tez zakonnice. amen.

 

poniedziałek, 16 września 2013
taktyka

kiedys moglam zapraszac tesciow niezaleznie od humoru. dziekowali, ale nie mieli czasu. a pewnie chodzilo o to, ze nie mieli ochoty. tesciowej nie podoba sie, ze pracuje, ze malina chodzi do polskiej szkoly, ze nie prasuje, slabo gotuje i w ogole ogolnie ja z lekka wkurzam. nigdy tez jakos nie udalo jej sie zakochac w malinie. az tu nagle - od jakichs dwoch lat - zupelnie zmienil sie front. tesciowa znienacka polubila maline, rozplywa sie nad jej zdolnosciami, malinowy prezent: obraz akwarelowy bzu, lekko kiczowate dzielo sztuki pedzla malinowego powiesila na honorowym miejscu, odwiedzaja nas jak tylko ich zaprosimy.

jutro moja tesciowa ma urodziny. niefrasobliwie powiedzialam, ze skoro zaprosilismy ich na urodziny tescia, to w ramach symetrii i rownosci plci musimy zaprosic ich teraz na urodziny tesciowej. rybne fondue, dodalam jeszcze. maz oswiadczyl, ze pewnie nie przyjda, bo tesc cos wspominal, ze ida do restauracji a nastepnego dnia jada na kilka dni w gory w ramach prezentu. tak? no to tym bardziej! zapraszamy bez wahania, bo i tak odmowia! a ja zbiore punkty jako cudowna synowa, co?

telefon do tescia. no pewnie nie, bo w sumie juz wszystko zaplanowane, ale oczywiscie sprawdzi z solenizatka.

telefon od tescia. sprawdzil. solenizatka wniebowzieta. przyjezdzaja na fondue. a po wycieczce w gory zapraszaja nas do tej restauracji, co jutro odmowia rezerwacje stolika.

i masz babo placek.

wszyscy strasznie sie ciesza a ja chyba musze absolutnie zmienic taktyke jesli chodzi o te zaproszenia.

maz sie smieje: mowilem, ze powinnismy byc ostrozni!!!

 

 

 

 

malinowa polszczyzna

 

miasto obwieszone jest plakatami wyborczymi. jedna mala partia postanowila dac o sobie znac glosno i dobitnie: na plakacie widnieja cztery posladki, kazdy w kolorze poszczegolnych duzych partii i podpis: czy znow chcecie wybrac w wyborach same dupy? malina oburzona, ze ktos zgodzil sie (4 osoby w dodatku, bo poldupki sa wyraznie rozne!) na publiczne wystawienie wlasnej pupy. tlumacze, ze przeciez pupa jest bardziej anonimowa niz twarz. z twarza bylby wiekszy wstyd niz z ta gola pupa. i nagle przychodzi mi do glowy, ze nigdy na takie tematy nie gadalam z malina szczegolowo:

 - malina, a jak sie nazywaja po polsku posladki?

 - policzki dupne. - odpowiada zadowolona z siebie malina, dajac do zrozumienia, ze niczym nie moge jej zaskoczyc.

 

smieje sie do rozpuku, ze malo dziecku sie wylupie oka, lapiac sie za glowe. malina tez rozbawiona:

 - nie wydlubaj mi oku!!!

 

 

 

piątek, 13 września 2013
drugi malinowy dzien w gimnazjum.

 

drugi dzien szkoly jest krotki. malina juz w domu. juz w drzwiach tlumaczy, ze kobiece imiona po lacinie maja "a" na koncu i ze wiele jezykow (upragniony francuski tez! tez!!!) maja swoje korzenie w lacinie a pan od laciny... no ten pan od laciny to...

 - jest taki fajny! taki mily! musze powiedziec, ze ma serce dla dzieci!!! pozwolil nam dokonczyc sniadanie na poczatku lekcji!

malina wyciaga ksiazke do laciny i pokazuje z madra mina co jest co i jak sie czyta "c". mam szybko zalatwic w pracy co jest do zalatwienia i jedziemy po zeszyty i okladki.

 

 

 

 

czwartek, 12 września 2013
malinowy pierwszy dzien w gimnazjum.

no wiec bylo dobrze. bylo swietnie. zaparzylam malinowej herbaty z malinowym sokiem. siedzielismy trojke a malina opowiadala i opowiadala. jakas taka zrelaksowana, szczesliwa, powazniejsza niz zwykle, zdania jakies uporzadkowane i okragle a rece spokojne bez przesadnej, malinowej gestykulacji. pierwszy raz poczulam, ze dobrze, ze nie walczylam przeciw te szkole, dzis czuje, ze to jednak byl dobry wybor szczegolnie, ze malina ma absolutne poczucie, ze to ona sama zdecydowala i w sumie tak jest. najbardziej usmialam sie z opowiesci o pierwszej przerwie, kiedy przed klasa zebrali sie "dorosli" uczniowie z najstarszych klas, zeby obejrzec nowa klase:

 - ojej jakie ladne! jakie male! ale fajne! - wolali jeden przez drugiego.

wszystko sie malinie podobalo. i obiad. i podwieczorek. i praca domowa. i wychowawczyni. i powrot busem. i fakt, ze pani wybrala ja na czytanie "slowa od pierwszoklasistow" do reszty szkoly. bardzo ladny tekst. i ze w przyszlym tygodniu idzie na porbe na zajecia choru i akrobatyki i trabki i koszykowki. oczywiscie nie wszystkiego na raz! tu sie wtracamy, bo malina ma soboe wybrac zajecia nie wymagajace pracy domowej: chor, koszykowka, bo juz trabka, wloski czy francuski wymagaja cwiczen a malina nadal chce grac na pianinie i tanczyc. co za duzo to nie zdrowo. pamietam jak w te wakacje pytamy ja po obowiazkowej sjescie poobiedniej co robila a ona na to:

 - nudzilam sie. bylo super!

jestem absolutnie za nuda, relaksem i mysleniem o niebieskich migdalach, bo tylko wtedy mozna wymyslec cos nowego, pieknego czy niezwyklego. ta szkola nie da malinie czasu na nude, wiec o te strone jej zycia nadal musimy troszczyc sie my rodzice.

ide spac. nawet nie wiedzialam, ze ten dzien bedzie taki emocjonalny.

 

 

 

malina gimnazjalna.

 

jeszcze niedawno malina maszerowala pierwszy raz do przedszkola z workiem w ktorym byla bielizna i rajstopki na zmiane jakby nie zdazyla do toalety, gumowe spodnie do zabawy w deszczu i blocie, wlasna lyzeczka do sniadaniowych nasionek ozdobiona tygryskiem. a tu? prosze. siedzimy sobie w cudownej klasztornej jadalni (refektarz?) i sluchamy, ze szkola ma nie tylko rozwijac glowe, cwiczyc mozg, ale otwierac serce. tu zawiaza sie pierwsze przyjaznie, moze nawet na cale zycie, tu zaczie formowac sie swiatopoglad i tutaj kazde dziecko zacznie znajdowac swoje ja, siebie prawdziwego. dla mnie to slowa klucze: ja-prawdziwa. nastolatek to czlowiek, ktory jeszcze z dziecieca wrazliwoscia, otwartoscia i szczeroscia zaczyna byc czescia doroslego swiata. stoi bezbronny, prawdziwy, ciekawy, zbuntowany, pelen energii by wszystko stworzyc od nowa, zmienic i popchnac do przodu. siedzielismy obok maliny myslac, ze po raz kolejny wkracza w nowe srodowisko pewnym krokiem i z usmiechem. ma za soba waldorf, szkole intergracyjna, wiejska szkolke nad jeziorem - doswiadczenia dobre i zle, problemy ktore roznie rozwiazywala i chociaz czasem lekko posiniaczona to zawsze wracala do domu z tarcza a nie na tarczy.

 

wciaz spogladam na zegarek, bo nie moge sie doczekac jej powrotu i relacji. musze byc do 17:00 cierpliwa. dobrze, ze mam duzo pracy.

 

 

środa, 11 września 2013
i tak dalej.

 

trzy tygodnie nic_nie_robienia dobrze nam zrobily. stalismy sie tak harmonijna, zadowolona z zycia rodzina, ze nuda wieje we wszystkie strony. reklama czekoladek merci normalnie. jestesmy lekko zloci od slonca, troche lzejsi od skakania i plywania, wlosy nam splowialy od soli, dusze przewietrzyly kilkoma przeczytanymi ksiazkami, patrzeniem w gwiazdy i w bezkres horyzontu. wczoraj nasza stadnina powiekszyla sie o kilka silnych konikow (mechanicznych), jutro malina idzie do gimnazjum. dzis wieczorem czeka ja niespodzianka w postaci torby "na nowa droge zycia" a w niej: telefon, klucz, zeszyt do spisywania waznych rzeczy i dropsy na dobry humor.

 

 

Archiwum