wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 30 września 2014
poboli, poboli i przestanie.

 

wczoraj  okazalo sie, ze chlopiec, ktory przeszedl przez trzy etapy castingu do nowego filmiku reklamowego zostal odrzucony. ot tak. ogladali go i ogladali. poszli szukac alternatywy w londynie i sztokholmie, wrocili i uznali, ze jest swietny, ze tylko on jeden moze godnie zagrac w 30 sekundach promujacych ten cudowny produkt do chrupania. niestety, w ostatniej chwili przyszly wyniki badan marketingowych. okazalo sie, ze produkt jest chetnie chrupany przez chlopcow, dziewczynki wola inne sposoby niszczena sobie zebow. o! - zastanowil sie klient - musimy zawladnac umyslem dziewczynek. chlopcow przeciez juz mamy. i z godziny na godzine nasz bohater zostal zrzucony z piedestalu a stanela tam rudowlosa dziewczynka z wesola grzywka. niby nic, ale dla produkcji to jest okropny stres. dziewczynka potrzebuje na planie filmowym innego fryzjera niz chlopiec i znow trzeba przegladac stosy bluzek, rajstop i w dodatku spodniczek zeby dziecko ubrane bylo tak by lubily ja zwolenniczki rozu ale i te co programowo rozu nie znosza! znow trzeba zalatwiac papiero od lekarza, ze szkoly i ministerstwa do spraw nieletnich. a zdjecia lada moment. no wiec tak sie wczoraj przejmujemy ta sprawa a ja rzucam: boze, co ten chlopiec teraz musi przezywac... wszystkie kamery na mnie: co???! w takim momencie ten chlopiec jest tak niewazny jak pogoda w astralii albo zeszloroczny snieg. rezyser wzrusza ramionami: musi sie uczyc. takie jest zycie.

no pewnie, ze jest. przeciez sa dzieci chore, dzieci ktorym umieraja rodzice, dzieci zyjace w biedzie. nie_zagranie_w_glupawy,_filmiku_reklamowym nie jest jakas zyciowa tragedia. nie jest i jest. z naszej doroslej perspektywy to jest tylko godne wzruszenia ramionami. pamietacie te wzruszenia ramion widziane w perspektywy 5 latka? i perspektywy 120 centymetrow? pomyslalam wczoraj, ze szczesliwi dorosli wsrod nas to ci, ktorzy tego wzruszania nie musieli zbyt czesto doswiadczac.

 

 

poniedziałek, 29 września 2014
urodziny malinowego taty.

 

 - a na kiedy by pani chciala ten tort?

 - na jutro...

 - o to nie ma mowy. mogla pani zadzwonic dwa dni temu.

 - no moglam... moze da sie cos zrobic? ostatnio tez tak zamawialam w ostatniej chwili...

 - porozmawiam z szefem. niech pani zadzwoni za 15 minut. ale od razu mowie: szef sie nie zgodzi.

dzwonie za kwadrans.

 - o! prosze pani, w ogole nie ma sprawy! to co ma byc tam napisane?

moj maz nie jada ciast poza suchym (najlepiej takim co postal bez przykrycia dwa dni) ciastem biszkoptowym i sernikiem. a torty to juz w ogole nie wchodza w rachube. kilka lat temu wymyslilam z panem cukiernikiem zeby okragly, ulubiony sernik mojego meza przykryc marcepanem i na gorze ozdobic czekolada i marcepanem. i tak jest w co wbic swieczki urodzinowe i solenizantowi smakuje. pana cukiernika znamy od 12 lat, strasznie lubimy i to nie tylko za swietne wypieki! pojechalam po ten tort tam gdzie kiedys mieszkalismy (godzina drogi w jedna strone!) i poza tortem znalazlam prezent ksiazkowy w ksiegarence za rogiem i alkoholowy akcent bombelkowo-urodzinowy w zaprzajznionej winiarni. a wszedzie pozdrowienia i zyczenia dla meza. juz dawno tak mi sie milo nie robilo zakupow, bo w dodatku spotkalam byla sasiadke i poszlysmy na kawe i plotki.

na urodzinowe sniadanie popijalismy sernikowy tort bombelkami, potem pokrecilismy sie po ogrodzie, potem poszlismy nad jezioro na lunch, potem na wycieczke rowerowa. znalezlismy samotny pomost i rozlozylismy sie nad woda. malina moczyla nogi a potem poszla zbierac kasztany. maz przysnal, malina polozyla sie obok i kijem mieszala wode w jeziorze i... tez przysnela. tak sie wygrzewali w sloncu jak koty: duzy i maly. potem znow troche posiedzielismy w ogrodzie a na kolacje bylo rybne fondue. potem malina poszla spac a my po kapieli we wrzatku poszlismy pic wino na tarasie pod gwiazdami owinieci w szlafroki i koc. ze swietowania rodzinnego przeszlismy w swietowanie malzenskie. a zaraz po polnocy moc zasnal mruczac: co to byly za genialne urodziny...

 

 

 

czwartek, 25 września 2014
poczatek malinowej przygody z ortodonta.

 

malina odziedziczyla waska szczeke po tacie i wielkie zeby po mamie. oczywiscie trudno wygodnie zyc w takiej sytuacji. nareszcie znalezlismy swietna pania ortodontke. pani zrobila pomiary, modele, zaprezentowala nam rozne rozwiazania i wczoraj ruszyl proces poprawiania natury, ktory bedzie trwal az 4 lata. chodzi nie tylko o estetyke ale i o zdrowie. ja chcialam tylko, zeby zabki byly rowne, ale okazalo sie, ze malinowa szczeka zaczela sie przystosowywac do ciasnoty, malinowy tylozgryz zrobil sie taki, ze dorosla malina moglaby miec klopoty z dykcja, trawieniem i spaniem (oddychaniem we snie). przez dwa tygodnie bedzie nosila teraz gumki miedzy zebami, ktore maja rozepchnac zeby gornej szczeki, potem bedzie luzna klamerka, potem jakies zawiasy, potem znow gumki, potem stala klamerka a potem malina zrobi mature. pani ortodontka poradzila mi zaraz kupic lekarstwa przeciwbolowe, bo przez te gumki wieczorem zaczna bardzo bolec dziasla, dzieci placza i nie ma co maliny meczyc. kto pamieta stad maline jako maciupkie dziecko to wie, ze martwilam sie, czy malina w ogole odczuwa bol. syrop przeciwbolowy dostala raz w zyciu, bo zmoglo ja strasznie bolesne zapalenie uszu.

przez caly wieczor malina przezywala, ze w koncu bedzie miala klamerke, ze sie zaczelo, ze sie cieszy, ze ja uwiera, ale ani slowa o bolu. zrobilysmy liste miekkiego pozywienia na te dwa tygodnie: avokado, gruszki, banany, bialy chleb bez skorki, milchschnitte, zupa dyniowa i rosolek, polenta, rozgniecione ziemniaki. i taka byla sobie dzielna caly wieczor, ale jak poszla do lozka to za nic nie mogla zasnac i... poprosila zebym zaspiewala jej cos na dobranoc. spiewalam wiec i glaskalam i tak sie kurcze wzruszylam, ze nie zauwazylam jak zasnela.

 

 

wtorek, 23 września 2014
pieknie bylo w tym roku.

 

pierwszy wakacyjny tydzien malina spedzila w domu. chodzila pozno spac a potem spala do 10 rano. sniadnie w pizamie. kolo 12 przychodzil gosc. wspolna gra w monopol, kometke albo ping ponga, hustawka z plotkami lub wspolnymi spiewami albo gotowanie zupy z dzikiego bzu albo podgladanie chlopakow przez plot. potemy byl intensywny tydzien pod zaglem, na jeziorze czy slonce czy deszcz. a potem pojechalismy na wakacje. najpierw mieszkalismy w dwoch pieknych castello w toskanii. nasze 11-letnie dziecko zaliczylo florencje, siene, pise a nawet san gimignano i monteriggioni po czym z czystym sumieniem wsiedlismy na prom i po nocnym rejsie obudzilismy sie na na sardynii. po toskanskich wygodach malutki basen w naszym ulubionym miejscu wydal mi sie podobny do kaluzy a sosnowe mebelki skromniejsze niz zwykle, ale malina rozkwitla:

 - dobrze, ze wszystko co wazne zobaczylismy w toskanii wiec w przyszlym roku od razu mozemu przyjechac tu! jak tu pieknie!!! - wzruszyla sie normalnie.

co rano przed sniadaniem plywalismy w plaskim jak stolnica morzu o porannym, bladym, oslepiajacym sloncu, ktore juz o tej porze dobrze przygrzewalo. do wody wyskakiwalismy prosto z pizam. potem sniadanie, potem plaza o zlotym piasku i turkusowej wodzie, potem lunch, potem sjesta, potem plaza z kamieniami i nurkowanie (ale tylko takie z rurka, krysiu), potem kawa w chatce nad morzem i malina jeszcze moczaca pupe w wodzie, potem kolacja, potem bar nad woda, potem ksiazka na tarasie i tak moglyby sie te wakacje nie konczyc. malina wraz z koncem roku szkolnego dostala pozwolenie na turkusowe pasemka, na sardynii malowala paznokcie na niebiesko albo pomaranczowo i malowala dodatkowe pasemka we wlosach na rozowo i wydawalo jej sie, ze zycie nie ma zadnych ograniczen. pewnie dlatego cos takiego jej sie porobilo, ze lazila wiecznie zadowolona, rozesmiana i te trzy tygodnie uplynely nam w takiej harmonii rodzinnej, ze wygladalismy jak bohaterowie reklamy nivea albo platkow kukurydzinaych. do domu wrocilismy jak zwykle w ostatniej chwili i choc strasznie nam bylo szkoda, ze to juz koniec, to ogrod przywital nas sciana granatowch winogron, czerwonego bluszczu, jesiennych roz i bratkow, wiec nie smucilismy sie dlugo. zycie od razu wrzucilo nas w wir codziennosci i dopiero w tym tygodniu chyba zrobi sie luzniej. sardynskie upaly i ogniste slonce tak nam naladowaly baterie, ze teraz z przyjemnoscia wdychamy lekko wilgotne jesienne, swieze powietrze. las pachnie grzybami i juz do porannej kawy mozna zapalic swiece.

 

 

Archiwum