wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 27 września 2016
malinowe wiadomosci dnia

 

pamietam jak mala malina biegala. jak biegala to biegala cala soba. biegla a caly ogrod, caly swiat falowal razem z nia, biegla jakby nie bylo kamieni, korzeni, zadnych schodow, zadnych przeszkod, biegla jakby na koncu miala skoczyc na puchowa pierzyne albo miekki materac. biegla na hustawke, do tatusia wracajacego z pracy, do kuchni, bo pokroilam jej jablko. zupelnie nie pamietam, jak malina chodzila. ze perspektywy czasu wydaje mi sie, ze zawsze biegala, skakala a jak siedziala to machala nogami. musialam o tym sobie pomyslec widzac ja wczoraj przez okno jak wraca ze szkoly. niby idzie objuczona wielkim tornistrem, ale cos jest w tym marszu bardzo energetycznego, biegnacego, podskakujacego. tak sie wlasnie malina wczoraj spieszyla do domu:

 - chcesz pierwsza czy druga wiadomosc?! - wola od progu - bo mam dwie!!! - promienieje.

 - druga poprosze!

przed wakacjami chlopak, ktory byl pianista w szkolnym big bandzie zrobil mature i skonczyl szkole. wczoraj pani od muzyki zaproponowala malinie jego role! spelnilo sie malinowe marzenie, ktore wlasciwie nie mialo szans sie spelnic. big band i grupa teatralna ciesza sie w szkole szacunkiem nie tylko nauczycieli, tylko tym jedynym waznym szacunkiem uczniow i kolegow. malinowe kolezanki gratulowaly malinie i caly dzien cieszyly sie razem z nia.

wiadomosc pierwsza, to jedynka z francuskiego. pierwsza ocena w tym roku. francuski jest piatym malinowym jezykiem, na ktory malina niecierpliwie czekala juz od trzech lat. powtarza slowka i zdania delektujac sie ich brzmieniem jakby mialy smak landrynek.

tak ja te wiadomosci zmeczyly, ze o 19:30 poszla spac.

 

malina 7 lat temu:

 

 

 

 

 

piątek, 23 września 2016
w dzikie dynie zaplatani...

nasza sasiadka ma absolutnego fiola na punkcie pomidorow. co roku dookola jej domu, domku na sprzet, garazu stoja donice a w kazdej inny gatunek pomidorow. koledzy jej trzech synow jak sobie robia przerwe w zabawie, to ida na "lampki" (zolte male pomidorki z zakreconym noskiem) albo "tygryski (czerowne z zoltymi paskami) czy jakie inne kolorowe, pyszne klejnociki.

pozna wiosna maz sasiadki przynosi mi cztery plastikowe donice a w kazdej 15 cm roslinka - wszystkie takie same. dopiero po miesiacu widac, ze to 4 zupelnie inne gatunki, jeden pnie sie ku gorze, drugi zamienia sie w bujny krzaczek a listki ma pokryte siwym meszkiem. w tym roku nie mialam czasu ich przesadzac i tylko wstawilam te plastikowe kontenery do terakotowych donic na gornym tarasie. lato bylo pelne wyjazdow, terminow, wakacji, w przeciwienstwie do ubieglego roku okupowalismy glownie werande, na taras chodzilam tylko zbierac pomidorki. okazalo sie, ze oprocz pomidorow w ziemi byly nasiona dyni. 5 dyn bardzo sie usamodzielnilo. rozlozyly sie na tarasie ozdabiajac go najpierw wielkimi zoltymi kwiatami a teraz pomaranczowymi dyniami. najlepsze jest jednak to, ze kilka pnaczy zaplatalo sie w winogrona i zaczelo spuszczac w dol. tak wiec teraz jedna sciane tarasu zdobia mi male owoce dyni splywajace w dol wsrod winogron i roz. wyglada to genialnie a mi placze sie po glowie a to grechuta a to demarczyk:

"i groszki kwitna i roze..." hmmm i "dynie!"

"w dzikie wino zaplatani..."

 

zaczela sie jesien. jest przepieknie.

 

 

środa, 14 września 2016
pobudka.

 

jestem dziwnym stworzeniem. klucze wsrod maili, przesluchuje zostawione wiadomosci, znudzona wisze na godzinnych telefonicznych konferencjach. nie mam sily na te prace. pewnie za dlugo sie tym juz zajmuje. az tu nagle wali sie polowa ustalonych systemow, ktos rzuca prace, ktos konczy wspolprace, ktos potrzebuje wielkiej prezentacji na wczoraj, skacze mi ciesnienie i nagle znow mi sie chce, kazda katastrofa jest nowym miejscem na nowa konstrukcje. czuje sie jakbym sie obudzila po dwoch tygodniach podsypiania. od czasu do czasu potrzebuje pobudki, inaczej popadam w letarg. nagle w ciagu godziny zlatwilam wiecej spraw niz czasem w pol dnia.

 

 

 

 

wtorek, 06 września 2016
aniolek, fiolek, roza, malina.

 

taki mam zwyczaj, ze jak malina ma jakas wieksza klasowke to wkladam jej do sniadania do szkoly karteczke i magicznymi zyczeniami i jakas biedronke z czekolady, marcepanowa koniczynke albo albo tylko zyczenia powodzenia. noc przed wyjazdem na wyspe kiedy juz wszystko bylo spakowane, uchylilam suwak walizki i wsunelam pod recznik malutkiego galgankowego aniolka stroza zeby sie nia opiekowal z mini-ksiazeczka i kartka pelna serduszek i przypomnien o pryskaniu sie przeciw komarom i kleszczom, myciu zabkow, smarowaniu sie na slonce i z zyczeniami pieknych ferii. malina po otworzeniu torby znalazla aniolka i liscik. kolezanki na to: oooo wie süüüüüsss...

dlatego malina ani nie spodziewala sie listu od nas, bo nas zna i dlatego czula sie zobligowana do napisania kartek (dwie!!!) do domu.

aniolek opiekowal malina tak dobrze, ze nie tylko swietnie sie bawila, ale tez zakochala sie po uszy. i masz babo placek!

po powrocie do domu posadzilam ja na tarasie, do wiadra nasypalam persil, nalalam goracej wody i malina godzine moczyla nogi, bo za nic nie mogla ich domyc. pieknie opalona, jakas taka wesola, szczesliwa... nastepnego dnia spedzilismy piekny weekend nad jeziorem bodenskim a ten tydzien malina codziennie od 10 do 17:00 zegluje w swoim klubie. wraca, zjada - mimo swietnych posilkow jakie maja na zaglowkach - wielka kolacje i nie ma nawet sily na poczytanie przed spaniem.

 

zakochana malina to jest zupelnie nowy rozdzial w naszej historii. patrze z boku i sie troche zachwycam a troche nie wiem co robic. maz tak samo.

 

za tydzien szkola!

 

 

 

piątek, 02 września 2016
o ludzieeee! jaki wstyd!!!

 

jaka poruta!!!

 

malina jako J E D Y N A  nie dostala zadnej poczty na obozie. ani kartki, ani listu, ani paczuszki jak inne dzieci. jak jej WSZYSKIE kolezanki... nie mam czasu pisac wiecej. ide sie rehabilitowac!!!

 

 

 

 

in den sauren apfel beißen

 

niemcy maja takie powiedzenie: ugryzc kwasne jablko.

to powiedzenie dokladnie oddaje cala sytuacje do ktorej sie zwykle odnosi. zanim sie to jablko ugryzie to sie dokladnie wie jak bedzie: kwasno! kwasno, ze az ciarki przechodza! nie umiera sie od tego, ale bleeeee... ale jak trzeba to trzeba. zawodowo zebralo mi sie kilka takich jablek, ktore od przekladania z miejsca na miejsce nie zrobily sie slodkie. wlasnie mam za soba jeden telefon, teraz zbieram sie za mail. chce wszystkie nieprzyjemne sprawy zalatwic przed weekendem.

brrrrrr!!!!

 

ps: za to wieczorem wraca malina.:-)

 

 

czwartek, 01 września 2016
dzienniki

 

dzis w nocy obudzilam sie i... pomyslalam o dziennikowych wpisach o malinie. tam jest kawalek malinowego zycia a ja tych wpisow nie zabezpieczylam. nawet nie wiem czy dzienniki jeszcze istnieja. rano wstalam, zagladam, sa! za nic nie moglam sie zalogowac, bo link dzieki ktoremu mozna stworzyc nowy kluczyk, idzie na adres firmy w ktorej nie pracuje juz od lat. poranna intelektualna joga i... przypomnialam sobie haslo, weszlam na swoj dziennik i wszystko jest. wpisy o malinie, ktora ma dwa latka, krolewka, ktora nie chce sie malinie przysnic, maz doskonaly, buraczki, o tym, z w warszawie zawsze wygladam lepiej niz w niemczech. wzruszylam sie jak nie wiem.

 

Archiwum