wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 31 października 2006
ehhhh...
co to ja mialam dzis? aaa dobry humor. ale w trakcie ostatniej godziny:
 - stracilismy dwa projekty. jednego dnia. nawet w tej samej godzinie.
 - majsterkowicze, ktorzy wymieniaja na ogrzewanie podziurawili schody.
 - cale mieszkanie pokrylo sie gruzem i pylem.
 - swieto zmarlych zblizylo sie o kilka godzin. a ja nie lubie tego swieta.
 - rozmawialam z moim szefem i nie porozmawialam jak powinnam.

ide po zakupy a potem biore sie za odgruzowywanie. moze gdzies pod tym pylem lezy moj zgubiony gdzies dobry humor?

nie trzeba byc wrozka.
jakies dwa miesiace temu to bylo. dyskutowalismy kilka godzin. temat stary jak swiat, zawsze wzbudza emocje. maz jednak twierdzil, ze ja widze za duzo zla wokol, ze mysle stereotypami, ze nie powinnam byc taka podejrzliwa. na to ja, ze nie ma o co kruszyc kopii. to tylko malutkie podejrzenie a sprawa dla mnie osobicie zbyt daleka zebym sie nia przejmowala. wyrazilam tylko swoje domniemanie i juz. i nie ma sie co o tym gadac. sa ciekawsze tematy (ale czy naprawde?). potem mialam troszke wyrzutow sumienia, ze moze rzeczywiscie taka jestem wiedzma okropna?
wlasnie zadzwonil maz:
 - wiesz co? mialas wtedy racje.
w sumie przykre, ale niestety mialam.
dziwne.
nie bylo szczegolnego powodu zeby przez ostatnie dni byc w zlym humorze. a wkurzal mnie caly swiat ogolnie i w detalach. podobnie dzis, nie ma szczegolnego powodu do zadowolenia a jakos mi wesolo i dobrze, lekko. przygladam sie sobie i swojemu humorowi. zadnej w tym logiki ani sensu. ja sobie a moj humor sobie.
poniedziałek, 30 października 2006
twardziel.
 - mamusiu, ja chce piekac ciasteczkow. ale nie te z orzeszkami, bo te sie dobrze nie udaja...

moje dziecko, nie dosc, ze nie spalo pol nocy meczone kaszlem, chodzi poobijane i lekko obolale. ulubionym sposobem schodzenia po schodach jest malinowe zjezdzanie na pupie, ktore wdrazane jest kazdemu malemu malinowemu gosciowi. dzis rano malina zawowala radosnie, zebym szybko przyleciala i zobaczyla nowa metode. stoje na dole a malina w oka mgnieniu kladzie sie na brzuchu i zanim zdolam zaprotestowac, kladzie sie na brzuchu i zjezdza po schodach w dol. trwa to trzy sekundy, moze dwie. przerazona widze jak probuje zahamowac, na prozno: obita na kwasne jablko laduje u moich stop. jakas resztka instynktu samozachowawczego kazala malinie trzymac glowe do gory, w przeciwnym razie jej sliczne biale zabki, zbieralabym po przedpokoju. spodziewalam sie placzu, krzyku i myslalam jak zaraz wskakiwac do samochodu i do lekarza. malina wstala jednak, obrazona na schody, na mnie, na przedpokoj, najbardziej jednak na siebie i poszla niewzruszona ignorujac ostetntacyjnie moje pytanie czy cos ja boli. dopiero za chwile udalo mie sie ja zmiekczyc mlekiem z miodem, pochlipala troszke, ze ja bola raczki.

idziemy piec teraz ciasteczka w kwiatki.
penis w czaszce, mozg na szybie samochodu.
obsceniczne zdjecia z afganistanu. oburzeni wyslannicy rzadowi planuja dowiedziny u zolnierzy, zeby wyrobic sobie wlasne zdanie na temat demoralizacji wsrod wojakow. zniesmaczenie, zalamywanie rak, roztrzesione glosy w radio, wykrzykniki w gazetach:
 - do czego to doszlo, drodzy panstwo. skad takie niemoralne zachowanie u tych mlodych ludzi? nie do wiary!
nie wiem skad. moze kazdy z nich obejrzal trzy razy from dusk till down*, raz pulp fiction? nie jakies filmy dla zboczonej, niewielkiej grupki psychicznie chorych.  kultowe, hitowe, bijace kasowe rekordy na calym swiecie. moze nawet obejrzeli je po 5 razy?


*Tarantino's lyrical dialogue and pop-cultural wit
niedziela, 29 października 2006
cars
- o czym byl ten film?
- nie pamietam...
- oj to szkoda.
- mnie tez jest bardzo szkoda... - smuci sie malina

przez pierwsze 10 minut bylam wsciekla, ze siedzimy w kinie. najpierw reklamy, ktorych nie pokazalabym 10 - letniemu dziecku a na sali siedzialy maluchy. potem zaczal sie film z huczacymi, rozpedzonymi autami, ktore tak realnie wjezdzaly niemal w twarz, ze az mnie brzuch bolal. wpadlam w panike: co ja robie wlasnemu dziecku!!! zaczelam namawiac maline, zebysmy sobie poszli. obiecalam: lody, dwie bajki na wideo w domu, pizze, kapiel w wannie z zabawkami, ale malina za nic nie chciala wyjsc z kina. na szczescie potem akcja sie uspokoila i zrobilo sie przyjemnie. wzruszajace zakonczenie z moralem oraz decyzja glownego bohatera o pozostaniu przy starym sponsorze, mimo mozliwosci zmiany na lepszego. nie pamietam z mojego dziecinstwa bajki o morale ze sponsorami. potem przeciez trzeba wyjsc z kina i wytlumaczyc dziecku co to jest sposor.
ledwie skonczyl sie film, malina chciala szybko do domu, zeby... no... te dwie bajeczki, kapiel w wannie, lody i pizze. szybko ja wyprowadzilam z bledu, ze to byly propozycje alternatywne, ale zostalismy w kinie ,wiec teraz mycie zabkow i spanie.
w samochodzie malina oznajmila, ze to sliczne blekitne autko i to czerwone beda jej sie snily. to prawdziwy przelom, bo odkad znam maline, snia jej sie tylko lody. glownie zielone i rozowe.
- bardzo sie rozsmiechalam na tym filmie. - oznajmila i ledwie umyla zeby, juz spala.

sobota, 28 października 2006
malina opowiada piekna i bestie
-... i bestia umzyl, bo mu serce sie speknelo. ale piekna mowi nie umzyj, bo cie kocham. i co wyslo?
 - no wlasnie, co sie stalo - pytam.
 - no... krolewicz wyskoczyl. i mial kitke.
 - kitke?
 - no! widzialam.
czwartek, 26 października 2006
sie zastanawiam...
dlaczego tyle kobiet nazywa swoje piersi cyckami.
malina szkolna
nikt nie wierzy, ze malina nie ma jeszcze 4 lat. i jeszcze na tym samym oddechu dodaja, ze pewnie wczesniej pojdzie do szkoly. otoz nie. nie pojdzie. bo to co sie dzieje dzis w szkole to makabra. nasz sasiad max chodzi do pierwszej klasy od dwoch miesiecy a juz nie ma czasu na nic. jak prawdziwy czlowiek pracy, idzie wczesnie spac, zeby rano byc rzeskim i gotowym, boi sie zachorowac, bo jak to potem nadrobic, nie ma czasu na nic. pamietam jak mama na przyklad zabierala mnie troczke wczesniej przed feriami do zakopanego. pytala sie wychowaczyni co trzeba przerobic i bez wiekszego trudu nadrabialysmy to w dwa popoludnia. na to nie pozwolilby tutaj nikt. a gdyby moje dziecko mialo zwolnienie lekarskie i ze moje wyjechalo na dodatkowe wakacje, to bylabym ukarana. koronnym argumentem jest, ze dziecko nudzi sie w przedszkolu. pewnie, ze sie nudzi. nie ma takich podzialow jak u mnie jak bylam mala: maluchy, sredniaki, starszaki. kazdy grupa miala swoje zadania, problemy i zabawy. a teraz wszystkie dzieci s a razem, no to pewnie, ze najstarsze sie nudza jak sie probuje wymyslec gry i zabawy, ktore zainteresuja wszystkich. juz teraz nie lubie szkoly maliny i musze to jak najszybciej zmienic, zeby na nia nie przeszlo. ale wczesniej? za nic! wole zeby miala czas na cos co jej sprawia przyjemnosc, moze muzyka, moze sport, moze jezyki - nie wiem. czas na zycie.
środa, 25 października 2006
straszne rzeczy.
czesze poplatane wloski maliny. ciagnie ja to i za kolejnym, bolesnym razem malina wyrzuca z siebie:
 - du bist eine blöde mama.
poniewaz postanowilismy sie na nic nie oburzac a slowo "glupia" przyjmowac z rownym spokojem co "madra", odpowiadam spokojnie:
 - jak sie kogos kocha to nie wolno tak do niego mowic. jest mi smutno.
na to malina przepraszajaco:
 - ja tylko chcialam pokazac jak mowi liam.
 - aha. to jak on tak kiedys jeszcze raz powie, to musisz mu wytlumaczyc, ze to nieladnie i obrazliwie.
 - dobrze - skwapliwie godzi sie malina, zadowolona, ze jakos znalazla wyjscie z sytuacji. a po chwili kospiracyjnym szeptem:
 - mamusiu, a wiesz co jeszcze liam mowi?
 - co? - pytam i martwie sie co to moze byc i co ja mam na to odpowiedziec.
 - on mowi... mowi... ... m a r c e p a n.

jacques cartier
poznalam go 9 lat temu. moja pierwsza praca. on - znany, wielki producent, legenda. piekne cialo, oczy szafirowe, zwinne, pewne siebie ruchy, gesty. mowi szybko, glosem nie znoszacym sprzeciwu i choc nigdy nie pobnosi glosu, wszyscy robia to czego sobie zyczy, chodzacy autorytet. jestem asystentka, ktora glupim fartem dostala wlasnie prace w produkcji filmowej i udaje, ze daje sobie rade. mistyfikacja idealna, dopoki nie stane mu na drodze. jest w strasznym stresie a ja nie mam pojecia jak wykonac zadanie, ktore wlasnie mi powierza. podniesionym glosem mowi mi prosto w oczy, ze jego asystentka moglaby byc rownie dobrze sprzedawczyni z sasiedniej piekarni i ze to jest chore, ze do trudnego projektu dostal kogos takiego jak ja. nastepnego dnia jestem przydzielona do innych zadan i sama nie wiem dlaczego nie trace pracy.
schodze mu z drogi, omijam i unikam.
po kilku latach spotykamy sie w innej firmie. poznaje mnie natychmiast.
- wiedzialem, ze dasz sobie rade, od razu bylo widac.
smieje sie, ze mnie malo nie wywalili! przez niego, bo jako jedyny sie na mnie poznal: ze nie mialam pojecia o niczym. robimy razem kilka projektow - nabieramy coraz wiecej szacunku do siebie. lubimy sie. mam okazje obejrzec jego najwieksze w swiecie akwarium, jakie wodzialam u kogos prywatnie w domu. przesliczne mieszkanie, moznaby tu krecic film za filmem. mieszka z przyjacielem od lat. zwiazek intelektualny, przyjacielski, seksualny. szczescie i spokoj.
nasze drogi rozchodza sie znow, bysmy sie tu znow spotkali. bylam pod wrazeniem, ze moj szef nie przeprowadzal zadnych negocjacji - zatrudnil mnie i juz, za tyle ile chcialam i na warunkach jakie chcialam. dzis wiem, ze on tez mial w tym swoj udzial.
ale to nie ten sam czlowiek. 4 lata temu jego przyjaciel ginie w wypadku samochodowym. bez pozegnania. w sekunde jego zycie stracilo sens, spokoj, szczescie. osiwial w ciagu tygodnia i tak juz zostalo. ma zupelnie biale wlosy. pozostal energicznym mezczyzna, ale w jego ruchach jest cos ze starczego zmeczenia. cudowne mieszkanie - studio zamienil na kawalerke z ogrodkiem. odmawia prowadzenia projektow poza monachium. jezdzi metrem. kazdy wieczor spedza w swoim ogrodku. maniak, dziwak i samotnik. odkad wie, ze kupilismy dom, przesyla mi linki do jakichs cudownych roslin, w biurze pokazuje strony www ogrodnicze.
w sobote zadzwonil niespodziewanie.
- wstalem o 6 rano i poczulem wole pojechania do tego sklepu ogrodniczego, o ktorym ci mowilem. i pojechalem po te cudna roze, co ci sie tak podoba.
pojechal? samochodem? sklep, ktory specjalizuje sie w szczegolnych rodzajach roz jest oddalony o prawie 200 km. od monachium. on nie jezdzi tak daleko. przywiozl tylko te roze. jest piekna i nie ma sobie rownej konkurentki w aromacie. kilka platkow w zimna wode i cale mieszkanie przepelnia sie slodka wonia. zupelnie niesamowite. patrze na nia i sie ciesze. posadzilam ja kolo laweczki kolo kuchennych drzwi. to jeden z bardzo starych gatunkow. pochodzi z XVII wieku. nazywa sie: jacques cartier.
wtorek, 24 października 2006
cartier czyli zagadka wieczorna.


jacques cartier sie nazywa. urody niezwyklej, ksztaltu oraz barwy. pochodzi z XVII wieku, ale nie wyglada na antyk. cieszy oko i dusze. dusze maliny tez, jak widze. od wczoraj.


co to jest?

:-)


PS: dla ulatwienia podaje brawe: roz.
najbardziej rozowy roz jaki moze byc!



areta.
gdyby jedna mila arleta nie miala w swoim imieniu literki L, to mialaby dzis imieniny, a tak to... nici. albo lipa, jak powiada kropka.
poniedziałek, 23 października 2006
negocjatorka.
- jestes bardzo kochana, czy mozesz mi kupic ta slodkosc?
zaraz po wyjezdzie mojej mamy malina przerzuca sie z negocjacji histerycznej na przymilna. niestety, jak mi patrzy gleboko w oczy i grzecznie mowi "ta slodkosc" to jak zahipnotyzowana wkladam ciasteczka do koszyka. wsiadamy do samochodu:
- teraz dasz mi taki jeden ciastek, dobrze? prosze!
wiec daje ten ciastek i sie denerwuje, ze glupia ze mnie matka a dziecko je za duzo slodyczy. malina ma mnie w kieszeni.


**********

przy kolacji:
 - tatusiu, skonczyles juz jesc?
 - tak.
 - to bardzo ladnie. teraz mozesz zjesc slodkosc, co mamusia kupila.
a tatus:
 - hmmm  - sie rozmarzyl tak troche -  chetnie!
malina wniebowzieta:
 - to ja tez. jeden ciastek.


***********

niedziela, 22 października 2006
moze jednak bedzie lekarzem albo strazakiem?
na planie filmowym malinie najbardziej podobalo sie jedzenie. jedyne co ja interesowalo to stol z owocami, kanapki z szynka i soczek jablkowy. moje dziecko rusza sie caly czas, podskakuje, kreci sie lub smieje - o karierze filmowej nie ma mowy. ostatnie pokazy strazy pozarnej zrobily na niej znacznie wieksze wrazenie.
piątek, 20 października 2006
poszla juz spac, zeby jutro swiezo wygladac:-)
jak sie malina jutro nie speszy, to stanie pierwszy raz przed profesjonalna kamera. rezyser ja uwielbia a ja musze byc na planie z powodu klienta. zabiore mame i maline, bo bedzie ciekawie. rezyser jak sie dowiedzial, strasznie sie ucieszyl i powiedzial, ze malina jest urodzona artystka, wiec nie ma szans zeby jej nie nakrecic jak juz jest pod reka kamera. w sumie jest za mala. bohaterowie spotu maja po 8 lat. ale w ogole nie ma stresu. ja jade pracowac a malina i mama popatrzec. czy bedzie cos wiecej zobaczymy...
dorosle kobiety.
powiedzialam mamie, ze jako dorosle kobiety powinnysmy przeznaczyc pieniadze, ktore wlasnie mialysmy wydac na jej wczesniejszy powrot do warszawy na cos lepszego i moze pojdziemy do spa w sobote? kosztowalo mnie to strasznie duzo. nie liczylam na sukces. ale mama odpowiedziala krotko:
- no dobrze.
maz powiedzial, ze zamiast smucic sie ciagle, ze tak nam nie wychodzi i klocimy sie ciagle o to samo, powinnam sie cieszyc, ze po wszystkim przez co w zyciu przeszlysmy w ogole ze soba rozmawiamy.
czwartek, 19 października 2006
kto tu zaczyna?
"Wegen eines Streits um Zollkontrollen haben polnische Grenzbeamte in der Ostsee Warnschüsse auf einen deutschen Ausflugsdampfer gefeuert."

no powiedz ania, teraz to wy zaczynacie! ale teraz ta juz jestesmy kwita, tak? - powiedzial moj szef.
środa, 18 października 2006
po co publikuje sie blog?
zobacz jaki jestem fajny!
(kominek)

moja praca.
ja mam jednak fajna prace. w piwnicy hodujemy wlasnie muchy. wszyscy chodza podgladac czy juz sie urodzily. na razie sa larwy. 
szczegolna energia?
>This UV beam comes into full affect for 17 hrs on the 17th of October
>2006. No matter what time zone you are in the hours are approximately
>10:17 am on the 17th of October to 1:17 am on the 18th October. The peak
>time will be 17:10 (5:10 pm) on the 17th October. You do not need to be
>in a meditative state through out this time, though would be beneficial.
>The main key time no matter what time zone you are in will be the peak
>time of 17:10 (5:10 pm).
>
>Perhaps at this time if you can find a peaceful spot or location to
>focus. The optimum is out in the vicinity of grounded nature, likened to
>that of a large tree or next to the ocean waves. Focus on whatever it is
>you desire. What is required for the benefit of all Earth and Humanity
>is positive thoughts of loving nature.

o tej porze siedzialam w samolocie i mialam same dziewne pomysly. szkoda, ze nie wiedzialam, ze trzeba sie skupic na dobrych myslach. ale tak naprawde... to zawsze trzeba.
chinski horoskop.
jestem typowa malpa. nie moge nigdzie zagrzac miejsca. rzuca mna. od kilku nocy telepie mi sie po glowie pomysl, mysl, idea, plan. ale tez wiem, ze nie mam sily na realizacje. martwi mnie uciekajacy czas. dwa marzenia: zeby bylo wolniej i zeby bylo szybciej. nie do pogodzenia. nie moge spac. malinie snia sie jakies nieprzyjemne rzeczy i ciagle chodze ja uspokajac. nie budzi sie, ale mruczy jakies smutki. patrze na nia. jest biala karta. wszystko przed nia. chcialabym zeby miala w sobie spokoj i wiedziala czego chce. i zeby nie skakala po swoim zyciu jak malpa. jak jej mamusia.
rada

jak bylam w ciazy, dala mi te rade pewna zaprzyjazniona wloszka. mama trzech dziewczynek. nie znosilam rad od tysiecy zyczliwych mam, bo kazdy musi poszukac wlasnego zycia z dzieckiem, wlasnych sposobow. mozna pogubic sie w galimatiasie zlotych formul, bo to co jedna mama uwaza za genialne, inna wysmiewa i radzi nie zawracac sobie tym glowy. ale kilka rzeczy podpatrzylam u rzeczonej wloszki, bo dziewczynki sa trzy a jedna grzeczniejsza, madrzejsza i fajniejsza od drugiej, ze o urodzie nie wspomne.

nie rob swojemu dziecku tego, co sama uwazalabys za niemile. jak dziecko placze to cos mu jest. powiedz, chcialabys, jak cie cos boli, byc hustana, kolysana, polkepywana? ja nie. dlatego zgodnie z rada nigdy maliny nie hustalam jak byla niemowleciem. jak plakala to trzymalam ja mocno wramionach. bez ruchu. bylasmy jak posazek. i albo malina rzeczywiscie byla cudem albo ten sposob jest magiczny. postanowilam zrobic ten wpis, bo traf chcial, ze siedzialam ostatnio w samolocie z trzema mamami, ktore podrozowaly (jakby sie zmowily) z dwojgiem dzieci. i niemowlaczki im strasznie plakaly. piersza reakcja to nerwowe hustanie i wpychanie dziecku smoczka do buzi. kazda mama wie sama najlepiej co jest dobre dla jej dziecka, ale moze komus pomoze ta rada tak jak pomogla nam. malina zaczela plakac jak miala moze prawie dwa lata i zauwazyla, ze to robi na mnie wrazenie i ze moze jest to sposob mna manipulowanie. ale to juz zupelnie inny placz niz takiego maciupkiego bobasa, ktorego nie mozna zapytac o co mu chodzi.

wtorek, 17 października 2006
mama nie wraca ranki i wieczory...
o boze ja juz chyba nigdy nie wyjade z domu. malina zaczela skakac jak mnie zobaczyla i tak skakala przez dwie godziny. cieszyla sie tak bardzo, ze zaczelam miec wyrzuty sumienia do bolu brzucha.
 - oj! dawno cie tu nie bylo mamusiu!
 - no cztery dni.
 - ja sie na ciebie bardzo martwila! dobrze, ze samolot taki zareperowany!

przytulamy sie, calujemy.
 - ale ty uroslas! - mowie malinie to co slyszy najchetniej. moje dobrze wychowane dziecko stara sie byc uprzejme:
 - ty tez uroslas, mamusiu!

a potem za nic nie moze zasnac, bo jest tak pod wrazeniem, ze nie wiem co z tym uczuciem zrobic, jak ja ululac, zrelaksowac, uspokoic. w koncu zasypia. wchodze jeszcze do niej przed pojsciem do lozka. poprawiam koldre. malina usmiecha sie przez sen i mruczy: tak. tak. ciekawe co jej sie sni.

jak nas malina wspomogla w biedzie.
ostatnia prezentacja. potem wsiadam w samolot i lece na dynie i placki. malina przygotowuje kolacje razem z babcia. wychodzimy z samochodu. moj rezyser i ja. jestesmy zmeczeni. iloscia spotkan, tym samym schematem dowcipow, ktore staramy sie powtarzac jakby nam wlasnie przyszly do glowy, chrzakaniem w odpowiednim momencie, bo dvd ma blad w jednej przerwie i juz nie dalismy rady tego zmienic, wiec wiercimy sie na krzeslach lub wtracamy cos zeby to zagluszyc. jestesmy zmeczeni soba, potrzeba nam przerwy, odswiezenia, oddechu. troche jestesmy spieci, bo dzisiejszy termin jest bardzo wazny. chodzi o wiele. a my zmeczeni i troche bez humoru. stukam obcasami, rezyser otwiera mi drzwi, dzwoni moja komorka. malina:
- mamusiu?
- co kochaneczko?
- ten kot przyszedl znowu do mojego ogrodka!
- tego twojego malutkiego ogrodka, co zasialas nasionka?
- tak. kot.
- ojej. a co on chcial?
- chcial kupe.
tlumacze te konwersacje mojemu rezyserowi. on sie smieje. i rzuca malinie do slichawki:
- hallo!
- wer bist du? - dziwi sie malina.
- frieder bin ich. hallo!
na to malina oburzona:
- kannst du mir mein tatus geben???!!!
jezu jak sie usmialam. na prezentacje poszlismy rozsmieszeni, weseli, odprezeni. do glowy powpadaly nam nowe pomysly, dowcipy. prezentacja byla swietna.
 
1 , 2
Archiwum