wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 29 października 2007
plany na najblizesze 5 dni
malina przyszla dzis do przedszkola i zaraz od progu oznajmila, ze musi sie dzis duzo bawic, zeby starczylo na caly tydzien. i rzeczywiscie jak ja odbieraal, byla kompletnie wykonczona. przedszkolanka zapytala co my tak podrozujemy. malina opowiedziala, ze tatus do indii a my we dwie do warszawy. potem siedziala na dentystycznym fotelu. pani tlumaczy, ze zabki trzeba myc co rano przed sniadniem.
 - co rano? ale jutro nie. jutro lece do warszawy i nie mam czasu. umyje u babci.
na telefonieczne pytanie uradowanej z naszej wizyty babci: co malina by chciala robic w warszawie, malina bez namyslu:
 - bede od rana do wieczora tych plackow jadala!
kreci.
- jutro jest sport? - upewnia sie malina.
- tak. ale ciebie nie bedzie, bo bedziesz w warszawie.
- no! no! ja cie krece!!!

po polskich urodzinach w niedziele slownik malin wzbogacil sie o kilka cennych wyrazen.
jak brzeczy to goli, jak tatusiowa golarka.
idziemy dzis znow do debtysty tym razem na krotki, przyjemny kurs higieny ustnej.
 - ale ja nie chce tam isc. - kreci glowka malina, ku mojemu zdziwieniu.
 - dzis bedzie taka mila pani i opowie jak trzeba myc zabki, zeby byly zdrowe.
 - a ten pan?
 - pana dentysta? nie, nie bedzie go. tylko ta pani. - zapewniam i zastanwaiam sie czy wlasnie nie klamie.
 - to dobrze. bo do pana dentysty nie chce. jak mnie wtedy golil to troche mnie bolalo.
 - golil? borowal! mowilas, ze cie wcale nie bolalo...
 - troche bolalo, bo mi w buzie troche golil. (rzeczywiscie, wiertlo reslizgnelo sie raz na dziaslo)
 - borowal. ale nic nie mowilas, ze bolalo...
 - bo to byl moj sekret. ale teraz zdecydowalam, ze ci powiem!
środa, 24 października 2007
a propos rozowy pepuszek
cala zime masowalam malinie brzuszek mascia miedziana. na koniec krecilam koleczko wokol pepuszka:
- brzuszek, brzuszek i pepuszek. - stawialam kropke a malina sie cieszyla i zasypiala w swietnym humorku.
malinie koajrzy sie ta zabawa ze szczesciem i miloscia a mnie zaczela kojarzyc sie ze zmieszaniem. rozbawiona malina potrafi podejsc do babci lub mojej tesciowej i znienacka podniesc jej bluzke zeby zakrecic na brzuchu koleczko, postawic kropke: "i pepuszek" a w wersji idealnej jeszcze pocalowac. niestety ani babcia ani oma nie sa zadowolone z wystawionego na publiczny widok brzucha, oganiaja sie od maliny jak od natretnej muchy a dziecko nie moze zrozumiec dlaczego. jesienia zabawa jest trudna do wykonania, wiec i moda na nia minela, ale latem niezle sie najadlam przez nia wstydu.
wtorek, 23 października 2007
przewaga swiat wielkanocnych nad bozym narodzeniem
tak jak kiedys nie powinnam byla sie wypowiadac o wychowaniu dzieci, bo sama nie mam i miec nie bede tak teraz nie powinnam sie wypowiadac o posiadaniu rodzenstwa, bo sama nie mam i malina tez jedynaczka pozostanie. nic mnie jednak wtedy nie powstrzymywalo, a malinowa rzeczywistosc potwierdzila slusznosc wielu moich abstrakcyjnych teorii. pozwole sobie teraz wiec znow pomadrzyc, bo bez wzgledu na to co napisze, kazdy pozostanie przy swoim zdaniu, przekonaniu, doswiadczeniu oraz jasnych pogladach.
moge sobie wiec pisac do ksiezyca, sobie a muzom, do kosza, do szuflady, w matrix i kosmos.
otoz nie podzielam pogladu, ze najfajniej miec dwoje dzieci szybko jedno po drugim, w odstepie dwoch lub trzech lat. te swiaty sa bliskie sobie ale inne. wlasnie male dziecko zrozumialo, ze jest pepkiem swiata, jest najukochansze, bezpieczne, zaczyna to rozumiec i zaczyna swiadomie kochac a nie tylko byc uzaleznionym od pokarmu ssaczkiem, kiedy pojawia sie drugie dziecko nie wiadomo skad. chcac nie chcac trzeba isc do przedszkola, kiedy ta laleczka, to swiatelko w oczach rodzicow zostaje w domu i dostaje wszystko, co dotad nalezalo sie pierworodnemu. uklad nerwowy jeszcze nie rozwinal sie na tyle, by dziecko dalo spbie rade i reflektowalo: ok, oni mnie kochaja jak dawniej, tylko jeszcze kochaja dodatkowo tego placzka i wiecznie glodne zwierzatko. nie bez powodu trzylatki nagle znow sikaja w majtki, placza w nocy, rycza wnieboglosy przy najmniejszym potknieciu. ich swiat zawalil sie w gruzy a sa zbyt mali, zeby sobie z tym intelektualnie poradzic. to sa tylko emocje, krwawa rana na duszy. nie bez powodu pierworodni pozostaja na cale zycie powazniejsi niz reszta rodzenstwa.
a taka sliczna roznica 5 lat? kiedy pierwsze dziecko zaczyna marzyc o niezaleznosci, o godzinie spedzonej u kolezanki? o samodzielnym zapinaniu kurtki? pojawia sie siostrzyczka lub braciszek i przez swoja malosc jeszcze bardziej podkresla doroslosc pieciolatka i pierwsza, mila sercu, niezaleznosc. a potem dorosla juz kobieta czule mowi "maly braciszek" i nie wiedzi, ze to lysiejacy pan z brzuszkiem. pamietam moje zimowe wyprawy do lekarza, kiedy malina wymyta, przewinieta, zapieta na ostatni guzik i zakrecona w futrzany spiwor robila kupiszona w pieluche i musialam ja w pospiechu rozpakowywac, myc i pakowac od nowa. gdyby obok stal zazdrosny trzylatek, ktoremu tez w zimie jeszcze trzeba bardzo pomagac, to pewnie by mi sie trzesly rece. a moze by mnie trafial szlag? stres uzasadniony, usprawiedliwiony. szybciej bije mi serce juz na sama mysl o takiej sytuacji. pieciolatek sam zapina sobie buty i sie podsmiechuje ile to ambarasu z takim dzidziusiem. to nie to co on - piecioletni czlowiek czy dorosla kobieta. samodzielni, mowiacy, zapinajacy guziki, myjacy rece, wycierajacy pupe.
argumentow na slusznosc mojej teorii, ktora nigdy nie stanie sie praktyka mam mnostwo. a kazdy dokladnie tak samo nieoprzydatny jak i nastepny i kolejny argument. kazde dziecko jest inne, kazda konstelacja jest inna, kazdy ma to na co sobie zasluzyl lub co sobie wymarzyl.
poniedziałek, 22 października 2007
nowe.
zdf heute umiescilo wiadomosc o wyborach w polsce na pierwszym miejscu. dodane zostaly realacje o roznych aspektach nowej sytuacji w polsce. juz dawno nie widzialam tylu pieknych, wspolczesnych obrazow z polski. ani kobylki, ani gesi ani zadnej babulinki na polamanym taborecie. ciesze sie, ze kaczynscy odeszli. wygrana alternatywa jest moim zdaniem tylko mniejszym zlem, ale ta energia, radosc i euforia to juz cos. cos co daje nadzieje. a nadzieja to juz opierwszy krok.
cos sie zacielo?
odbieram maline z przeszkola. ja mialam kiepski dzien i czuje, ze ona tez. jest podniecona, mowi bez kropek i przecinkow, ciagle cos jej wypada z raczek, kiwa sie na krzesle i spada, jedzenie na ubranku, rekawy zamoczone przy myciu raczek, herbata wylana na podloge. i wieczny monolog. wszystko to pojedynczo jest do zniesienia, czesto smieszne, ale nie dzis. w koncu nie wytrzymuje:
 - przestan mowic. sprobuj nic nie mowic, bo zwariuje!!!
malina przestaje mowic i zaczyna plakac. placze i placze. placze.
 - czemu ty tak placzesz?
 - bo ty sie zloscisz, ze mowie.
 - no to porzestan na troche.
 - ale ja nie mogeeeeee...
 - czego nie mozesz?
 - przestaaaaaaaaaac...
malinowe oburzenie. wizyta pelna wrazen.
w weekend wpadla wanda z rodzina. dwuletni filip i czteroletnio - piecioletnia malina to dwa swiaty. w koncu dzieli ich pol zycia! zadnych wspolnych interesow, zadnego porozumienia. wspolnie udalo im sie bawic samochodami, ale tez do czasu kiedy filip pojechal na jednym z samochodzikow jak na hulajnodze i becnal glowa o podloge, ze az mi sie gwiazdki pokazaly. zaraz potem smial sie znow od ucha do ucha pocieszany gumowymi misiami. najedlismy sie sernika polskiego, nagadalismy sie i juz wanda ruszala dalej na glosowanie do konsulatu. w przedpokoju filip nie pozwolil tacie zalozyc butow i zazyczyl sobie zeby dokonal tego malinowy tatus. malina odwrocila sie na piecie i obrazona opuscila korytarz. ledwie ja naklonilam do pozegnania z goscmi. potem bawila sie samotnie z mina pt: "a dajcie wy mi wszyscy spokoj" ale w koncu nie wytrzymala i przyszla mi na kolana, zarzucila raczki na moja szyje i zaczela szeptac do ucha:
- czy ty to widzialas?
- co? - pytam.
- no ze on kocha.
- kto kocha? kogo?
- no ten maly chlopiec co tu byl. on kocha MOJEGO tatusia! bo chcial zeby mu zalozyl buty!



+++++++

- fajny byl ten chlopiec maly. ale za maly, co?
- masz na mysli filipa?
- tak. za maly. - kiwa glowa malina - ale dziewczynka jest fajniejsza.
cos jej sie pomylilo. jaka dziewczynka? wanda? no wanda mlodo wyglada, fakt.
pytam wiec na wszelki wypadek:
- jak dziewczynka?
- no ta w brzuchu. moze urodzi sie wieksza, bo ten filip to za maly.

++++++

- oni to maja duzo dzieci. - malina wciaz trawi wandzia wizyte.
- tak?
- tak. jedno w brzuchu: dziewczynka, drugie chodzi: filip. to maja dwa dzieci.
- tak. dwoje.
- a wy? co wy macie?
- no? co mamy? - smieje sie.
- wy macie jedna coreczke: dziewczynke. i to jestem JA!


w zerowce.
 - opowiadaj! co tam robilas?
 - spiewala, modlila i jadla.
sekta, czy co?
piątek, 19 października 2007
zerowka.
malina przezywa swoja doroslosc. jutro idzie na probe do zerowki w polskiej szkolce. panie w przedszkolu stwierdzily, ze na nia czas i mimo, ze jest znacznie mlodsza, powinna isc dalej. stala sie przywodczynia grupy i dzieci wola ja nasladowac niz sluchac pan przedszkolanek. malina rysuje, pisze literki, recytuje wierszyki, tanczy inicjuje zabawy. kupilam zeszycik, piornik, aktowke rozowa z lillifee. malina ciszy sie i lekko stresuje. od tygodni spiewa po "angielsku" i twierdzi, ze rozmawia w trzech jezykach. dzis siedzi zmartwiona w pokoju.
 - co sie stalo? - pytam i mysle, ze cos stlukla albo co i boi sie przyznac.
 - mamusiu... a jak oni poznaja jutro, ze ja nie mowie po angielsku?...
 - kochaneczko. kilka slowek mowisz! i to wystarczy! kiedys nauczysz sie mowic i po angielsku. w zerowce bedziesz sie bawila i spiewala pioseneczki, malowala i rysowala. i beda bardzo mile panie. nie musisz mowic po angielsku!
moja duza malina.
czwartek, 18 października 2007
zoo.
czytalam dzis u czipsa relacje z wyzyty w gospodarstwie wielskim i przygody z owcami i kozami. przypomnialo mi sie jak poszlam pierwszy raz z malina do zoo. malina siedziala w wozeczku i wesolo przygladala sie sloniom, zyrafom, malpom. nic jednak jakos na niej nie robilo wiekszego wrazenia. rownie dobrze moglam z nia jezdzic po lace, w miescie, w domu towarowym. az tu nagle widzimy krowe i malina niemal wapada z wozeczka wolajac radosnie: muuu, muuu!!! dziecko macha raczkami, nozkami, malo nie odfrunie. krowa tez sie zdziwila taka niespodziewana euforia malinowa. bo kto chodzi ogladac do zoo krowe? podnioslam malina na rece i wtedy krowa - ktora pewnie chciala wyrazic jakos wdziecznosc? - zamuczala pelna piersia i poteznym basem malinie prosto w twarz: muuuuhuuuuuuuu!!!!!!!!!!!!! niespodziewana fala goraca i decybeli rozwiala dziecku wlosy, ja oslupialam i do rzeczywistosi przywolala mnie taka malinowa syrena, taki przerazajacy wrzask, ze okoliczni przechodnie rzucili sie na pomoc myslac, ze krowa ugryzla dziecko. a krowa stala i nic nie rozumiala. na szczescie ta chwila grozy nie zmienila stosunku maliny do krowek i jeszcze przez dlugie miesiace bylo to jej ulubione zwierzatko.
środa, 17 października 2007
mysli wieczornie rozsypane.
wlasnie wrocilam z wykladu o mediach i dzieciach. wchodze do domu. na stole stoi moj zostawiony laptop, prosto od pracy polecialam na wyklad, laptop meza, ktory pracuje i telefonuje komorka. to czy malina ma tu warunki do rozwoju? watpliwe, jak sie dzis okazalo. nie zgadzam sie z zadnymi ekstremalnymi postawami, totez podyskutowalam z pania i narazilam sie w naszym przedszkolu waldorff. ale co mam zrobic? jestem klamczucha, ale nie obludnica.

++++++++


malina widzi nagiego tatusia.
 - oooo! wszyscy chlopcy maja takie cos!
 - tak? - dziwi sie tatus. (niedouczony jakis czy co?)
 - tak! a my kobiety mamy dziurki! - wola malina dumna ze swojej wiedzy.
 - tak? - dziwi sie znow tatus. (musze go chyba uswiadomic!) - a skad wiesz?
 - mamusia mi powiedziala. a wy macie takie cos. ale ty masz fajniejsze niz chlopcy w przedszkolu.
 - tak?


ja zobaczylam moja mame naga jak bylam juz w szkole i to byl szok. malina traktuje nagosc jak herbate w kubku. z przelotnym zainteresowaniem. to chyba dobrze. sama nie wiem. ostatnio stalysmy w kolejce po crepes i malina oznajmila stojacemu za nami malzestwu:
 - moja mamusia ma najpiekniejsza pupe na swiecie. - i poglaskala mnie po pupie. panstwo umarli ze smiechu a tatus tylko pokiwal glowa i dodal:
 - stimmt!
wychowani na podworkach.
najpierw sie wychowalam na podworku u babci. miedzy sadem, stodola a polem truskawkowym. potem na warszawskim podworku z trzepakiem, smietnikiem i wysoka sciana do gry w krola skoczka. a gdzie sie czlowiek powinien chowac, zeby wyrosnac na porzadnego czlowieka? jak latwo obrazac ludzi, jak sie ze swojej marnej niskiej perpektywy ma bardzo waski horyzont.
generacje.
- musisz jeszse do duzo ludzi zadzwonic? - pyta malina, ktora trzyma kciuki, bo jej tlumacze, ze mam trudny telefon do wykonania. skonczylam i malina cieszy sie razem ze mna.
 - nie. juz nie dzwonie. napisze jeszcze jeden mail a ty? - pytam.
 - a ja bede malowala. duzo. jeszcze 19 lat bede malowala!
 - ojej! to ja bede juz bardzo stara jak skonczysz!
 - mamusiu, to moze bedziesz babcia?
 - moze. jak ty bedziesz miala baby, to ja bede babcia i bede ci pomaagala je wychowywac.
 - dobrze. ale czy moje dziecko moze jesc lody to ja bede mu sama mowic. albo  moze albo nie moze. albo tak, albo nie. dobrze?
wtorek, 16 października 2007
ojej!
- ...i wtedy przewrocil sie i poleciala mu z nosa krew. - kreci glowa malina a zeby podkreslic znaczenie swoich slow, pecha i udramatycznic historie, dodaje: mist!
jakby nigdy nic wypytuje ja dalej:
- i co wtedy zrobila pani? umyla mu nosek?
- tak. zimny kompres mu zrobila. ale bluzke sobie pobrudzil.... mist!
ignoruje a malina oblewa sie rumiencem i sama juz nie wie co robic. opowiada dalej:
- jego mamusia pewnie bedzie bardzo zla. bo taka brudna ta bluzka. so ein MIST!!! - malina wymachuje mala piastka.
nie zmieniam tonu i calkiem spokojnie pytam:
- mist? a czy ty wiesz co to jest?
- tak! - no nareszcie. malina wyraznie cieszy sie z mojego zainteresowania. rozklada raczki i pokazuje jakby wielka gore i wyjasnia:
- to jest taakie duze i z robakami!
- kochaneczko, mist to znaczy scheisse. - tlumacze obojetnym tonem, a malina malo nie spada z krzesla. widze, ze zrobilo to na niej wrazenie, wiec koncze: - a mowia to ludzie, jak nie wiedza jak inaczej wyrazic zlosc.
malina mysli, mysli, lekko kiwa glowka:
- tak... no to co ja mam powiedziec jak jestem zla? ja tez nie wiem.
zastanawia sie i sama sobie odpowiada lapiac sie teatralnie za skronie:
- to moze bede mowila: OJEJEJ!!!? dobrze?
i wszystko jasne.
malina pochwalila sie w przedszkolu, ze ma nowe zeby i ze dostala prezenty u dentysty. dodala, ze plomby byly rozowe, tylko przez noc zbielaly. wszystkie kolezanki i kilku kolegow chcialo dotknac tych cudow, wiec malina miala dzis w ustach kilkanascie roznych paluszkow. nie zapytalam oczywiscie czy palce byly umyte. jestem naiwna matka ale nie az tak.
dzieci zbadaly malinowe zabki i wyjasnily malinie skad sie biora w zebach dziurki. skad? myszki. myszki wygrazaja dziurki. kazdy to wie. malina kiwa glowka:
 - tak. tak. ja nawet wiem kiedy to bylo. spalam w przedszkolu i nie zamknelam buzi, bo chrapalam: chrrr... chrrr... i wtedy wskoczyla mi tam myszka!
robie okragle oczy a malina mysli, ze sie wystraszylam, wiec szybko tlumaczy:
 - nie! nie! nie polknelam jej. ale zdazyla mi wygryzc dziurke w zebie!


poniedziałek, 15 października 2007
nowe zeby.
w wizyce u dentysty malinie najbardziej podoba sie fakt, ze idziemy do niego po zmroku. malina wciaga czapke i upewnia sie jeszcze:
- ale inne dzieci sa juz w lozkach, co?
- tak. juz jest bardzo pozno. jak wrocimy to ty tez od razu wskakujesz do lozeczka.
ta perspektywa jest zbyt daleka by sobie nia akurat zaprzatac glowe. malina szuka latarki zebysmy sie nie zgubily po drodze i ruszamy.
- widzisz jak dobrze, ze mamy latarke? przynajmniej znalazlysmy samochod! - wola malina i wyrusza na spotkanie oko w oko w sprawie zeba. gabinet jest blekitny z pomaranczowymi sofami ze skory i neonowymi zebami. malina jest zafascynowana jakbysmy byly w teatrze. chetnie wskakuje na fotel. kiedy lekarz opuszcza ja na dol niemal piszczy z zachwytu, tym bardziej, ze na suficie rozposciera sie widok harcujacych delfinow i wyspy z palma. malina komentuje jeszcze, ze na takiej wyspie to strasznie jest sie samotnym ale juz dentysta kaze otworzyc jej buzie. malo jej szczeka nie wypadnie z zawiasow. lekarz stuka we wszystkie zabki po kolei a ja zaczynam sie pocic. ktorys zabek moze zabolec. ale nic sie nie dzieje. w koncu tam gdzie sie spodziewalam jest dziurka.
- reperujemy te dziurke? - pyta lekarz. malina mruga oczkami na znak zgody. po angielsku wypytuje czy bedzie bolalo i dowiaduje sie, ze nie. odwieczne klamstwo dentystow. poca mi sie rece. pan zaczyna borowac a pani odkurzaczem zbiera wode z buzi. malinie oczy robia sie wielkie jak gwiazdy i tylko zezuje nimi raz na lekarza, raz na pielegniarke. kilka razy kiwa paluszkami, wiec mysle, ze jednak boli i strasznie chce mi sie plakac, ale tylko sie usmiecham. na koniec oddycham z ulga, malina tez, kiedy lekarz pyta czy te dziurke z drugiej strony, maciupenka tez od razu zalatwic, malina znow mruga. ale kiwa raczka, zeby ja trzymac. okropne jest tak ja widziec, sztywna ze strachu, wyobrazajac sobie co czuje. usmiecham sie i nic nie mowie, bo jak bym cos powiedziala to bym sie rozplakala. przyrzekam sobie, ze zamiast do lozka pojdziemy do kina, ze kupie gdzies lodow, ze bedzie spala ze mna w lozku, ze jutro wezme wolne, ze juz nigdy nie zabronie jej cyrku... ufffff ... koniec. pomagam jej zeskoczyc z fotela. malina wyciaga raczke do dentysty:
- danke schön.
pani pielegniarka zabiera ja do szafki i pozwala sobie wybrac jakas nagrode. malina wybiera kauczukowa pilke.
- jeszcze cos! - zacheca ja pani, ale malina kreci glowka. po namowach wybiera jeszcze rozowego zolwia i wychodzimy. na schodach malina oglada sie tesknie za neonowymi zebami:
- szkoda, ze juz idziemy. tam bylo tak fajnie.
malo nie spadam ze schodow. szukamy drogi w ciemnosci, zapomnailam zapalic swiatla a zza drzewa wychodzi mezczyzna. odruchowo sciskam malinie raczke a ona smieje sie na caly glos:
- myslalas, ze to duch?!!!
- tak! - wolam i smieje sie nerwowo.
- ale nie masz sie czego bac! przeciez jestem tu! no i mam latarke! und diese dame war sehr nett, oder? - dodaje malina podziwiajac pielegniarke - dala mi dwa prezenty, choc powinna dac tylko jeden. bardzo mila! bardzo!
w lozku na dobranoc malina kaze sobie wkladac palce do buzi i sprawdzac czy te nowe zeby fajne sa.
- troche jak z papieru, co? mamusiu co ty sie tak na mnie pchasz?
nawet nie zauwazylam ze sciskam maline zewszystkich sil, caluje i malo nie udusze.
kary.
w tamtym roku na krancu naszej ulicy, czyli niemal za rogiem, na wielkiej polanie rozbil sie wielki cyrkowy namiot. malina byla na przedstawieniu z sasiedeczka i jej tata i praktycznie od roku czeka na powrot tego cyrku. czekala, czekala az tu tydzien temu: prosze bardzo! wielka czerwono-biala kopula cyrkowa z roznymi flagami. te flagi zdezorientowaly maline, bo rok temu byla tylko jedna - niemiecka flaga. malina rozumiala te flage jednoznacznie: ten cyrk jest z niemiec i ...wygral! bo niemiecka flaga kojarzy jej sie jedynie z mistrzostwami pilki noznej. a teraz?
 - no to skad oni sa, mamusiu?
caly tydzien malina szykowala sie do cyrku. miala isc z siasiadeczka, tatusiem sasiadeczki i wlasnym tatusiem. szykowala sie i nie mogla nacieszyc na niedziele. w piatek wrocila z przedszkola w kiepskim humorze. jakos nam sie udalo wspolnymi silami go przepedzic, ale zaraz sobota znow byla marudna. wytlumaczylismy sobie to wrazeniami z polskiego przedszkola. popoludniu wybralismy sie na targ garnkow i welny, gdzie bylo tez stoisko z przedszkola maliny, pokaz strzyzenia owiec, rozne pysznosci i fajna atmosfera. wszystko bylo ok, ale malina chciala byc noszona. humor poprawil jej troszke  czasie jazdy na koniku ale tez nie za bardzo. ciagle cos chciala, ale jakos tak bez radosci. "chce" zamiast: "poprosze". zaraz potem buchnela placzem, krzykiem tak okropnym, ze myslalam, ze cos sie stalo. a chodzilo tylko o powrot do domu. malina wieszala sie na latarni, siadala na chodniku - jakis diabel w nia wstapil. totalny bunt z krzykiem. my spokojnie, raz prosba raz grozba az w koncu palnelam, ze jak sie nie uspokoi to z cyrku w niedziele nici. wsciekla bylam na siebie juz w czasie wypowiadania tej grozby ale jeszcze liczylam, ze podziala. ja naiwna! malina wybuchnela takim placzem, ze ktos moglby pomyslec, ze oblewam ja wrzatkiem, lamie reke albo co. pozostalo nam tylko obojetne pojscie do samochodu, malina szurala nozkami i darla sie wnieboglosy. w samochodzie plakala cala droge. w domu tez. ze zmeczenia zjadla niewiele i poszla spac. ulozylismy plan jak wybrnac z tej grozby, zeby zachowac twarz. starsznei anm jej bylo szkoda. czekala przeciez caly rok. ale w niedziele malina wstaje i na moja prosbe o sprzatniecie ksiazek tupie nozka, wola: "nieeee"!!! i rzuca ksiazkami o podloge.
 - pamietasz co bylo wczoraj? myslalam, ze dzis jakos to odkrecimy, ale skoro tak sie zachowujesz to tylko moge powtorzyc, ze za kare nie pojdziesz do cyrku. malina poplakala troche i zaczela zachowywac sie lepiej, zeby moze cos jeszcze naprawic. zamknelismy sie z mezem w kibelku na narade. postanowilismy byc konsekwentni i obiecac, ze jak jej ta faza przejdzie to moze znajdziemy jakis inny cyrk za dwa lub trzy tygodnie. zaprosilismy maline na rozmowe i bardzo spokojnie jej to wytlumaczylismy, czujac, ze wlasnie marnujemy sobie cala niedziele. ale ku naszemu zdziwieniu malina pochlipala tylko troszeczke, usmiechnela sie przez lzy wycalowala tatusia a potem mnie i byla jak nowo narodzona, mila, usmiechnieta , zrelaksowana jakby ktos jej zjal kamien z serca. spedzilismy cudowny dzien, piekny wieczor i wesoly poranek. teraz sie zastanawiamy: czy dziecko potrzebuje kar?
to dopiero poczatek moich rozwazan, bo mama sasiadeczki opowiedziala nam o systemie punktow, nagrod i kar...
malinowy humor.
od tygodnia malina czeka na poniedzialek. i to juz dzis! wieczorem idziemy do dentysty.
 - obejrzy mi zabki? - upewnia sie malina w samochodzie.
 - tak. powiem mu zeby dobrze zbadal gorne zabki, bo mi sie wydaje, ze masz tam dziurke.
 - tak. moze mam. - przyznaje malina i zamysla sie. jedziemy, jedziemy, jedziemy.
 - ale jak nie mam dziurki, to potem idziemy do okulisty. - mowi nagle.
 - tak? dlaczego? - dziwie sie.
 - bo jak nie mam dziurki to ty masz chore oczy i zle widzialas!


mama z polotem moze, ale nielotna.
malina nie ma duzo zabawek. kupuje jej tylko to, czego ona sobie bardzo zyczy, a tego jest niewiele. ale ksiazki kupujemy namietnie i z pasja i bez opamietania. malinowa biblioteczka siega wiec pod sufit, a czesc ulubionych ksiazek zajmuje polowe kuchennego regalu. ogromny wybor. wieczorem, po myciu zabkow, w pizamce, malina kuca albo wspina sie na paluszki, albo na taboret i wybiera bajke na dobranoc. jak z mamusia to szuka polskiej, jak z tatusiem - niemieckiej ksiazeczki. wczoraj malina medytuje i medytuje wpatrzona w regal. na dole, na gorze, posrodku. nie moze sie zdecydowac. kucam obok i oferuje pomoc:
- moze ja ci cos polece? - pytam.
malinie rozjasnia sie twarz w podziwie i radosci:
- polecisz? i przyniesiesz mi nowa bajeczke?
piątek, 12 października 2007
mozna sie porzygac.
z niektorych politykow sie smieje, za kilku wstydze. uwazam, ze polityka paraja sie ludzie zadni poklasku, slawy ale zabraklo im talentu w innych branzach. na szczescie niektorzy walcza o sluszne sprawy i im wybaczam troche. al gore niech bedzie tu przykladem. dobrze wykorzystuje swoja slawe, aparycje, sile przekonywania. dla dobrej sprawy angazuje sprawny marketing i jesli choc troche zdziala to dobrze. ale jak czytam cos takiego jak wczoraj i dzis o panu korwinie-mikke to boli mnie brzuch i jest mi niedobrze z bezsilnosci.
czwartek, 11 października 2007
inspiracja malinowa.
z rozesmianych od ucha do ucha motylkow malina przechodzi w abstrakcje. zamiast krolewny, ktorej najwazniejszym elementem sa bufki, malina smaruje jakies esy floresy. czarny okrag z kijem, jakies koleczka. bierze kartke podchodzi do kuchni i... chyba porownuje.
- a co ty robisz? - dziwie sie.
- narysowalam nasza patelnie jakbym ja widziala z sufita.
- sufitu... - poprawiam i nie moge nic wiecej dodac, bo wlasnie do mnie dociera, ze te esy floresy to nasz kosz na owoce z pozakrecanego drutu a w nim winogrona i jablka, obok kuchenka z palnikami a na nich patelnia. no ja nigdy nie mialam pomyslu zeby namalowac kuchnie z lotu ptaka. ale prawdziwy artysta znajduje inspiracje wszedzie.
eva herman
czytam o evie herman na wszystkich prasowych portalach. rozne cytaty, rozne opinie i za nic nie moge sobie wyrobic wlasnego zdania. mam wrazenie, ze to palenie czarownicy a nie obiektywny osad. pewnie za malo wiem. ale to strasznie ciekawe jak te sama osobe mozna przedstawic w mediach. przyklad na, ktorym studenci beda sie mogli uczyc o manipulacji medialnej.

tak naprawde chodzi juz tylko o to: "Der Eklat bescherte der Sendung laut Media Control die höchste Einschaltquote des Jahres: 2,65 Millionen Zuschauer ab drei Jahren sahen die Talk-Show, die damit auf einen Marktanteil von 18,1 Prozent kam." (www.wuv.de)


środa, 10 października 2007
o co chodzi?
jestem psychicznie zmeczona tak, ze nie ciesza mnie sukcesy. fascynujace projekty, szanse. nie moge sie opedzic od mysli o skoku w bok. zawodowym skoku. mam kilka roznych pomyslow a kazdy ryzykowny. i zaden az tak dobry, zeby moc rzucic sie w wir planowania szczegolow, realizowania marzen. drzy mi powieka i wydaje mi sie, ze wszyscy to widza. ale w rzeczywistosci wszyscy widza tylko jak sie smieje. ciagle sie smieje, choc glownie trafia mnie szlag. a moj szef podziwia mnie za chlodny umysl i zdrowy dystans do problemow. drugi uwaza, ze przesadzam, wszystko biore do serca i podchodze do wszystkeigo zbyt emocjonalnie. to co oni wiedza? nic. a juz najbardziej nie lubie testowania na mnie nowych metod postepownia ze swoimi pracownikami. moi szefowie zapominaja, ze jestem im prawie rowna wiekiem, z niejednego pieca itp, byly narzeczony psycholog, maz sam jest szefem, wiec nie ze mna te numery. i pracuje dla nich a nie na wlasny rachunek, bo jest malina. amen. chce sie pozbyc tego drgania w powiece. radykalnie.
a potem ide z malina po dynie. ona pcha wozeczek dla lalek zeby transportowac tego pomaranczowego olbrzyma do domu. male koleczka turkaja po trotuarze tak glosno, ze malina, zeby uslyszec co do niej mowie musi sie zatrzymac. machaja nam z okien sasiedzi, usmiechaja sie przechodnie i mysle: o co ci chodzi? forsa jest? jest? czas jest? jest. to o co ci chodzi?
poniedziałek, 08 października 2007
o przepraszam!
po blätterteig latam do aldiego. nigdzie indziej nie ma tak pysznego ciasta francuskiego chyba, ze w migros w szwajcarii. rozgladam sie po ofertach. kupuje malinei kurtke w szoku, ze taka tania. dopiero w domu pukam sie w glowe: biala kurtka do przedszkola. jestem idiotka. trudno, przepadlo. fajny zestaw do klejenia latarenek na st.martin, koldra za trzy grosze. o! ksiazeczki dla przedszkolakow. moj ulubiony janosz i bob der baumeister. malina cieszy sie z janosza, krytycznie przyglada sie bob, baumeistrowi:
 - to dla mnie? - pyta.
 - no tak. - odpowiadam i przywoluje w pamieci te momenty kiedy malina lata po ogrodzie i wydziera sie na caly regulator: "Bob der Meister! Könn wir das schaffen?!!!!!!" myslam, ze lubi te figure i zna ja od innych dzieci. malina kreci glowka:
 - ciesze sie, ze chcesz mi ja kupic, ale to jest ksiazka dla mezczyzn.
to jeden z tych momentow, kiedy nie wiem co madrego odpowiedziec.m kiedys przez to strace moj autorytet do reszty.

 
1 , 2
Archiwum