wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 29 października 2008
sekta?
na fali dyskusjii o beznadziejnym systemie edukacji w niemczech wyplynela pedagogika waldorff. bardzo potrzebna w kryzysowych czasach czarna owca. temat ciekawy, dramaturgicznie latwy do zainscenizowania, telewizyjny, gazetowy, dobry medialnie. zamowilam 4 ksiazki, ktore porownuja antropozofow do sekty, nazywaja szkoly waldorff do elitarna grupa oszustow, system opisuja jako pomylke, katastrofe i spisek. nie bede pewnie antropozofem ale homeopatia u nas zadzialala, waldorff mi sie podoba. chce byc poinformowala o wszystkim, wiec czytam. czytam i nie wiem co myslec.




cud monachijski
bylismy na koncercie anny marii jopek - niechze ja bog blogoslawi za glos, za inteligencje, za humor i czar. dla nas to byl wieczor cudow. dla maliny tez. zasnela w lozku u przyjaciolki, obudzila sie we wlasnym. podobno na temat tego cudu nad isar dyskutowala dzis cala grupa regenbogen w malinowym przedszkolu.

poniedziałek, 27 października 2008
lubie rosola i pieczen wpieprzona.

maz odrabia prace domowa z polskiego. jak mu nie idzie to mnie pyta, bo brak mu cierpliwosci a ja odpowiadam, bo podziwiam go za to ze mu sie chce. widze, ze sie glowi i glowi ale nie pyta. meska duma mu nie pozwala czy co? podchodze do stolu, zagladam mu przez ramie. grupe slow trzeba przyporzadkowac jednemu rzeczownikowi.
 - pomoc ci? zapytaj mnie to ci podpowiem. - smieje sie.
 - mmmm... ale pewnie sama nie wiesz...
 - jak to?
 - no bo tu sa slowa: maka, maslo, jajka, mleko, sol.
bez slowa wskazuje mu palcem slowo ciasto i obrazam sie ostentacyjnie na pol godziny.


malinowy nowy point of view.
na dobranoc bajka o swiniopasie. przeslanie jasne jak slonce, ktore jak zrozumialam jakies 35 lat temu tak mi zostalo w glowie: pusta, prozna krolewna nie docenia pieknej rozy i slowika, woli grajacy garnuszek, zabawke, maszynke zamiast natury. zeby dostac wymarzone prezenty gotowa jest sie calowac ze swiniopasem, a gardzi szlachetnym ksieciem. spotyka ja za to kara. amen. jasne? nie.
 - ona nieladnie sie zachowala mamusiu, ale ten krolewicz... - malina kreci glowka z dezaprobata i szuka odpowiedniego slowa - ten krolewicz to straszny klamczuch. tez niedobry!
nie? hmmm, no to mi nigdy nie przyszlo do glowy. no! klamczuch!

malinowe problemy.
malina wraca znienacka do rozmowy o matce chrzestnej - wrozce, ktora pomogla kopciuszkowi pojechac na wymarzony bal. malina pytala kiedys dlaczego ona nie ma takiej wrozki na zawolanie. wytlumaczylam, ze taka wrozka to byl aniol stroz kopciuszka.
 - dlaczego kopciuszek widzial swojego aniola stroza a ja nie? ja tez chce miec takiego aniola stroza.
tlumacze, ze aniol stroz pokazuje tylko wtedy kiedy sa prawdziwe klopoty a czasm tylko daje o sobie znac i wcale go nie widac.
 - a kopciuszek mial prawdziwe klopoty i mial smutne zycie. mamusia mu umarla, siostry byly zlosliwe, macocha zla. a ty masz piekne zycie, mamusie, tatusia, domek, przyjaciolki. to aniol nie ma tu nic do roboty, wiesz?
malina przyjmuje moja argumntacje bez sprzeciwu i w milczeniu a ja dziekuje bogu, ze chroni mnie przed dyskusja pt: dlaczego umarla mu mamusia?, bo dzis naprawde nie mam sily na takie potyczki emocjonalno-moralne. jedziemy dalej. nagle:
 - no ale ja tez mam problemy!
 - tak? a jakie? - dziwie sie.
 - no lukas. to jest prawdziwy problem! - denerwuje sie nagle malina.
no lukas to jest niezmienny refren od pol roku. a to ciagnie maline za wlosy a to mowi, ze rozowy jest najbrzydszy na swiecie, wszystkie dziewczyny sa glupie a malina najglupsza. no i lukas przynosi rozne kamyczki, zoledzie, kasztany elisabeth a nie malinie i mysle, ze to jest najbolesniejsze w tej calej sprawie.
 - no ale lukas to nie jest jakis straszny problem. to jest nieprzyjemne i czasem jest niemilo jak on sie zle zachowuje, ale sama przyznaj: to nie jest jakis OKROPNY problem, co?
 - no nie jest.
cisza. cisza. jedziemy. mysle, ze rozmowa zakonczona. i nagle:
 - no kopciuszek to mial prawdziwy problem. tak.

piątek, 24 października 2008
malinowe klotnie.

 - ...i sie poklocilysmy wszytkie trzy. - konczy z przejeciem malina opowiesc o zabawie w dom z marlene i z johanna.
 - jak to trzy? ja myslalam, ze kloca sie zawsze dwie osoby?
 - nie. we trzy mozna sie bardzo dobrze klocic.
ma racje. ja znam takie kobiece forum, gdzie mozna sie swietnie klocic w dziesiec albo i w dwadziescia.



wtorek, 21 października 2008
co to za dzien!
rezyser, ktory mnie bolesnie opuscil pol roku temu, przez co przeplakalam cala noc wlasnie wrocil na kolanach: nakrece kazdy film jaki chcesz! nawet z pasta do zebow w roli glownej! jak ja sie ciesze, ze mu wtedy powiedzialam: rozumiem i zycze szczescia, choc mialam ochote powiedziec: spadaj i zapomnij ze istnieje, nienawidze cie.
telefon zadzwonil i doniosl mi, ze moja wartosc rynkowa wzrosla, ze jestem swietna, pozadana i moge stawiac warunki jakie chce. moja proznosc jest wyglaskana i wylaskotana do granic mozliwosci.
upieklismy osiem strucli jablkowych plus dwa litry sosu waniliowego - jutro moja kolej na gotowanie w przedszkolu. zapisalam sie na srode (dzien na slodko), bo mi sie jablonki od pysznych jablek uginaja. obralismy trzy kosze jablek.
moja mama byla dzis w kinie na tajne przez poufne. bilety wygralam dla niej w dziennikach ts - juz drugi raz w ciagu miesiaca.
przyszly papiery ze szkoly waldorff. zapisujemy maline do szkoly.

pije piwko i czlapie do lozka. na moj maly kobiecy mozdzek to troche za duzo wiadomosci jak na jeden dzien, na skolatane moje serce zbyt duzo emocji. maz stoi z boku i mnie podtrzymuje. psychicznie i fizycznie.
amen.


poniedziałek, 20 października 2008
lylowe wrzosy.
weekend z tesciami. mimo moich najlepszych checi nie mialam sily na ratowanie atmosfery. pierwszego i drugiego dnia sie staralam, ale trzeciego dalam sobie spokoj. moja teciowa nawet jesli powiem, ze swieci slonce, bo rzeczywiscie swieci, to ona albo ignoruje co mowie albo zaprzecza. draznie ja. i ze wzajemnoscia. i malina - jako moja wierna kopia - ja drazni. za to moj tesc za mna przepada i za malina tez. to dziecko moze po nim skakac jak po materacu, ciagnac go za nos, cos mu ciagle  wykrzykiwac do ucha. kiedy probuje go ratowac przed rozbawiona wnuczka, macha reka:
 - czy ty mozesz nam dac spokoj? my sie bawimy!
pokazywalismy zdjecia z wakacji. tesciowa zniecierpliwiona, ze wszedzie widac tylko dziecko a ani widokow ani natury, wcale nie widac gdzie bylismy. na to maz, ze z widokami to mozna sobie kupic album a na starosc chcemy sobie ogladac maline, bo to najladniejszy widok z naszych wakacji. tesciowa pokrecila glowa. a potem juz totalna katastrofa, bo bylo moje zdjecie w jedwabnej, skapej sukni, na ktory to widok maz moj (po kilku kieliszkach wina) sie ucieszyl:
 - no jednak troche natury tez jest! a jaka piekna!
a tesciowa niestety stracila humor do cna.
jak nastepnego dnia orzy sniadaniu powiedziala o malinie:
 - no jej to fantazji nie brakuje!
tonem jakby mowila, ze urodzilam zlodziejke albo przyglupa, to zupelnie odpuscilam, poszlam do ogrodu i razem z malina obsadzilam swiezo usypana gorke lylowymi wrzosami. 24 wrzosy i 8 miniaturowych wrzosowych chryzantem a obok romantyczne trawy. a nasze rece czarne jak smola. a tesciowa spalila sobie na sloncu swoj wielki nos i odjechali do domu jak niepyszni. amen.

czwartek, 16 października 2008
bezproblemowe dziecko.

malina prosi o bionade.
 - niestety, moge ci zaproponowac tylko soczek jabkowy.
 - a to nie wiedze zadnego problemu. - pociesza mnie malina.


poniedziałek, 13 października 2008
malinowe upomnienie.
malina odstawia szklanke i oswiadcza surowo:
 - nie kicaj mnie jak pije, bo moge upuscic szklanke.
no ma racje.


ps: lachotanie=kitzeln.



poniedziałek, 06 października 2008
otwieracz.

malina spragniona. proponuje jak zawsze wode, ale malina marzy o bionadzie:
 - i sama ja otworze, dobrze?
 - prosze bardzo. otwieracz jest w srodkowej szufladzie.
przejeta malina grzebie w szufladzie, do ktorej jej normalnie nie wolno samodzielnie zagladac. pelno tam nozy, nozykow, zapalki, zapalniczki i inne zabronione skarby. grzebie i grzebie. w koncu podchodze, bo jak tak dalej pojdzie to mi sie dziecko pozbedzie palca na jakims ostrzu:
 - nie mozesz znalezc?
 - no nie ma. - malina zrezygnowana zamyka szuflade.
 - nie ma? - otwieram znow szuflade i widze otwieracz na samym wierzchu. z drewniana raczka. no nie mozna go przeoczyc.
 - a to? - pytam
 - a to? to do piwa!




mea culpa, mea culpa.
"bieguni" zdobyli wlasnie nike a u mnie leza jeszcze nietknieci na polce. podrozowali ze mna na sardynie i do berlina, ale wciaz pozostaja nieprzeczytani.  troche tlumacza mnie "wybrane zagadnienia z fizyki katastrof", ale ze stracilam kilka dni na taka szmire jak "dom nad rozlewiskiem" przyprawia mnie o rumieniec wstydu. dzis wieczorem biore sie za biegunow. jakos juz teraz wiem, ze beda mi sie podobac. uwielbiam kazde zdanie napisane przez pania tokarczuk.


sobota, 04 października 2008
spotkanie dziennikowo - blogowe
przelotne i pospieszne. oktoberfest to chyba nie czas na spotkania towarzyskie. reitschule w soboty zawsze zaspane, pelne spoznionych sniadaniowiczow, leniwkow, ktore pierwsza kawe pija kolo poludnia dzis wrzalo jak ul. deszcz i zmeczenie. natomiast malina byla spotkaniem zachwcona. bardzo podobala jej sie nowa kolezanka, bo ma blond wlosy jak krolewna i nazywa sie licja. malina nie akceptuje faktu, ze to imie zaczyna sie na "a". ale i tak najwiekszy przyjaciolka pozostala hela.


posciel w blekitne mazaki.
posciel w sypialni powleczona na blado blekitno. juz dawno tej poscieli nie uzywalam i jakos tak mnie sentymentalnie nastrolilo, wiec opowiadam malinie:
 - ta posciel zawsze kojarzy mi sie z naszym powrotem do domu jak sie urodzilas. tak sobie lezalam tu a ty w takim wielkim koszu na kolkach obok. i ciagle spalas a jak tylko bylas glodna to cie zabieralam do siebie.
 - taaaak? - malina nie wie czy sie cieszyc czy oburzyc - to wtedy pozwalalas mi jesc w lozku?!




środa, 01 października 2008
na jutro.

wlasnie wyprasowalam bluzke na oktoberfest. nie napracowalam sie zbytnio: bluzka sklada sie z samego dekoltu i trzech guzikow:-)

to nie ja, ale bluzka podobna. konczy sie zaraz pod biustem:







idzie.
maz dzwoni w drodze z kursu jezyka polskiego.
 - dobrywieczor. - odbieram telefon.
 - dobrywieczor.
 - no i jak?
 - dobrze. dobrze. jest glodny i idzie.
 - idzie?
 - idzie do domu.


Archiwum