wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 28 października 2010
czy wszyscy


musza nosic te okropne okulary????





środa, 27 października 2010
malinowa wspolpraca.
do pracy mam sekretarzyk nad ktorym wisza dwa piekne miedzioryty pani zofii stanislawskiej. ale jakos nie umiem tam wysiedziec. to raczej piekna dekoracja. pracuje miedzy kuchnia a salonem przy stole, gdzie jemy, odrabiamy lekcje, pijemy wino, gramy w gry. jak mam wazny telefon to chodze po calym domu. latem po ogrodzie. malina jest wiec wciaz obecna i wciaz sie wtraca. slyszy, ze dzwonie do rezysera:
 - hallo moritz...
malina wola radosnie: - moritz??? oj pozdrow go ode mnie! tez potem z nim porozmawiam!!!

prosze do telefonu damiana. malina wyraza glosno zachwyt:  - daaamian. jakie piekne imie!!!!

zaglada mi przez ramie, jak umawiam sie prze skypa na sushi:
 - suzi? a kto to jest suzi? w ogole nie znam.

ostatnio szukalam wlasciwiego slowa. malina wtraca: - powiedz po polsku to ci przetlumacze.


najbardziej maline wkurza, ze nie moze ze mna pojsc do biura, bo biuro w berlinie i hamburgu. na pocieszenie poszlaby nawet do mojej bylej pracy.




rodzina malinowa

 - prawdziwa rodzina to sie siebie pyta wieczorem: co bylo ciekawego w szkole, co bylo na obiad. trzeba sobie wszystko przy stole opowiedziec. a ty tylko telefonujesz i telefonujesz. a tatusia to w ogole nie ma. - powiedziala malina i zrobila sobie na kolacje czarny chleb z serem i zagryzla pomidorem.

wtorek, 26 października 2010
piekna ona, piekny on.

spotkali sie w irlandii. ona na stypendium. on zarabial pieniadze. milosc. szybka, zarliwa, szalona. po pol roku zareczyli sie. po nastepnych 6 miesiacach wrocili do niemiec. zwariowany slub. jedni rodzice podarowali dzialke, drudzy dali troche na dom. na reszte wzieli kredyt. ledwie sie pobrali a juz zostali rodzicami. ledwie urodzil sie sliczny synek, a juz cudne bliznieta zrobily rodzicom a kuku. pamietam jak lezaly takie maciupcie slicznosci w wiklinowym koszu. jak jedno sie we snie odwracalo na lewy boczek to drugie zaraz tez na lewy. a noski jak u laleczek. 

on pracowal na duza rodzine, ona schowala dyplom i spiewala kolysanki starszemu synkowi trzymajac blizniaki u piersi - karmila je jednoczesnie. 
 - kiedys tam, jak dzieci pojda do szkoly, zrobie jakis kurs i zaczne pracowac. - usmiechala sie i widac bylo, ze jest szczesliwa. ciagle sie trzymali za rece, usmiechali, wspomagali - nierealni, niedzisiejsi, zadowoleni. on - odwieczny przyjaciel meza, ona - polubilismy ja od razu. 
dzieci ida do przedszkola. on ma bol glowy. rak mozgu. operacja. chemia. wraca do domu. jedziemy w odwiedziny. stoi pod domem a my nie wiemy jak wysiasc z samochodu, bo trudno go poznac. chemia wypalila jego cialo, wylecialy prawie wszystkie zeby, splonely wlosy, co robic? nic nie mozemy zrobic. mozemy tylko byc, gadac do rana smiac sie i zmuszac zycie, zeby nie bylo takie wstretne. czarowac wierzyc, ze sie wszysko jeszcze da naprawic.
on nie moze wrocic do pracy. ma rente. chodzi powolutku, odpoczywa. ona wyciaga dyplom. siadaja do stolu i ustalaja nowe reguly. w kazdej chwili moze zostac samotna matka z trojgiem dzieci. musi sie do tego przygotowac. trzeba splacac kredyt. przedstawia sie w kilku firmach. wybiera najlepsza propozycje. pelen etat. on odbiera dzieci z przedszkola. potem odbiera ze szkoly. wraca do sil. wraca na pol etatu do pracy. ona pnie sie po szczeblach kariery jak tygrysica po powalonym drzewie. pieniadze, podroze, szacunek, wsparcie meza. kariera jak z amerykanskiego filmu. 
na wiosne podajemy piekne miejsca na sycylii. wybieraja sie na wakacje, bo ich ta sycylia zarazilismy. przysylaja wesola kartke. wracaja z bolem glowy. badanie. rak jest wszedzie. wszedzie. lekarz karze przygotowac dzieci. morfina. ona zabiera go do domu. on nie wstaje z lozka. wyciagaja wszystkie zdjecia. noca spalaja wszystkie z czasu choroby. maja zostac tylko te z dobrych czasow. tydzien pozniej ostatni raz trzymaja sie za rece. marzyl zeby go spalic, ale uzgodnili, ze dzieci potrzebuja grobu. chowaja go na cmentarzu 5 minut od domu. chodza co dzien. kilka razy dziennie. 
odwiedzamy ja. w czerni. skupiona. smutna. robi porzadki. dwa dni po pogrzebie spakowala wszystko i oddala do caritasu. nie zostala ani jedna ksiazka, ani jedna koszula nic. nic, poza wybranymi zdjeciami. tesciowie ja skrytykowali, a ona mowi, ze otwiera szafke a tam wspolnie kupione talerze. ma ochote rzucic nimi o ziemie a potem wyskoczyc oknem. nie minal jeszcze miesiac. szuka mieszkania wbrew wszystkim, ktorzy ja krytykuja i staraja sie na nia wplynac. musi sie wyprowadzic bo zwariuje. za dwa tygodnie wraca do pracy i musi byc silna dla trojga dzieci. nie moze umierac z rozpaczy za kazdym razem, kiedy widzi wspolnie sadzone kwiaty. pamiatki? patrzy swoim dzieciom w oczy. jaka materialna pamiatka moze sie z tym rownac?





niedziela, 24 października 2010
malinowa polszczyzna

 - mamusiu, jedziemy po ciebie. zalozylam pończoch, zeby mi bylo cieplej.
malina biegnie na powitanie a ja pekam z ciekawosci co to za pończoch...


a to zielone poncho z zielonej welenki.


niedziela, 17 października 2010
co to za dziwny czas.

jakby wszyscy znajomi - bliscy i dalecy nagle zdecydowali sie przewrocic wszystko do gory nogami. zaczac od nowa. bez wzgledu na wspolne lata, na wspolne dzieci, na wspolne domy. kryzys wieku sredniego? i nie. nie. wcale nie chodzi tylko o mezow zostawiajacych zony z dziecmi, ale tez zony zostawiajace mezow z dziecmi. dwie przyjaciolki tkwia jeszcze w swoich zwiazkach, bo wciaz brakuje im odwagi by odejsc. sasiadka nie odchodzi, bo boi sie o pieniadze... a milosc? czy na walke o milosc nikt juz nie ma sily?



piątek, 15 października 2010
bo gubie rytm...
Świat pełen jest tajemnic 
I ciepłych miękkich brązów 
Świat lśniący jest od klamek 
I taki rozedrgany 

Świat pełen jest zapachów 
Pajęczych lepkich śladów 
Świat w złocie i w koronkach 
I rozedrganych w dzwonkach 

Nie poganiaj mnie bo tracę oddech 
Nie poganiaj mnie bo gubię rytm 


wstaje, pracuje, pracuje, pracuje, w drodze do domu wstepuje do wloskiej malutkiej restauracji. jestem ostatnim gosciem. spie jak susel. wstaje, pracuje, pracuje...
mieszkam w slicznym apartamencie w hamburgu. w slicznej okolicy. do biura robie sobie spacer. w weekend jestem w monachium i odreagowuje. na razie moje cialo jest spiete adrenalina. pewnie jeszcze kilka tygodni i przestane tracic oddech.


niedziela, 03 października 2010
zyje
ale w strachu. jutro skoro swit lece do hamburga. swiat nabral tempa az kreci mi sie w glowie. musze sie skupic, zebrac w sobie i do boju.



Archiwum