wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 28 października 2013
pewnego materaca historia.

wiem, wiem, szczoteczke do zebow trzeba wymieniac co miesiac, kapcie co trzy miesiace, majty codziennie, a materac... no jak sie przeczyta co sie gromadzi przez lata w materacu, to spedza sie noc w wannie albo na hamaku. dwa lat temu zaczelismy szukac optymalnego materaca. to jest cala filozofia, to jest magia, to jest marketing nieporownywalny z niczym, z czym mialam w zyciu do czynienia. jedni daja ci materac na dwa miesiace: spij, zobacz jak fajnie i kup a jak niefajnie, to mozesz oddac i nic cie to nie kosztuje. inni daja ci polezec przez chwile i jak od razu nie rozpoznajesz, ze wlasnie lezysz w jedynej dla ciebie odpowiedniej pozycji, dzieki ktorej bedziesz wiecznie mlody a twoj kregoslup bedzie cie nosil po tej ziemi przez nastepne 100 lat, ze twoje ramie miekko wtula sie w miekki oblok i jak tego nie czujesz to... spadaj. lezelismy na wielu materacach i wczuwalismy sie w sytuacje. moj maz tak sie wczul, ze nawet kupil sobie pasujaca do materaca poduszke. materac zamowiony. bedzie specjalnie dla nas wyprodukowany, wiec czekamy dwa miesiace. czekamy i spimy nadal na tym kelbowisku mild, zarakow i jakis swinstw. nie dziwota, ze snia nam sie koszmary. ale dzis. dzis jest ten dzien. w poludnie ma przyjsc materac, nasze zbawienie, od dzis nasze zycie sie zmieni, nabierze jakosci i - kto wie - moze zacznie nam wszystko snic na rozowo?

maz w podrozy. wstaje skoro swit i wyciagam stary materac do przedpokoju (jezusie, jaki to ciezar!) zeby pieknie odkurzyc i umyc lozko na powitanie nowego materacyka. pije kawe zmeczona i slysze, ze malina wakacyjna wstaje, wychodzi ze swojego pokoju i spotyka tam... no co? materac!:

 - o! materac! jaki piekny!!! jakie ma piekne liscie!!!

czlapie na gore. jakie liscie? a malina zachwyca sie dalej:

 - tak sie martwilas, ze niepotrzebnie kupiliscie ten materac, ale jak widze jaki on jest piekny, to sama musisz powiedziec, ze warto bylo kupic!!!

 - malina. to jest stary materac. bedzie dzis zabrany i wyrzucony do smieci.

i patrze na to kremowo-perlowe cudo, swiadka wielu malzenskich tajemnic, pierwszego lozka na ktorym karmilam maline i normalnie nie moge uwierzyc, ze go wywalamy. dzwonie do meza i ten stawia mnie do pionu. niech mnie nie zwiedzie biel w sloncu, bo w srodku same mikroby i inne swinstwa! dobra. ide na kawe a malina negocjuje, bo jej by sie taki materac bardzo przydal. no ale czy ja dam dziecku bawic na tym mrowisku? na tym mikroswiecie ameb i zarazkow? nie.

w poludnie przyjezdzaja panowie, grzecznie zdejmuja buty, montuja nowy materac, zabieraja stary i jeszcze biora podpis, ze wszystko ok. no ok. ok, chociaz... jakis maly ten materac. jakos tak luzno lezy na lozku. ide po miarke. materacowi brakuje 5 sm szerokosci.

w tym kraju, gdzie kazdy chlopiec rodzi sie inzynierem. gdzie kazda kobieta na oko odmierza 57,3 gramy soli. w tym kraju precyzji i porzadku dostaje materac o 5 cm za waski.

niemiecki ty moj kraju zaadoptowany, jakze ja teraz odbuduje w sobie zaufanie do ciebie? do twoich tüv, gwarancji i innych ubezpieczen i znakow ostrzegawczych?

 

maz siedzi z chlopakami i szykuja prezentacje na jutro rano. napisal zebym poszla spac i delektowala sie noca bez jego chrapania i zebym polozyla sie na srodku, bo jak materac za waski to jeszcze spadne jakby polozyla zbyt blisko brzegu. jutro reklamujemy.

 

 

piątek, 25 października 2013
pierwsze malinowe ferie w gimnazjum.

 

dzis zaczynaja sie ferie. krotki bilans z tych kilku tygodni w nowej szkole jest niemal tak monotonny jak zakonczenie podstawowki: malina przyniosla do domu same jedynki. najpierw myslalam, ze szkola tak pomaga dzieciom przyzwyczaic sie do nowej, juz nie tak dzieciecej rzeczywistosci jak w podstawowce i tak motywuje dzieci do nauki dobrymi stopniami. po spotkaniu z rodzicami wiem, ze polaly sie juz lzy, byly piatki i szostki a przewazaja trojki. malina i jeszcze jedna dziewczynka sa najlepsze w klasie. wprawia mnie to w dobry humor? tak. bardzo.

na ferie wszystkie ksiazki i zeszyty zostaly w szkolej szafce a w domu na maline czekaja: nowe wydanie geolino z filmem, gruba ksiazka czytadlo w pieknej okladce, gra, nowe swierszczyki z polski i herbata z jagodek w tiulowych torebeczkach. nauka w ferie jak zwykle zabroniona. w przyszlym tygodniu ma byc tylko leniwie, przyjemnie i wesolo. bedzie!

 

czwartek, 24 października 2013
na dzis:

 

Szanuj prawdomówność zimowej gałązki. Ona po prostu jest. 

 

wtorek, 22 października 2013
i mysmy tam byli, miod i wino pili...

weekend spedzilam swietnie sie bawiac na dwudniowym weselu. wszystko mi sie podobalo, wszystko smakowalo, wytanczylam sie niemal do rana z wlasnym 20 lat temu poslubionym mezem. moje dziecko tez sie wybawilo.
i tylko mam wrazenie, ze ten dzien byl piekny dla gosci a nie dla samych bohaterow: mlodej pary. to wielkie dwudniowe party, ktore musialo kosztowac majatek przygotowala glownie panna mloda. pan wolalby kameralnie i krotko i gdzies z daleka od swiata, ale zgodzil sie proszac tylko zeby nie bylo zadnych weselnych gier. byly, niewiele, ale jednak! i czulo sie, ze pan zmuszal sie zeby nie wybuchnac a jak wniebowziety moderator (wodzirej) zawolal po zaaranzowanym szukaniu panny mlodej:

 - no i jak?!!! jak bylo do tej pory?!!!

pan szczerze zawolal:

 - jak dotad... okropnie!

wszystko bylo bardzo milo, dwa dni usmiechow, calusow, usciskow, pocalunkow, potrzasania dloni. do tej pory wedle zyczenia pani jezdzili na wakacje z przygoda (z plecakiem piechota przez indie, afryke itp) - tu pan wznosi oczy do nieba. teraz w podroz poslubna on postawil na swoim: jada ?na eleganckie wczasy all inclusive - tu pani wznosi oczy do nieba.

obie mamy unikaly siebie jak ognia a tesciowa idac na mownice w kosciele ostentacyjnie przeszla po dlugim na pol kosciola welonie panny mlodej.

mieszkalismy w pieknym zamku a czesc gosci w pobliskim hotelu i ciagle przenosilismy sie z jednej czesci parku do drugiej, potem do stadniny, potem na most prowadzacy do zamku a wszedzie albo grala jakas muzyka albo cos pilismy albo przegryzalismy albo puszczalismy banki mydlane, albo strzelalismy takimi petardami serduszek a wszystko w jesiennym sloncu, malowniczo, powolnie i przyjemnie.

malina miala ze soba trzy kreacje. najpierw chcialam ja przekonac zeby zrezygnowala ze swojej sukienki od chrztu, bo to troche przesada, ale potem zobaczylam, ze towarzystwo jest szalenie wystrojone i powiedzialam, ze niech zaklada co chce, ja jestem tylko odpowiedzialna za wslosy, wiec malina wystapila na balado rozowo, na dole dlugiej sukienki bombka a wszytko pokryte bialym cienutkim tiulem w kropki. do tego cieliste pantofelki i zlota wstazka we wlosach i kuse bolerko z bialego futerka. zaraz wkrecila sie do noszenia welonu i tyje ja widzielismy. potem byla wielodanipwa kolacja, trunki wszelakie, tance i tance, tance. kolo polnocy nasz prywatny kopciuszek poszedl do pokoju (hmmm sali rycerskiej o wielkosci 120 m2) i przebral sie w czerwona kiecke i dopiero skoczyl w tany! po 1 jednak nawet malina padla i sama z siebie poszla spac. my tancowalismy jeszcze do 5, ja na koniec boso. naciagnelam sobie miesien w lewym ramieniu a zakwasy mam takie, ze nie moge siedziec. takie mi sie zrobily wokol bioder a tam przeciez nie ma miesni!

wybawilismy sie za wszystkie czasy!

piątek, 18 października 2013
prawie weekend.

 

ale numer. malina od tego sportu tak schudla, ze nagle zmiescila sie w swoja sukienke od chrztu. blado lososiowa. ja mam tez lososiowa. jutro wiec partner look!!! jeszcze trzy maile i zaczynam weekend, jestem wymieta, zmeczona i przekrecona przez wyrzymaczke (czy kots w ogole wei co to jest?) jutro bede sie szybko restaurowac jak sredniowieczny kosciol.

 

 

jak cie widza tak cie pisza. malina corka pasterska.

 

malina ma kilka naprawde ladnych rzeczy, ale wiekszosc jednak jest dosc przecietna. ma kilka marzen ciuchowych ktore czasem realizuje ale z niektorymi mam problem, bo nie moge przelamac wlasnej niecheci. i tak od kilku jesieni dziecko marzy o kamizelce z futerka. naprawde ladne kamizelki z pradziwego futerka sa okropnie drogie a ja jestem znana ze skapstwa a te ze sztucznego futerka sa brzydkie i plastikowe. na weekend wybieramy sie do zamku na uroczystosci slubne i bedzie bardzo elegancko. i w kosciele i w plenerze i wieczorem i na sniadaniu. wczoraj w tempie ekspresowym przelecialysmy z malina kilka sklepow. malina przymierzala a ja pisalam sms-y i maile i tak korzystajac z mojego pospiechu i dobrego serca malina przemycila kamizelke swoich marzen. sztuczne bezowe futerko a z przodu jeden guzik na skorkowej sprzaczce. wracalysmy z torbami pelnymi slicznosci, ale tylko te kamizelke malina polozyla sobie kolo lozka i poglaskala na dobranoc. rano tatus, ktory nie trawi kamizelek wszelkiego rodzaju, ale na malinie trawi bezkrytycznie wszystko, poradzil przy sniadaniu:

 - jakby ktos cie w szkole dzis zapytal gdzie pracuje twoj ojciec, to powiedz, ze mamy stado owiec.

malina pekajac ze smiechu poturlala sie do szkoly.

środa, 16 października 2013
malinowa kolej rzeczy.

 

przewodniczacym rady rodzicow w malinowej klasie zostal tatus ulubionego malinoweg kolegi. tatus uzywa swojego hrabiowskiego tytulu graf. strasznie mi szkoda, ze rodzina mojego meza kiedys tam w XIX wieku chyba sprzedala "von" i pare pokolen potem sprawdzili: niestety, nie mozna tego znow odkupic. teraz by bylo jak znalazl. mowie wiec malinie, zeby wyszla kiedys za maz za tego kolege to zostanie hrabina! ale malina kreci glowka:

 - nie. najpierw bylabym hrabina ale potem musialabym byc wampirem.

aha. nie, no to lepiej nie.

 

wtorek, 15 października 2013
malinowa lacina

czy poprzedni wpis byl o panu od laciny? no tez tez bedzie o panu od lacny.

w piatek spadl taki snieg w bawarii, ze malina dotarla do szkoly dopiero na 5 lekcje i nie zdazyla przepisac co robili na lacinie. a wczoraj zaraz w poniedzialek kartkowka. jeden z punktow to bylo wlasnie to co malina opuscila w piatek i nie nadrobila w weekend. ten punkt kosztowal ja 4 punkty. reszte zrobila bezbednie. bez 4 punktow ocena wypada na 3, ale pan zawiesil ocene. na nastepnej kartkowce malina dostanei dodatkowy pzadanie za 4 punkty wlasnie z ta deklinacja. jesli uda jej sie je rozwiazac bezbeldnie dostanie z wczorajczej kartwkowki jedynke, jesli nie pan zostawi te trojke. uwazam, ze to bardzo sprawiedliwe i nauczyciel narobil sobie tylko dodatkowej pracy, ale malina jest bardzo zmotywowana i zaraz wykula cala nowa deklinacje.

i wszystko jasne.

wczoraj na zebraniu rodzicow jako trzeci nauczyciel - po germanistce i matematyczce -przedstawil sie pan od laciny. w ostrozielonej sportowej bluzie przywital nas po lacinie, wesolo opowiedzial dlaczego lacina jest jednym z najwazniejszych przedmiotow w tej szkole (5 godzin w tygodniu) na co wplywa, gdzie jest, dlaczego nie jest martwa i dlaczego jest jak poranna joga dla umyslu. dodal, ze zawsze stara sie nosic kolorowe bluzy, bo wtedy ma dobry kontakt z uczniami: dziewczynom podobaja sie modne kolory a chlopcy nie maja problemu z szybkim usytuowaniem nauczyciela w klasie: o tam jest nauczyciel!

teraz rozumiem dlaczego wszystkie dzieci kuja lacinskie slowka i nikt nie marudzi.

poniedziałek, 14 października 2013
wychowanie maliny nie jest zadaniem latwym. ale fascynujacym jednak.

weekendy przemykaja tak szybko jakby trwaly tylko kilka godzin. i tak juz bedzie do wigilii. sluby, rocznice, urodziny, wigilie sluzbowe - same przyjemnosci. w srode idziemy na ciuchowe zakupy, bo po wakacjach widze, ze malinowa garderoba zrobila sie bardzo cool, ale jak dziecko ma sie ubrac na bardzo eleganckie przyjecie jak pensjonarka z dobrego domu to wszystko nagle sie nie dopina, ciagnie, jest za krotkie lub cisnie.

wczoraj mialysmy dyskusje o slownictwie i dlaczego jak sie uzywa wyrazenia "pierdolic" czy "jebac" to trzeba sie liczyc z tym, ze te slowa nas jakos okreslaja. warto wiedziec ktore slowa sa tylko brzydkie a ktore naprawde wulgarne. slownictwo wyraza nas tak samo jak stroj czy sposob jedzenia.

a wieczorem podyskutowalysmy o okazywaniu uczuc i emocji. malina sie glosno smieje, ale malina zlosci sie tez szybko, szczerze i ostentacyjnie. mysle, ze to moze byc czasem zbyt wiele dla jej kolezanek. malinowa zlosc jest czasem zupelnie niewspolmierna do problemu. pewnie na koniec nikt sie nie zastanawia, ze w sumie malina miala powod zeby sie wkurzyc, tylko za ktoryms razem przylgnie do niej nieprzyjemna etykietka zlosnicy i panny humorek.

pol dnia uplynelo mi na moralizytorskich przemowieniach, dyskusji, szukaniu przykladow i metafor. jak u powiedziec 11-latce, ze robi zle a jej nie obrazic? i troche lez sie poturlalo i troche smiechu i byla niejedna madra mina, ze wszystko sie zrozumialo i powiedzenie czegos, co jednak dowodzi, ze zrozumialo sie opacznie...

malina przynosi kolejne jedynki ze szkoly. powinnam zamknac paszczeke i sie cieszyc, ale nie umiem. wokol mnie widze mnostwo ludzi, ktorzy maja swietne wyksztalcenie a sa zyciowymi niedolegami, emocjonalnymi zombie. staram sie byc czujna.

wieczorem czulam sie z lekka wypompowana i tak sie zastanawiam co robia mamy, ktore musza gadac z dwojgiem dzieci, a z trojgiem? i w internecie i w realu sypnelo wokol mnie drugim albo trzecim dzieckiem. pierwsze dziecko mojej kolezanki ma roczek i siedzi do 16 w zlobku. drugie w drodze. moje niezrozumienie sytuacji bierze sie pewnie z tego, ze nigdy mna nie tapnelo instyktem macierzynskim. i pewnie juz nie tapnie.

 

piątek, 04 października 2013
bilans po 3 tygodniach.

malina poszla do gimnazjum uwazanego za bardzo trudne. wiec ciagle jej powtarzam, zeby odpowiednio wczesnie dala znac, bo w zyciu sa jeszcze inne wazne rzeczy niz nauka i w szkole nie trzeba sie meczyc. w tym tygodniu malina przyniosla dwie nowe jedyneczki. ok. wraca do domu dopiero o 17, ale jest albo wytanczona albo wyskakana po badmintonie albo koszykowce, wszystkie prace domowe odrobione, slowka z laciny powtorzone. dziecko wchodzi do domu i moze: wskoczyc do wanny, lezec do gory brzuchem, latac po ogrodzie za kotem, uciekac przed kotem dookola domu, spotkac sie z kolezanka i gadac o glupotach. ciagle ma cos ciekawego do opowiedzenia i wyraznie kwitnie. a ja bylam przeciwna...

wpis iscie jesienny.

 

z racji wieku chyba cos mi sie pozmienialo. moja pora roku zostala jesien. i ciuchy jesiennne lubie, i zapach wilgotnych lisci, i roze, ktore walcza z chlodem i jednak decyduja sie po raz trzeci trzasnac paczkami, i czarne winogona i ognisko.

pana, ktory wybudowal nam kominek kiedys w chatce, poprosilismy o pomysl na kominek tu. dwa pomasly wygraly. w styczniu budujemy. a na razie swiece. w dzien jest zloto, wieczorem szaro-buro i pieknie. jedziemy dzis po wrzosy. po dynie. malina idzie zbierac kasztany, ale nie wiem czy nie za wczesnie.

 

Archiwum