wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 20 października 2015
poszla baba do lekarza

 

wyczekany termin. dlugie czekanie w kolejce. w koncu moja kolej. hurra! najpierw badanie sluchu, bo jakos czuje, ze mniej slysze niz zwykle. mile mlode pani badaja mnie dosc dlugo: wysokie, niskie tony, sluchawki takie, sluchawki siakie, jakies czopki, wtyczki, zatyczki. a ja sie wkurzam sama na siebie, ze taka jestem hypochondryczka, no przeciez slysze przeciez wszystko, na co mi to bylo? no ale nic, grzecznie, zgodnie z zaleceniem, przyciskam niebieski guziczek kiedy slysze ton.

5 minut pozniej przyjmuje mnie lekarz i juz na powitanie kreci glowa. w jednym uchu 75% sluchu, w drugim 80% - jak na moj wiek za malo. no ale przynajmniej bede miala na papierze, ze niedoslysze i maz przestanie sie wkurzac na moje nieustajace: - wie bitte?

nie mialam czasu sie martwic, bo zaczelo sie badanie jak ta lala! na wszystkie strony! wszystkie dziurki w glowie, plus usg. pan ciagle wtykal mi do gardla jakies patyczki, rurki a jedna nawet z kamera. patyczki wysle do laboratorium i powiedza mi pojutrze jakby jakas okropna bakteria mi sie tam zagniezdzila. okazalo sie, ze ogolnie sprawa spowodowana jest typowa, silna alergia i kwasnym organizmem. no ale ja nie mam zadnych alergii... a to zobaczymy.

w pokoju obok pani pomalowala mi oba ramiona cyframi od 1 do chyba 20, kazda cyferke skroplila jakims swinstwem i kazda kropelke naklula igla. po 15 minutach nic, tylko jedno miesce spuchlo mi jak pol sliwki. a! - ucieszyl sie pan doktor - i jestesmy w domu! silna alergia na kota! b-a-r-d-z-o silna alergia na kota. no niestety musi sie pani pozbyc kota. dostalam krople/spray do nosa z kortyzonem i jakies lekarstwo na odkwaszenie oragnizmu. za 4 tygodnie mam nastepny termin.

wsiadlam do samochodu i ruszylam do domu. szkoda, ze nie mam zadnego kota, bo zaraz bym sie go pozbyla.

no mozna sie zniechecic, prawda?

 

 

taki poranek.

 

od ponad 4 tygodni jestem z lekka chora. wstaje z obolalym, spuchnietym i swedzacym gardlem, kicham, wszystko mnie boli, nie moge lykac bez bolu. boli mnie glowa, jestem zmeczona. juz nawet zostalam kilka dni w lozku. bez szans. bylam u lekarza i u drugiego. proszki na goraczke, pastylki do ssania, gardlo plukac sola. przelecialam sie po internetowych stronach - co one na ten temat? moge miec raka gardla, raka jezyka albo strun glosowych. dzis nadszedl jednak ten dzien. dlugo wyczekiwana wizyta u lekarza - dzis o 11:00. wczoraj wieczorem niemal sie cieszylam, ze w koncu ktos mnie obejrzy, obada nie tylko gardlo ale i uszy. tak!

a dzis wstaje raniutko, myje wlosy, ubieram sie i... nic. no poprostu zadnego bolu ani kataru. wielkie NIC. no mozna sie zniechecic, co?

 

poniedziałek, 19 października 2015
malinowe uszki.

 

od 2 i pol roku malina miala z mojej strony zielone swiatlo, bo moj warunek brzmial: jak skonczysz podstawowke, ok? ok.

i malina i chciala i nie chciala. decydowala sie i rezygnowala. juz. juz byla gotowa i ... no jednak nie.

a  sobote wstala i powiedziala: dzis.

dlatego zaraz po polskiej szkole pojechalismy z malina do miasta, malina wybrala kolczyki, ja sfotografowalam jeszcze malinowe uszki i trach! - bardzo mila pani zrobila w tych uszkach dziurki. zeby to uczcic poszlismy na indyjska kolacje w miescie. malina wniebowzieta, z wrazenia nie mogla zasnac. jak w koncu zasnela to cos mi sie tak zrobilo smutno, ze nie wiem. o ludzie, nie moglam uwierzyc, ze osobiscie pozwolilam takie sliczne, rozowe, malinowe uszy przedziurkowac. maz mnie najpierw pocieszal a potem wpadl na pomysl, ze jak tak mam przezywac i sie meczyc, to mozemy w nocy te kolczyki malinie wyjac a rano w zamian obiecac nie wiadomo co (psa?) a dziurki zarosna.

zanim ten cudowny plan zrealizowalismy, usnelismy i malina ma teraz przeklute uszy i jest najszczesliwszym czlowiekiem pod sloncem.

 

 

 

inside out

 

dziennikowe, blogowe i fb - dyskusje wciaz ucza mnie i od nowa zaskakuja. zebym nie wiem jak mocno byla przekonana, ze mam racje i ze tylko i jedynie moja intuicja jest nieomylna (jak kiedys papiez) i ze wszyscy oczywiscie mysla tak samo jak ja, to zawsze znajdzie sie ktos, kto nie dosc, ze mysli inaczej, to w dodatku czasami wrecz mysli... zupelnie dowrotnie! tak. tak.

i przypomnialo mi sie jak przed laty siedzialam w kinie na filmie w kolorze rozowym: lily fee. rozowy film dozwolony oczywiscie od wieku zero, bo czegoz mozna sie zlego spodziewac po infantylnej, rozowej krolewnie z wytrzeszczem oczu? 6 czy 7 letnia malina byla zachwycona filmem, ale juz nasza kinowa siasiadka nie dala rady przy scenie, kiedy rozowy, rozany ogrod zarasta czarnymi kolcami. dla 3 letniego dziecka to byl szok, dziecko zaczelo strasznie plakac i chcialo wyjsc. naladowana jeszcze swiezo waldorwska ideologia, zwrocilam matce uwage, zeby dala dziecku spokoj i wyszla z kina. wkurzona mama powiedziala, ze film jest od 0 i tylko sie przesiadla.

lata pozniej, a dokladnie wczoraj siedze z malina i mezem w kinie. ogladamy najnowsza produkcje pixar inside out. dozwolona od 0. piekny film o emocjach, wspomnieniach, okazywaniu uczuc i tych smutnych i tych wesolych, strachu i zlosci. film jest wesoly dopoki opowiada o dziecinstwie glownej bohaterki. w swiecie jej emocji buduje sie strefa przyjazni, rodziny, wyglupow, strefa hobby - obrazowo przedstawione jak mini planety, czy statki kosmiczne. jak najwieksze skarby, diamenty czy zlote kule przechowywane sa wspomnienia pieknych chwil z rodzicami, z przyjaciolka, ze sportowa druzyna. jednak rodzice postanawiaja sprzedac dom, przenosza sie do miasta i caly ten kolorowy, radosny swiat zaczyna sie cegielka po cegielce rozpadac. niesamowite metafory no i podobienstwa do naszej przeprowadzki sprzed 3 lat sprawily, ze co i raz chlipalysmy z malina jak wariatki a tatus tylko dostarczal nam swieze chusteczki.

film jest 3d, wiec sceny kiedy w czarna przepasc zapomnienia spada ulubiony slon, kiedy rozpada sie swiat zaufania, swiat przyjazni sa naprawde przerazajace. kilkuletni chlopiec rzad wczesniej od polowy filmu sciagal okulary 3 d proszac mame zeby wyjsc, bo mu sie film nie podoba. mama z uporem maniaka wkladala mu okulary i uspoajala, ze ta scena zaraz sie skonczy i ze film jest super. kiedy zawalil sie "pociag mysli" (gedankenzug), chlopiec zaczal plakac, mama wziela go na kolana. no zeby sie nie bal, co? i znow wcisnela mu okulary. zeby lepiej widzial, co? scena z monstrualnym klownem - nawet mnie przeszedl dreszcz. chlopiec zrzucil okulary na podloge, mama sie wkurzyla (pewnie chce go wychowac na twardziela, bo mieczaki to nie maja w zyciu szans, co?), w ciemnosciach znalazla okulary i odeslala synka do ojca. en jeszcze dobry kwardrans staral sie zmusic dziecko do ogladania filmu az jakas pani nie wytrzymala i poprosila ich o opuszczcenie kina, bo przeszkadzaja. ha! i to nie bylam ja! jestem wyluzowana, co? bo kazdy wychowuje jak chce i nic mi do tego amen.

 

(ps: mama obejrzala film do konca)

(ps2: z tego wszystkiego nie wiem czy to napisalam, ale film warto obejrzec. szczegolnie z prawie-13latka! w drodze do domu dyskutowalysmy w przyjaznej atmosferze i obopolnym zrozumieniu)

 

 

środa, 14 października 2015
nice and polite

 

widzialam dzis dyskusje na fb o byciu grzecznym. (wszystko przez ciebie zielona!:-) :-)

autorke wpisu wkurzaja dzieciece wierszyki, w ktorych powtarzaja sie frazy w stylu "jestem grzeczny". pod wpisem pojawilo sie wiele komentarzy o tym, ze grzeczne dzieci nie maja szans w zyciu, bo... sa grzeczne. grzeczne dzieci nie sa kreatywne, nie umieja miec wlasnego zdania i siedza w ostatnim rzedzie niezauwazone i pewnie tak im zostanie na cale zycie. grzeczne dzieci, wychowane pod linijke, nie moga sie w dziecinstwie wyszalec, byc soba i cieszyc sie dziecieca wolnoscia. a wszystko przez szkole. przez glupie wierszyki i akademie.

dla mnie czlowiek grzeczny to czlowiek uprzejmy. mam wrazenie, ze w wielu komentarzach jednak "grzeczny" rozumiane jest jako: potulny, ulegly, lizus. jak dzieci maja byc grzeczne, jesli ich rodzice stawiaja znk rownosci miedzy "grzeczny" a "looser". wiele mam juz teraz martwi sie o kariery swoich dzieci, ktore dopiero co poszly do szkoly. malina tez recytuje w szkole takie wierszyki, ale jakos nie widze w jej klasie/szkole (ani w zadnej z poprzednich szkol) zadnych potulnych barankow. to czy dziecko ma swoje zdanie, czy umie je wyrazic, czy jest kreatywne czy nie nie zalezy od wierszykow i akademii. zalezy raczej od tego jak rozmawia sie w domu, jakich uzywa sie argumentow, w jakim tonie i jak akceptuje sie poglady/prawa dziecka w domu. 6-7 latkowie na poczatku szkoly sa niesamowita wizytowka swoich domow. pewnie, ze szkola ma potem na to jakis wplyw, ale jak widze dzieci wokol mojej corki, to uwazam, ze ten wplyw jest niewielki. chcemy czy nie, to nadal my rodzice jestesmy odpowiedzialni za zachowanie i rozwoj naszych dzieci.

w takiej dyskusji mam wrazenie, ze wiele mam, ktorym w zyciu sie nie udalo, uwaza, ze to dlatego, ze byly zbyt grzeczne. smutne, prawda?

 

 

wtorek, 13 października 2015
malinowe nutki

sms:

"mam moje wlasne Weihnachtsoratorium!!!"

malina spiewa w chorze.

 


piątek, 09 października 2015
i prosze:

 

cale lata moja kuchnia (kiedys w chatce jak i tu teraz) niby ambona jest miejscem gdzie wznosze sie na dostepne mi wyzyny retoryki umoralniajacej. ilekroc mam z tego powodu wyrzuty sumienia to mysle sobie, ze inne dzieci maja gorzej. jakies kary, punkty, a moze nawet lanie? malina na swoim czerwonym krzesle (to krzeslo ma juz ponad 12 lat!) slucha tych moich monologow mniej lub bardziej zainteresowana, czasem lekko spiaca nad porannym sniadaniem a czasem lekko zirytowana po kolacji. czasem mysle sama o sobie: o boze, juz daj spokoj, dobrze?

niestety nie udaje mi sie wypowiedziec krotko, taka matczyna misja, jeszcze piec zdan, dwie madrosci, jedna przestorga, jakis przykladzik z zycia wziety, co?

ale przychodzi taki moment. taki moment, ktory - naprawde - mozna troche porownac do pierwszych krokow, pierszego jedzenia lyzeczka, pierszego okraglego zdania - kiedy malina siedzi, cos opowiada i dodaje swoj komentarz albo tez relacjonuje swoja reakcje. i to jest (niemcy maja na to genialne okreslenie "sternstunde") taki moment, kiedy czlowiek (matka) odczuwa ulge: tak, te monologi, to kiwanie palcem, te metafory, te przyklady, ta kuchenna litania ma sens! tak. przynosi owoce. czlowiek zasial nasionko i prosze: wykluwa sie roslinka.

 

 

 

 

 

czwartek, 08 października 2015
swiatlo

 

postawilam w kuchni cala mise tych winogron. male czarne kuleczki. pachnie w calym domu. owocowo i jesiennie. czytam wiadomosci i czuje, ze jestesmy w samym srodku historii, ktora niespodziewanie przewraca nasz swiat do gory nogami. bardzo dziekuje za zainteresowanie skasowanym wpisem. dostalam wiele maili i wiadomosci na fb od osob, ktorych od dawna nie podejrzewalam o czytanie tego bloga. wpis byl o moich smutkach zainspirowanych sytuacja polityczna. wczoraj kanclerz niemiec powiedziala: ta sytuacja jest tu. no wlasnie jest tu, bardzo blisko, za plotem juz. i nie wiadomo co myslec, co robic. ten rok zaczal sie zle, rozwijal sie jeszcze gorzej a kto wie jak sie skonczy. kupilam piekna zielona latarnie, postawilam przed drzwiami i co wieczor zapalam swiece. jak podziemny skarbnik ide w ciemnosci do bramy i tam zapalam drzy male latarenki. ciesze sie kazdym wieczorem. a jak mi sie cieszenie nie wychodzi, to sie do niego zmuszam. 

 

 

wielkie rozczarowanie

 

jeszcze z chatki przywiozlam (wykopana w ostatniej chwili) mala winorosl. zeby zmiescila mi sie bagazniku, obcielam ja niemal do stopki i posadzilam kolo tarasu, liczac na pare fajnych listkow ku ozdobie. pierwszy rok strasznie sie ta winosrosl meczyla i nawet pomyslalam, ze trzeba bylo ja kolo chatki, gdzie ladnie rosla, zostawic naszym nastepcom. co za pazerna baba ze mnie! jednak nastepnego roku urodzily sie pierwsze winogrona a w tym roku zarosla cala sciana. winogrona sa czarne, smaczne, piekne ale znikaja w natychmiastowym tempie, bo zywia sie nimi okoliczne ptaki. same z tego klopoty, bo jest tych ptakow coraz wiecej i niestety ich rozowe od czarnych winogron odchody zmieniaja estetyke wszystkich ogrodowych melbli, furtki, plotu i tarasu. ptaki siedza wsrod lisci i nic sobie z mojego machania, tupania itp nie robia, chyba moglabym nawet je poglaskac. powiesilam kokardki, ale ptaki uznaly je chyba za ozdobe. biala sciana opryskana jest sokiem z winogron i nie wiem czy uda sie ja domyc, pewnie trzeba bedzie malowac. dzis stracilam cierpliwosc, wzielam wiadro i sekatorem uwolnilam cala sciane od owocow. nie wiem co zrobic z taka iloscia winogron. 

ta radykalna akcja zrobilam ptakom pradziwa przykrosc! jeden siedzi teraz na stole, z zadarta glowka obserwuje sciane pelna lisci i wypatruje winogron. a tu nic. wfruwa miedzy liscie, szpera, szpera a tu nic! wraca na stol, zadziera glowke i szuka winogron. nic! nie wiem jak zinterpretowac jego wloty i wyloty z klebu pnaczy i lisci. jest wkurzony czy rozczarowany? pewnie i to i to!

 

wtorek, 06 października 2015
a to dopiero poczatek!

niedawno malina miala jakis slaby, lzawy wieczor. no ale, ze co? z jednej strony bym chciala pocieszyc, z drugiej jestem ciekawa, bo z mojego punktu widzenia malina ma super zycie i ogolnie jest bardzo zadowolona. ale wiadomo, perspektywa rodzica czesto jest zamglona. no wiec co? - wierce dziure w malinowym brzuchu. dostaje historyjke o... ksiazce, ze tak na nia czekala (4 czesc) a tu raz, ze ksiazkedostala na kindle (chcialam byc nowoczesna matka i w wakacje jeszcze kindle byl cool?) a dwa, ze historia rozpoczyna sie wyadkiem motocyklowym i w dodatku okazuje sie, ze motocykl byl skradziony. no to co to za historia? - i malinie plyna lzy jak groch. ale nie ze mna takie numery. obiecuje, ze jesli zostanie wydana 5-ta czesc ksiazki, to kupimy ja w wersji papierowej. a smutny poczatek? no w koncu w wypadku nikt nie zginal, a z ta kradzieza to moze sie jeszcze wyjasni? (dwa dni pozniej okazalo sie- uffff!!! - ze sie wyjasnilo). tak sobie wiec dalej rozmawiamy o zyciu, swiecie i szkole az w koncu dochodzimy do sedna sprawy. dwie kolezanki w klasie sa zakochane. tylko dwie? no przeciez tam ciagle kazda panna, wlacznie z malina, jest w kims zakochana. tym razem jednak dwie kolazanki sa zakochane... ze wzajemnoscia. czyli... maja przyjaciela. znaczy sie chlopaka maja!

 - mysle, ze we mnie nikt sie nigdy nie zakocha... - i znowu lzy jak groch.

juz mialam maline zapewnic, ze ja ja strasznie kocham i tatus tez, ale jakos udalo mi sie tego nie powiedziec, tylko:

 - oczywiscie, ze sie zakocha! i to nie raz! i to nie jeden chlopak. lepiej sie ciesz, ze na razie masz swiety spokoj, bo z chlopakami to same klopoty!

i tu malina wytarla lzy, bo rzeczywiscie same klopoty. na przyklad taki l. wyslal do swojej ukochanej serduszko na dobranoc, przez whatsup. ona pol nocy nie spala z radosci, ale jak mu nastepnego dnia podziekowala, to on sie ostentacyjnie zdziwil i pokazal jej swoj whatsup: nic takiego nie wysylal!!! no skasowal pewnie, klamczuch jeden. tak. tak. same klopoty... i jakos nam sie udalo przejsc na wesole tematy.

 

a tu wczoraj malina wraca ze szkoly totalnie zbulwersowana. kreci glowka i nie wie jak zaczac. no wiec, no wiec. no wiec n., ktora jest rok starsza od swoich kolezanenk (czyli ma..13 lat!) od tygodni chodzi z kolega z rownoleglej klasy. nawet calowali sie - tak zeby kolezanki widzialy i zazdroscily. pamietam jak malina opowiadala o tym jakby chodzilo o zachod slonca albo lody waniliowe. no wiec ten ukochany i jego kolega zostali zaproszeni na urodziny do n. a to sa urodziny z noclegiem. zawachlowalam uszami (ale tak zeby malina nie widziala!!!), bo n. jest bardziej wychowywana przez siostre niz samotna, wciaz chorujaca mame i wolno jej wiecej niz pozostalym dziewczynkom: makijaz, manicure, narzeczona. czy ja bym chciala zeby malina nocowala na prywatce z chlopakami? no nie wiem, nie wiem... a raczej: wiem!

malina gestykuluje:

 - wyobraz sobie, ze jego ojciec zabronil mu u niej nocowac! i w ogole zabronil mu sie z nia spotykac!!! i teraz oni tylko wysylaja sobie wiadomosci, rozmawiaja przez skype... okropne, co?

 - dlaczego okropne? bardzo romantyczne!

niestety malina ma zupelnie inny poglad na te sytuacje. i tak troche dyskutujemy o tym nocowaniu a malina:

 - dobrze, ze ja nie mam takiego problemu!

no ja tez sie ciesze, ze ja tez nie mam, choc zaraz mi mija dobry humor, bo malina dodaje:

- ... bo ty mi pozwalasz na wszystko i kazdy moze u nas nocowac!

 

 

 

 

 

 

 

Archiwum