wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 26 października 2017
malinowa szkola.

 

wczoraj zasiedzielismy sie na zebraniu rodzicow w szkole. piekna klasa, elokwentni nauczyciele, ale malina miala racje: matematyczka wstretne babsko, nauczyciel francuskiego konczy co drugie zdanie "ok? i jakos glupio podlizuje sie rodzicom. szkola pracuje na swoja opinie i po 4,5 roku (malina jest w 9 czyli 5 klasie) z trzech klas zostalo dzieci wystarczajaco tylko na dwie male klasy. jakos mnie to przygnebilo wczoraj, bo mam wrazenie, ze zostaly same prymusy, flaki z olejem i nudziarze. nie bez powodu malina troche stracila serce do szkoly i towarzysko angazuje sie glownie wsrod znajomych od zaglowek. ja mam nature uciekiniera. gdziekolwiek mi sie w zyciu nie podobalo, to zaraz uciekalam. niektore ucieczki z perspektywy czasu uwazam za zbyt spontaniczne, troche zaluje, ze nie mialam wiecej cierpliwosci, ale to chyba taka moja natura. i tak samo pomyslalam sobie wczoraj o malinie: zmienic szkole? szybko odrzucilam te mysl, siedzac obok meza w samochodzie w drodze do domu. nawet nie powiedzialam tego glosno, tym bardziej zaskoczyl mnie wiec maz: - ale nudy, co? to nie jest normalny swiat. ciekawe jak jest w innych szkolach. jak moglibysmy sie tego dowiedziec?

w domu, mimo poznej pory czekala na nas malina. ulzylo jej, ze tez nam sie nie podoba matematyczka i francuz. jak zawsze jestesmy po tej samej stronie. pozostale watpliwosci pozostawilismy dla siebie. nie spalam pol nocy.

 

 

 

 

 

wtorek, 24 października 2017
malinowy postep.

kilka lat temu pewein znajomy opowiadal mi o swoim smochodzie i synu. syn byl maly jak ojcie sprawil sobie suv audi q7. wtedy suv jeszcze nie byly takie popularne jak teraz i wielki jak traktor samochod strasznie imponowal i synowi i jego kolegom. minely ledwie 2 czy 3 lata i syn znienacka przeksztalcil sie w nastolatka. zbuntowanego, swiadomgo ekologicznie nastolatka, ktory nie zyczy sobie, zeby tata odbieral go skadkolwiek takim samochodem, bo to wstyd i siara. syn przesiadl sie na rower, przed sniadaniem zaczal pijac letnia wode z imbirem, zaczal kontrolowac rodzinne zakupy: bio? nie bio?, organic? nie organic?

tak sobie o tym przypomnialam, bo w malinowej szkole zorganizowano wyklad o mediach i wplywie internetu i telefonu na mlodziez. nie moglysmy wziac udzialu w tym spotkaniu, ale niektore malinowe kolezanki tam byly i zle wiesci rozeszly sie lotem blyskawicy: komorka to diabel. malina wrocila do domu, sprawdzila wszelkie ustawienia w naszych telefonach, zakleila tatusiowi kamere w laptopie i wprowadzila nowe prawo: od 18:00 przestawiamy nasze telefony na modus samolotowy i wylaczamy internet w domu. juz nie musze sobie strzepic jezyka o wstawianiu zdjec profilowych i wysylani selfie. teraz tylko czekam na malinowa liste bozonarodzeniowych marzen - czy bedzie tam telefon z tastatura?

malinowe pokolenie bedzie jezdzilo autonomicznymi samochodami ale juz pewnie moje wnuki przerzuca sie na stara dobra kierownice.

 

i tak sie kreci ten swiat...

wtorek, 17 października 2017
moj hastag #

 

na fb trwa akcja #metoo. "If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too" as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.?" przez chwile zastanawialam sie nad osobistym hastagiem #menot, ale jak zobaczylam ile kobiet wzielo udzial w tej akcji, pomyslalam, ze taki hastag bylby trywializowaniem problemu.

no ale u siebie na blogu moge napisac, ze jestem szczesliwa, ze pracujac w: telewizji, teatrze, agencji fotograficznej i produkcji filmowej nigdy nie mialam do czynienia z molestowanie seksualnym. od zawsze prace mam taka troche imprezowa ze i podroze, i kolacje, i festiwale, i party i jak bylam mlodsza to krotkie kiecki z wysokimi obcasami (teraz to juz tylko obcasy) nosilam i nic, nigdy.

i tak sobie mysle, ze mam szczescie do ludzi i jakas intuicje, ktora pozwala mi trzymac sie z daleka od idiotow.

 

 

 

 

 

środa, 11 października 2017
hasla.

patrze na malinowy swiat. jakie niesie jej nadzieje? jakie daje jej szanse? moja mlodosc przypadla na czasy rozwoju tolerancji, otwierania granic, obalania murow, szukania wspolnych mianownikow, przebaczania win, uswiadamiania sobie problemow ekologicznych. a malina? co ja czeka w swiecie, gdzie znow jak w czasach epoki kamiennej pierwsze i najwazniejsze staje sie: jestes nasz czy obcy? zaraz potem: bialy czy czarny, katolik, zyd czy muzulmanin, hetero czy homo, ze wschodu czy z zachodu, za aborcja czy przeciw, za eutanazja czy przeciw. czytam dzis komentarze na polskiej stronie pod wiadomoscia, ze niemiecka para gejow oficjalnie otrzymala pozwolenie na adopcje corki. co piaty komentarz zaczyna sie od slow: "jestem osoba tolerancyjna, ale..." - to tak jakby powiedziec: odzywiam sie wedle diety weganskiej, ale jem salami.

kiedys czescia musicalu metro byla piosenka "hasla", nie wiem czemu jozek usunal ja z metra, bo przeciez jest aktualna jak nigdy:

 

Żyjemy hasłami wciąż karmią tym nas
Nie wiemy już sami gdzie prawda, gdzie fałsz
Tu walka o pokój gdzie pokój już był
Dotrzymać chcesz kroku dwa kroki daj w tył.

Kto hasło wymyśli ma patent na świat
W formułkę cię wciśnie - już wiesz ileś wart
Bałagan totalny w umysłach niech trwa
Koloryt lokalny znaczenie tu ma:

Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch - makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin - nogi na stole,
Włoch - makaroniarz, arabski - szczyt,
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd...

By móc się rozbroić potrzebna jest broń
Łańcuchem pokoju skrępują ci dłoń
Więc w sprawach poważnych siedź cicho jak mysz
We Francji jedz żaby, w Japonii jedz ryż.

Z obcymi jest kłopot i żaden z nich zysk
We wspólnej Europie nie dadzą ci wiz.
Odległość niewielka tu Rzym a tu Krym
W "Paryżu północy" american dream.


Tu jest prawica, a tam lewica
Może odwrotnie? Daremny spór
Gdy między ludźmi biegnie granica
Z lewej czy z prawej patrzysz na mur?

Piszmy na murach, stropach i rurach
Znakami, których nie da się zmyć
Napisy własne prywatne hasła
Każdy jest inny - dajcie nam być!

wtorek, 10 października 2017
malina po wlosku.

w te wakacje malina w koncu przestala sie wstydzic, ze bedzie posmiewiskiem calej sardynii i poszla na kurs surfingowy. lekcje indywidualne, bo i wiatr byl zbyt silny i bylo juz po sezonie. zeglarskie doswiadczenie z wiatrem chyba sie przydalo, bo malina szybko zalapala co chodzi a nauczyciel nie chcial wierzyc, ze nigdy nie stala na desce. po 5 dniach mozna bylo powiedziec, ze malina jest utalentowana, poczatkujaca surfingowka...ehmmm surfinia? serdecznie podziekowalismy panu nauczycielowi i w trakcie tych podziekowan okazalo sie, ze pan ma mlodszego brata. malina do konca wakacji codziennie wypozyczala deske i skakala po falach balansujac z zaglem w towarzystwie tego mlodszego brata, absolutnego wirtuoza serfingu. chlopak chyba urodzil sie na desce! rozumieli sie bez slow, bo i nie ma jak rozmawiac w czasie skakania po falach a potem dzielil ich jezyk, bo kolega niestety niezbyt po angielsku a po niemiecku ani troche... na surfowanie umawiali sie przez whatsapp i tak tez sie pozegnali: dziekuje i do zobaczenia.

a potem? kilka dni po wakacjach zaczeli do siebie pisac. on tlumaczy to co chce jej powiedziec na niemiecki a ona odpowiada po wlosku, dzieki slownikowi_app w iphonie. tak juz rozmawiaja ponad miesiac. wczoraj m. wyznal, ze maline kocha. malina jest strasznie przejeta i zmobilizowana do nauki laciny (bo uwaza, ze dzieki temu czuje co do niego pisze po wlosku) i do podjecia nauki wloskiego.

 

poniedziałek, 09 października 2017
maz po pracy

malina w wannie. mnie nachodzi jakas fala enrgii - w ciagu 15 minut przestawiam wszystko w pokoju. pianino na drugi koniec pokoju, w przeciwnym kierunku sofa, puchaty dywan na druga strone, cienki w przeciwnym kierunku, nad oknem zawieszam girlande z bialych swiatelek. no jakby przeszla burza. malina schodzi na dol i wola oszolomiona.
 - super!!!

wchodzi maz po calym dniu pracy. juz z kuchni widac, ze wszystko przewrocilam do gory nogami. bez komentarza, mezowy telefon dzwoni, maz telefonuje przechadzajac sie po pokoju, konczy rozmowe, wraca do kuchni. nadal nic nie komentuje. rozmawiamy o tesciwej, ktora lezy w szpitalu. malina siada na sofie, ja przygotowuje kolacje, maz wyciaga wino. ja swoj kieliszek mam w kuchni, maz przepytuje maline co tam bylo w szkole, a malina siedzi na SOFIE, KTORA PRZEZ OSTATNIE DWA LATA STALA ZUPELNIE GDZIE INDZIEJ. mrugamy do siebie z malina porozumiewawczo okiem, maz nic nie mowi, wiec w koncu mysle, ze mu sie nie podoba, wiec nie komentuje zeby mnie nie urazic i czuje sie obrazona, bo raz, ze jest bardzo ladnie a dwa, ze nawet jesli to moze przeciez to szczerze powiedziec. co to za wyglupy. kolacja. maz wraca do pokoju po kieliszek, ktory postawil telefonujac na stoliku, ktory tez stoi w innym kacie niz zwykle, i nagle zatrzymuje sie w polowie drogi: o! cos zmeinilas???

 - tak.

maz rozglada sie, rozglada, rozglada i mowi:

 - ale ladnie!

 

malinowa zawierucha i deszcz.

w piatek zalozylam cieply sweter, wielki szal i cienka puchowa kurtke, malina swoj zeglarska pianke i odblaskowa czapke. bylo szaro-buro i wialo jak nie wiem co. zawiozlam maline do klubu. jeszcze nie bylo trenera, wiec troche z nia postalam marznac jak nie wiem co. malina skladala swoja lodke, zagiel, platala zgrabnie wszelkie kolorowe sznureczki. w kieszeni zabrzeczal mi telefon, nie odberalam zeby nie wyjmowac rak z kieszeni. sumienie mnie troche podgryzalo, ze ja zaraz jade do domu i zostawiam to dziecko w te zimnice nad woda. 8 stopni i wiatr. o trener juz jest. moze odwola trening, bo zimno? alez gdzie tam ida zeglowac a ja uciekam do domu. pracuje, telefonuje i nie widze, ze wichura sie rozpetala i leje jak z cebra. o 18 jade po maline, mimo szybkich wycieraczek z trudnoscia widze ulice. o malina. mokra, w piance sklada swoj zagiel, naciaga persening na lodke, nie wychodze z samochodu. sciana deszczu. o kurcze to no piatek wieczor z glowy, pewnie bedzie wsciekla, zmaznieta, przemoczona. podjezdzam jak najblizej moge, na siedzenie kladziemy recznik, do samochodu wskakuje zachwycone zyciem dziecko. na jeziorze hulal taki wiatr, ze wszystkie lodki poprzewracaly sie po kilka razy. w czasie najsilniejszego wiatru, trener kazal zeglazom przewrocic lodki mastem do dolu i siedziec na przewroconych kadlubach i tak z nogami w loodwatej wodzie przeczekac najsilniejsza wichure.

w domu malina wskoczyla do goracej wanny i z ksiazka spedzila tam pol wieczoru.

wciaz jest jak mlody zrebak, potrzebuje wiatru, przestrzeni, przygody. ja na sama mysl, jak lalo i wialo mam katar a malina tylko dobry humor.

Archiwum