wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 24 marca 2017
idzie nowe.

 

mieszkaja dwie ulice dalej. duzy dom, piekny ogrod, dzieci w dobrych szkolach - wszystko takie dopiete na ostatni guziczek. nie jak u nas: niedokonczone schody czy mech w trawniku. w naszej wiosce mieszkaja tez ich rodzice. no wszystko takie ustabilizowane, ulozone i bardzo fajne. syn, rok starszy od maliny, zdobywa miedzynarodowe nagrody zeglarskie, ma waznych sponsorow, interesuje go glownie woda i zagiel, ale jakos daje sobie rade w szkole.

i nagle ni z gruszki ni z pietruszki napisali wlasnie mail, ze lada moment... sie przeprowadzaja nad morze, na drugi koniec kraju. syn idzie do szkoly sportowej, corka do nowej szkoly, tata znalazl nowa super prace a mama nadal bedzie zajmowala sie domem i ogrodem.

i tak mnie to jakos... podbudowalo, zmotywowalo i wprawilo w swietny humor. przeslalam ten mail mezowi. zaraz potem slysze jak biegnie po schodach:

 - baaaaaahhhhh! echt cool!!!! - wola rozesmiany maz.

tak. tyle razy stawialismy wszystko na glowie. taka mysl: przewrocic wszystko do gory nogami jest dla nas jak swiezy wiatr.

na razie tylko male zmiany. jutro malujemy malinowy pokoj. w poniedzialek przyjedza nowe lozko (czarne!) a za tydzien nowa wielka szafa (czarna!). koniec z lylowymi scianami, blekintnym dywanem, bialymi mebelkami i wiejska szafa. nowa era.

 

czwartek, 23 marca 2017
lunch.

 

dzis moj maz tez mial home office. w poludnie polecial nad jezioro i przyniosl swiezo uwedzone jeszcze troche cieple saibling (takie szlachetniejsze pstragi czy malutkie lososie?). zjedlismy je na tarasie, w sloncu, w okularach. na deser kawa. i do pracy. oboje mamy akurat duzo pracy i duzo stresu. taka godzina wyrwana, wyszarpana, wygryziona ze zwariownego dnia jest niezbedna do zycia. do przezycia.

 

czwartek, 16 marca 2017
malina czytelnik.

 

jak malina byla mala, nie moglam sie doczekac kiedy nauczy sie jezdzic na nartach. potem czekalam kiedy zacznei czytac i jakos nie robilam sobie wiekszych nadziei, bo poczatki byly trudne. czytanie nie interesowalo maliny wcale, wolala zebysmy my jej czytali i do szkoly poszla jako analfabetka. jakos pod koniec drugiej klasy cos jej przeskoczylo w glowie i zrozumiala, ze kto umie czytac ten ma przewage i malina stala sie zapalona czytelniczka. idac z duchem czasu oddalam dziecku moje kindle, bo jakos sie z czytnikiem nie polubilismy. ale i malina sie jakos nie polubila i uzywa go tylko latem jesli czyta na lawce i zaczyna sie sciemniac. a teraz nadeszly te czasy, o ktorych myslalam przeprowdzajac nasz wielki regal i kartony pelne ksiazek. oto malina odkryla ten regal, ktory przeciez towarzyszy jej od urordzin. najpierw odkryla, ze mamy trzech muszkieterow. i zaczela buszowac. w weekend znalazla "bridget jones's diary":

 - o! moge to poczytac?

 - no pewnie! - odpowiedzialam nie namyslajac sie dlugo czy ksiazka, ktora zaczyna sie od zdania: "i will not: drink more than fourteen alkohol units a week." jest odpowiednia lektura dla 14-latki.

przez chwile potrzymalam ksiazke w dloniach. co ona taka pozolkla, przeciez niedawno ja kupilam. niedawno. copyright 1996. o kurcze..

 

 

wtorek, 14 marca 2017
co zdobi dzis czlowieka? nie szata. nie.

 

fryzury sa zawsze znakiem czasu, choc aktualnie w malinowym pokoleniu bardzo wazne sa buty. w czasie ferii zauwazylam, ze to prawda, nastolatki najpierw patrza na... buty! wlasciwa marka moze ci wiele o czlowieku powiedziec. zmartwiona dziele sie tym spostrzezeniem ze znajoma mama, ze moze to takie rozpieszczone dzieci w prywatnej szkole, ale u niej to samo, choc szkola normalna, panstwowa: kult buta:

 

 

pasuje jak ulal.

malina opowiadala ostatnio jakies tam klasowe ploteczki i pyta:

 - a wiesz co zrobic zeby chlopak w klasie wpadl w panike?

- no?

 - zapytac z troska co sie stalo z jego wlosami. natyczmiast biegnie do lazienki!

 

 

 

 

wtorek, 07 marca 2017
o jak ten miesiac zlecial...

 

moje ulubione ferie za nami. codziennie od switu do zmierzchu na nartach, wieczorem sauna i wylegiwanie sie na pachnacym skoszona trawa sienniku, swietna bio-kuchnia, cudowne widoki. intensywne 10 dni z malina. zredukowany do sniegu i nieba swiat, kolejna ksiazka elisabeth strout, zycie z malina bez pospiechu a takze bez komorki. nie do wiary, ale bylysmy chyba jedyne "bezkomorkowe" przy kolacji. nie mam niestety zdjec cudownych bio-potraw pieknie serwowanych co wieczor za to mam zdjecia gor, maliny narciarskiej i gorskich posilkow w chatach: kielbacha, zeberka, kakao z bita smietana, kaiserschmarrn. 

dwa dni w szkole i zaraz malina jedzie na oboz muzyczny jako czlonkini szkolnego big bandu. potem trzy tygodnei szkoly i ferie wielkanocne i zeglowanie we wloszech. na polrocznym swiadectwie pojawila sie niestety pierwsza trojka. co ja jednak moge powiedziec, skoro wciaz powtarzam, ze stopnie nie sa najwazniejsze i malina sama sie zmartwila ze nie wiem. z... biologii. neimiecka trojka nie jest zlym stopniem, ale tez nie jest sliczna jedyneczka, nie ma sie co oszukiwac.

w pracy zawirowania, ktore jak zawsze prowokuja mnie do rozmyslan co by bylo gdyby... a potem i tak kreci sie dalej. z rozpedu.

 

 

 

 

 

środa, 08 lutego 2017
na pocieszenie.

 

leze z grypa i sie mecze. rzucilo mi sie na uszy. nie mam zadnego zapalenia uszu, ale takie zatkane jak czasem w czasie ladowania albo nurkowania. slysze mniej. maz mnei pociesza:

 - ale masz swiety spokoj. i cisze.

 

wtorek, 24 stycznia 2017
salon i jego nieograniczona przestrzen.

 

pamietam jak mi sie na poczatku niemiecki nie podobal. jezyk goethego, dasz sobie rade - mowilam sobie. z czasem nauczylam sie ten logicznie gramatyczny jezyk szanowac a niektore slowa polubilam szczegolnie. ostatnio zatrzymalam sie przy slowie "salonfähig". nie mam zupelnie polskiego odpowiednika, chyba, ze "wrocic na salony", bo internetowe tlumaczenie "reprezentacyjny" zupelnie nie wyraza kontekstu w jakim sie nad tym slowem zastanowilam.

otoz na salony wrocily tematy, ktore w moje mlodosci byly tabu. rasizm, antysemityzm, seksizm, ksenofobia, homofobia przestaly byc wstydliwe. przestaly byc czynnikiem wykluczajacym z gry. a co najgorsze zyskuja entuzjastycznych zwolennikow. skandal stal sie ozdoba, klamstwo stracilo moc, prawda jest glownie wzgledna. kazdy moze miec racje jesli ja tylko ladnie zapakuje. ludzie lykaja proste prawdy, nad ktorymi nie trzeba zbyt dlugo myslec, nikt nie ma czasu ani ochoty na refleksje, reklama i marketing opanowaly polityke.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017
zimowe refleksje.


juz dawno nie bylo takiej cudownej zimy. wystarczy nie sluchac i nie czytac wiadomosci i zaraz swiat staje sie piekny. od kilku dni -15 stopni szroni drzewa krysztalkami jak diamentami. swieci slonce. ostatanio tak pieknie bylo 14 temu - wtedy cieszylismy sie, ze swiat tak wita nasza maciupka corke.

wczoraj wyskoczylysmy na narty. malina - 14 late temu 53 cm dlugosci a dzis numer buta taki sam jak ja! - uprzejmie czeka na mnie na zakretach a na czarnych trasach, kiedy dostaje zadyszki, pociesza:

- nie martw sie, dla mnie tez to nie bylo takie latwe.

na wyciagach podgladamy gorskie kozice i dyskutujemy o przyszlosci.

 - malina, spiewac, malowac, tanczyc kazdy moze. skup sie na tym, ze rozumiesz matematyke.

 - moze masz racje. nigdy tak nie pomyslalam.

tydzien temu bylismy z wizyta u znajomych. jednym z gosci byla 22 letnia chinka studiujaca w monachium fizyke z jakimis inzynierskimi specjalizacjami. sliczna dziewczyna i genialnym manicure (malina ciagle zezowala na jej pieknie zadbane dlonie), z jednymi rozmawiala biegle po angielsku z innymi po niemiecku. na zakonczenie wieczoru zasiadla do pianinia i poleciala ballada chopina, ze nam szczeki opadly. maliny szczeka stuknela glosno o podloge i od tygodnia malina siedzi przy pianinie codziennie prawie godzine a wczoraj po nartach... wyciagnela zeszyt do matematyki, bo za dwa tygodnie maja duzy sprawdzian semestralny. normalnie wzielaby sie za nauke jakies 3 dni przed. tak sie wzruszylam, ze nawet jej za porozrzucane po pokoju ciuchy nie objechalam. moze byc tak, ze za 5 lat maline wywieje na studia i kto bedzie tu ciuchy rozrzucal? o matko ...

poniedziałek, 16 stycznia 2017
takie troche japonskie te ferie byly.

 

tydzien przed swietami musialam spedzic w hamburgu. zaprosilam wiec mame i maline zwolnilam od wtorku ze szkoly. obie przylecialy z roznych stron do hamburga i spotkaly sie na lotnisku. ja pracowalam a one chodzily a to do nowej filharmonii, a to na rozne bozonarodzeniowe jarmarki a na lunch spotykalsmy sie gdzies niedaleko mojej pracy. ostatni wieczor przed wigilia poszlysmy na szalowy musical a do domu polecialysmy na luzie w wigilie w samo poludnie. maz w drodze na lotnisko odebral wczesniej zamowione ryby. popoludniu popijajac prosecco ubralysmy choinke, stroik na werandzie a w koncu siebie a maz do eleganckiego kompletu wskoczyl w garnitur. wieczorem polamalismy sie oplatkiem, zjedlismy pyszna rybe zapieczona w soli, popilismy dobrym winem a w koncu zasiedlismy wokol wyjatkowo szerokiej, pieknej choinki i do polnocy cieszylismy sie prezentami.

w ciagu nastepnych dni bylo odwiedzanie rodziny, znajomych, jedzenie, przysypianie i czytanie ksiazek. w sylwestra malina byla japonskim szefem kuchni - jedlismy sushi i tempura. potem znow narty, ksiazki, jedzenie a w miedzyczasie malinowe 14 urodziny. zamowilismy tort ozdobiony marcepanowm sushi a wieczorem malina w gronie przyjaciolek przyrzadzala sushi w kuchni przystrojonej japonska parasolka i balonami a takze zlotym kotem machajacym lapka.

i nagle ferie sie skonczyly, wrocila codziennosc, jedyne pocieszenie to mnostwo cudownego sniegu. swiat wyglada odwietnie. zamowilam w amazon sprzet, bez ktorego przezylismy z mezem dobre 20 lat: wiklinowa trzepaczke. trzepiac dywany na mrozie -12 stopni zrozumielismy co przez te lata stracilismy! nie dosc, ze dywany jak nowe (welniany, bialy - tak, tak bialy! -  chodnik z przedpokoju to juz w ogole ladniejszy niz jak byl nowy!) to czlowiek wytrzepuje z siebie mnowstwo zlej energii. nawet malina, dziecko 21 wieku, ktora nie mogla sie nadziwic, ze wyrzucamy dywany na snieg, zrozumiala magiczna moc trzepaczki.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 12 grudnia 2016
cierpliwi beda nagrodzeni

 

jestem w biurze. i tak sie nam lekko rozluznila atmorfera po lunchu. przeciagam sie, a jest cos kolo 2 popoludniu:

 - ludzie kochani, wiecie gdzie bedziemy dokladniusienko za dwa tygonie o tej porze? - rozmarzylam sie na chwilke.

wszyscy w stresie, wiec nerwowo spagladaja w kalendarz albo licza na palcach... kolega smieje sie:
 - no gdzie?

 - w loooozkuuu!!!! bedziemy sie wlasnie leniwie zbierac w sobie, zeby sie wygrzebac i w koncu zaparzyc kawe...

kolega kiwa sie na krzesle. od dwoch lat jest po uszy zakochanym tatusiem:

 - z w a r i o w a l a s?!!! o tej porze to ja juz wypilem trzy kawy, zbudowalem kilka zamkow z klockow, umylem podloge nie tylko po sniadnaiu ale tez po obiedzie. a czasem nawet to juz bylem na spacerze!

kiwam glowa ze zrozumieniem:

 - no my juz sie swoje nawstawalismy i zamkow sie w weekendy nabudowalismy... poczekaj, twoj czas tez nadejdzie.

 - o boze jak ja chce ci wierzyc...

sobota, 10 grudnia 2016
sobota jak sobota.

 

sobote bez tatusia spedzilysmy jak prawdziwe kobiety. mialysmy kupic elegancki plaszczyk dla maliny, eleganckie buty dla maliny, prezent dla tatusia, prezent dla babci, czapke dla mnie. kupilysmy buty z fredzelkami dla maliny, ktorych ogolnie znana platfusowata forma nie ma nic wspolnego z elegancja, po biustonoszu dla kazdej z nas, kamizelke z niebieskiego futerka (sztucznego!) dla mnie i koszule nocna w rozyczki i szlafrok jak z puchu tez w rozyczki dla... mnie. nadal nie mamy prezentow. tak sie ciesze ze szlafroka jak chmurki, ze sobie przyszlam tu sobie w nim posiedziec, wypic mlinowa herbatke i sie pochwalic:-) dobranoc.

czwartek, 08 grudnia 2016
big data

 

kiedys w dyskusji w czasie pisuarach u matyldy, poszperalam po internecie, jakie sa dostepne w niemczech. przez tydzien komputer atakowal mnie ofertami pisuarow roznej wielkosci, o roznych formach od tanich po drogie jakby byly ze zlota.

po naszej przedwczorajszej dyskusji o sprzataniu pod wpisem o bigosie wszedzie otwieraja mi sie reklamy szczotek kilblowych. gdzie nie wejde: amazon, facebook, wiadomosci - BAM! klo bürste!!! szybko musze poszukac jakichs ozdob choinkowch czy cos, zeby mi sie sie przjemniej pracowalo.

 

 

zwierze.

 

ja: czasem bardzo mi szkoda, ze nie mamy psa. ale by bylo fajnie.

maz: dopoki nie wyhoduja rasy "sam_sie_wyprowadzam_na siku_pies" nie mamy szansy na psa.

ja: no tak. ja bym nawet kota wziela.

maz: ale masz alergie.

ja: ale zobacz c. kupila kota antyalergicznego.

maz: ktory po trzech miesiacach wpadl pod samochod.

ja: no tak. ale ja nie lubie jakos innych zwierzat.

maz: jak to? kurczak ci wczoraj bardzo smakowal!

 

środa, 07 grudnia 2016
mrok z rana jak smietana.

 

dzis rano nastala ciemnosc. chyba nasz toster sie popsul i postanowil wywalic nam korki w akcie zemsty czy co? zgaslo na dole. na schodach i na gorze nic sie nie stalo, swiatlo i prad w porzadku, poszlam wiec z tym tosterem na schody, bo w misji robienia malinie sniadania zadna awaria mnie nie powstrzyma. chleb sie lekko podgrzal, ale niestety wywalilo reszte korkow. nastala noc, choc bylo rano. maz juz w drodze na spotkanie, malina z latarka przybiegla do piwnicy. poruszylysmy kazdy minihebelek: pokoj, drugi pokoj, korytarz, lazienka... nic. przelecialysmy przez wszystkie hebelki nic. w swietle swiec malina dokonczyla toalety, zjadla letnie tosty i poleciala do autobusu. komorka: 3% mocy, zaraz wysiadzie. eee nie martwie sie zaladuje sobie z laptopa. laptop 5% baterii (czerwona resztka...). a przeciez zawsze wszystko mam zaladowane na 100%. zawsze ale nie dzis! resztka baterii dzwonie do meza. mam mu wyslac zdjecie korkow. resztka baterii robie zdjecie i wysylam whatsappem. wszystko ok. hebelki jak trzeba. maz sie zmartwil, odwolal spotkanie i zawrocil do domu. a ja postanowilam naladowac telefon w samochodzie. aaa nie... garaz sie nie otwiera, bo klapa na silniczek a klucza od bocznych drzwi nie widze nigdzie, no! zaczelo pieknie switac. caly swiat srebrno szary od szronu (-8 stopni!) i nagle... poczulam sie tak zwolniona ze wszystkiego. nie mge wyslac ani jedengo szybkiego malina, zadnej pilnej wiadomosci telefonem i nawet nie moge zrobic sobie kawy. krotki urlop od zycia. rozsiadlam sie w fotelu i patrzylam na rozplywajacy sie na okolice swit. boze jak pieknie...

 

zaraz potem wrocil maz. na 11 umowil juz elektryka i trzymal kciuki zeby tylko cos w przewodach sie nie zerwalo... pobiegl do piwnicy. podciagnal jeden niebieski hebelek - jak to mozliwe, ze go nie widzialam przedtem? ani ja ani malina! - i nastala jasnosc. ani odwolane spotkanie meza, ani moje niewyslane skoro swit maile nie poskutkowaly koncem swiata. maz zaparzyl kawy i tak sobie siedzielismy jak cywilizowani ludzie. motywacja na caly dzien!

 

poniedziałek, 05 grudnia 2016
bigos.

 

robie bigos. zamiast masla olej kokosowy, zamiast suszonych prawdziwkow, brazowe pieczarki. dla koloru podrzucilam kilka suszonych sliwek. zobaczymy co z tego wyjdzie. nawet jakby mialo nie smakowac to przynajmniej pachnie jak w pradziwie polskiej chalupie: kapucha!

 

 

czwartek, 01 grudnia 2016
jak to z ta lornetka bylo.

 

jak bylam mala to w trakcie buszowania w regale mamy znalazlam teatralna lornetke. piekna w skorkowym etui. z kosci sloniowej (a moze to byl taki piekny plastik?) i zlota (no w kolorze zlota!). niestety lornetka byla cenna i nie wolno bylo mi sie nia bawic. za to wolno mi ja bylo zabierac do teatru. szczegolnie dobrze przydawala sie w teatrze wielkim, bo jak sama nazwa wskazuje, jest to teatr wielki i jak sie nie siedzi w pierwszym rzedzie to nic nie widac. podgladalam wiec spiewakow i tancerki jak sobie na scenie puszczali prywatnie oczka i ja to widzialam a inni pewnie nie. nosilam te sliczna lorneteczke dumna jak paw w torebce na ramie. jak dorosla jakas! ta rola uprzywilejowanej obserwatorki bardzo mi sie spodobala i do dzis kocham lornetki.

kilka lat temu tesc podarowal mi super lornetke, ktora dostal kiedys jako prezent reklamowkowy z wyzszej polki. lornetka jest nieduza, ale powieksza jak prawdziwa luneta. brzydka jest, w kolorze wojskowo-zielonym, ale za to zgrabna, poreczna i moge miec ja prawie zawsze przy sobie. latem leze sobie na tarasie i podgladam ksiezyc. na wakacjach leze sobie na plazy i podgladam wielkie zaglowce, statki, samoloty.

zupelnie nowa era w moim swiecie lornetek zaczela sie odkad malina zegluje. na brzegu siedza podekscytowani rodzice a kazdy z lornetka. poczulam, ze nie jestem sama. wyciagam zawsze moje cudo i zaraz popadam w kompleksy. mam najmniejsza lornetke ze wszystkich a przeciez jestem lornetkowa maniaczka? sytuacje poprawia fakt, ze te lornetki - mialam okazje wiele z nich sprawdzic - wielkie takie i ciezkie a wcale nie ma wielkiej roznicy w powiekszaniu. moj wewnetrzny spokoj zostal zaklocony dopiero w czasie tych kilku dni nad gardasee. ja moja cudowna lorneteczke umylam tak dokladnie, ze niestety na prawe "oko" zaczela mglic. i na nic wszelkie suszenie, dmuchanie, regulowanie. siedze na lawce i marudze. tatus malinowej kolezanki wyciaga z plecaka swoje magiczne oko i pozwala mi poszukac maliny wsrod maciupkch bialych punkcikow na wodzie. BAM! nic nie musze regulowac (cuda, panie, cuda!) a maline idze jakby stala obok. czarna nitke na jej zoltej czapce widze. o matko salatko. to jakas wojskowa lorneta jest i mozna dzieki niej sasiadowi wypatrzec paproszek, ktory mu wpadl do oka. zupelnie niesamowite.

 

i tak pokrotce wyglada moje zycie lornetkowe i podchoinkowe marzenie.

 

(chociaz - nie oszukujmy sie - od wczoraj wiem tez, ze sa jeszcze bilety na adele w londynie. jedyny problem to plotki, ze adele jest w ciazy. to jak ona bedzie spiewala 30 czewrca?)

 

środa, 30 listopada 2016
nie zawsze jest malinowo.

 

pani od pianina zegnajac sie zapytala:

 - ile ty masz lat?

 - prawie 14.

 - no widzisz, ja zapomnialam, ze masz 14, ciagle mi sie wydaje, ze masz 16. - i do mnie - pani corka jest taka intelektualnie bardzo dojrzala. to czuje sie nawet przy instrumencie. no i taka pracowita! a malina tak ma, ze jak slyszy, ze jest pracowita to rzeczywiscie jest. komplementy sa dla nie niej najlepsza motywacja. nie wiem czy pani to wyczula, czy tez rzypadkowo kroczy dobra droga. jak by nie bylo, jest swietnie.

tak sobie zyjemy na chmurce numer 7. wczoraj jedyna jedyneczka z pierwszego duzego testu z francuskiego, "filozoficzne" rozwazania przy kolacji.

wiec tak sobie spokojnie wstaje dzis rano ze swiadomoscia, ze mam taka swietna corke. robie kawe. robie kanapki do szkoly. zaparzam herbate karmelkowa. zycie jest dzis od rana dobre. az tu nagle moja dojrzala intelektualnie corka zaklada do szkoly t-shirt spod ktorego wystaja gole plecy, w rozpietej kurtce wybiera sie do szkoly. gruby szal ma tak sprytnie okrecony, ze cala szyja gola. i tak moj rozowo-lylowy swiat legnie w gruzach. afera o czapke. malina ma wprawdzie kilka czapek w roznych kolorach ale nie wiadomo gdzie. wszystkie naraz zginely. zaraz odjedzie jej autobus a my dyskutujemy czy -8 stopni to jest zimno czy cieplo.

 

wtorek, 29 listopada 2016
malina przy fortepianie.

 

jak sie tu przeprowadzilismy, malina poszla na lekcje pianina do domu, ktory widzialam z kuchennego okna. bardzo mi sie to podobalo, bo mogla chodzic sama. czasem jezdzila hulajnoga. niestety piekny fortepian w stylowym wnetrzu, czarujaca starsza pani zawsze w romatycznym koku i na szpilkach, nauczycielka z klasa - to mobilizowalo maline tylko na poczatku. rozstaly sie z nauczycielka w przyjazni, bo... obie ziewaly na wyscigi w czasie lekcji i wzajemnie sie demotywowaly.

malina znalazla sobie pania w szkole. drogo, ale pomyslalam, ze jak malina pojdzie miedzy lekcjami a studium to przynajmniej nie bedzie ziewala jak wieczorem, ale okazalo sie, ze pani jest gadula i z 30 minut malina grala efektywnie jakies 10 minut. zrezygnowalysmy i myslalam, ze malinowa przygoda instrumentalna dobiegla konca.

od wrzesnia przychodzi do nas wieczorem do domu pani chinka. i jest moc. zeby bylo glosniej otwieraja klape i lomoca we dwie w ten instrument, ze dach podskakuje. smieja sie glosno. pani klaszcze zeby malina trzymala rytm. malina przed przyjsciem pani "rozgrzewa sie" jakies pol godziny a po wyjsciu jeszcze powtarza co nowe. to zupelnie nowa era w jej muzycznej edukacji. nadal chodzi jej glownie o to zeby grac najszybciej jak mozna, ale przestalam z tym walczyc. moze to jest jakas forma odreagowania? malinowy charakater jest pelen elektrycznej energii a im starsza tym wiecej siedzenia. a siedzenia jest w sprzecznosci z jej temperamentem.

tak mnie natchnelo do tego wpisu, bo wlasnie trwa lekcja...

pod choinke.

 

 

 

 

maz sie ciagle pyta jakie mam marzenia "podchoinkowe". chce tylko lornetke. a wy?

 

listopadowe slonce.

 

sama nie wiem czy sie cieszyc ta cudna pogoda. jak jest szaro i zapalam swiece juz do sniadania (malina je o 6:30 jak jest jeszcze ciemno) to robi sie zaraz przytulnie i milo. jak kolo 9:30 wylazi slonce i swieci jak na przyklad teraz (niebo nieskazitelnie blekitne) to zaraz widac jakie mam brudne okna i to mnie stresuje.

jak za oknem szaro to okna wygladaja jak krysztalowe...

 

poniedziałek, 28 listopada 2016
malinowy poczatek adwentu.

 

 

 

 

w piatek wieczorem skrecilysmy dwa wience adwentowe. wszystko na zielono, jak zadecydowala nasza glowna stylistka malina. nawet swiece zielone. w sobote malina obdzwonila wszystkie kolezanki, zeby miec partnerke do pieczenia ciasteczek. nikt nie mial czasu, wszyscy ucza sie do wielkiego testu z fizyki. o! test z fizyki?

 - to ty tez siadaj i sie ucz?

 - ale ja juz wszystko umiem.

niestety ja nie jestem matka ufajaca. kazalam mezowi siadac i fizyke z malina przerobic jak wszyscy inni klasowi tatusiowie. malina pokrecila glowa, oczy do sufitu kilka razy wzniosla, gleboko westchnela i wyciganela materialy co im pan dal do przerobienia. po godzinie maz wstal i wzruszyl ramionami:

 - juz nie wiem co jeszcze mamy tu przerabiac. ona wszystko wie.nie wiem skad, ale wie.

na przeprosiny dalam dziecku obejrzec "pets" https://www.youtube.com/watch?v=JGwtWPVCyTg. o matko salatko jaki cudny film. ja sobie dziergalam na drutach, malina z tatusiem sie cieszyli. potem ja dalej dziergalam a malina solo piekla ciasteczka i nawet kuchnie posprzatala. wczoraj poszlismy na nasz wiejski weihnachtsmarkt tuz za rogiem, ale jakos bylo dziadowsko w tym roku i szybko wrocilismy do domu. na kolacje zrobilismy "kaczke udawana" z czerwona kapusta i kasztanami i ten weekend tak moglby sobie dalej trwac, ale niestety nagle BAM! poniedzialek wali czlowiekowi wiadro zimnej wody prosto w twarz. i tyle.

 

piątek, 25 listopada 2016
piekna ona, brzydki on.

 

jak wyszlam za maz bylismy mlodzi i (tak nam sie wtedy wydawalo!) piekni. moim zdaniem teraz jestesmy optycznie ladniejsi. biedni bylismy oboje jak myszy koscielne, ale po latach biegania w kolku jak chomiki dorobilismy sie troche i jezdzimy na wakacje zagra-ma-nice (pamietacie, ze tak sie kiedys mowilo?)

dlatego nigdy nikt nam nie mogl nic zarzucic, wyraznie chodzilo o milosc i tak po prawie 25 latach nam zostalo.

wielu ludziom trafia sie jednak inaczej. tak mnie naszlo dzis, jak przeczytalam na plotkarkim portalu komentarze o nowym zielonym, przepieknym plaszczu pewnej celebrytki, ktora niedawno wyszla za maz za milionera, ktorego znakiem rozpoznawczym sa dlugie wlosy i figura wyrosnietego bobasa. lubie czytac o polskich celebrytach, bo niektorych (niewielu, ale jednak) znam prywatnie i moge sobie porownac stan faktyczny z medialnym wizerunkiem. niestety rzeczonej pary roku nie znam zupelnie i prywatnie. nie wiem czy chodzi o wielka milosc, czy o wielkie pieniadze. nie moge sie jednak nadziwic, ze wszyscy, no wszyscy sa pewni, ze chodzi tylko o pieniadze, bo facet sie nikomu nie podoba.

swiat kreci sie do przodu a ludzie wciaz uwazaja, ze piekni ludzie musza kochac pieknych ludzi. pieknych ludzi podziwiaja, ale tez nimi jakos gardza. wsrod naszych znajomych jest (bylo) malzenstwo takie wlasnie "nie_pasujace_do_siebie_zupelnie: on straszy, grubawy, lysiejacy, oczy zabiaste, naprawde brzydki i ona mlodsza, wiotka, blond wlosy, rozbrajajacy usmiech, lsniace perlowe zeby. urodzily sie dwie dziewczynki, ktore moga codziennie reklamowac jacadi - uroda po mamie. nie wszystko jest jednak bajka i on umarl. po krotkiej zalobie, kiedy nikt nie pozwalal sobie na glupie komentarze, co i raz ktos cos napomknal, ze sliczna wdowa szybko znajdzie nowego meza, bo i teraz forse ma i mlodosc i urde a w poprzednim malzenstwie kazdy wie o co chodzilo, prawda? nie, no wlasnie nieprawda. mloda wdowa przeprowadzila sie z wielkiego domu, do mieszkania, zeby nie musiec nadal zatrudniac pani do sprzatania i zeby miec ludzi wokol, poszla do pracy i przestala robic makijaz, stroic sie jak kiedys a na grobie meza ciagle swieze kwiaty i wianki, choc mija drugi rok... i

tak mam ochote czasem wykrzyczec ludziom w twarz: co wy wiecie o milosci? no co?

 

 

czwartek, 24 listopada 2016
malinowe poranki

 

tatus w chinach a ja chora. malina od poniedzialku sama wstaje, robi sobie sniadanie, slucha radia, pije herbate chai i idzie do szkoly. dzis jakos mi lepiej, wiec wstaje tez o 6:15. malina na moj widok:

 - mamusiu, ale ty wracaj do lozka. spij dalej!

 - ale ja sie martwie, ze ty tu taka sama. no i ze sie spoznisz na autobus...

 - a ja sie nie martwie.

 - no tak...

 - juz wole jak wrocisz do lozka, bo jak jestes to sie martwie, ze ty sie martwisz, ze sie spoznie. a jak jestem sama, to sie nie martwie, ze sie spoznie, bo jeszcze nigdy sie nie spoznilam.

 

poszlam wiec spac, zeby nie stresowac dziecka. zasnelam natychmiast jak susel.

 

 

 

 

gadanie z malina

 

pisze z malina na whatsapp.

 - trudny byl test z geografii?

 - nie pisalismy testu jednak:-)

 - super!

 - tak! a z wiersza mam 1 :-)

 - sama sie zglosilas? czy cie wywolal?

 - sama:-)

 - super! i problem masz z glowy!!!

 - tak! ale to nie byl problem.:-)

 

malina ma to po tatusiu. nie lubi slow takich jak: problem, stres, katastrofa.

 

malinowy charakter.

 

malina ma taka ceche - zupelnie nie wiem jak to nazwac - ze podchodzi do zycia w sposob lekki. dwa tygodnie temu wystepowala na wieczorze muzycznym. zagrala fajnie, w jednym miejscu sie posypala, ale zupelnie nie zrobilo to na niej wrazenia ani w trakcie gry ani potem. jest wielu uczniow, ktorzy graja swietnie, maja talent, ale przeciez ona nie bedzie sie nimi martwila i nie przestanie grac, bo inni graja lepiej.oni maja talent, ona ma przyjemnosc.

w jej calodziennej szkole popoludniu uczniowie maja czas "studium", najpierw w silentium, potem moga sie przepytywac, wzajemnie pomagac itp. w tym czasie opieke nad uczniami sprawuje prefekt. w tym roku klasa dostala nowego prefekta i strasznie sie ze soba mecza i nie lubia. rodzice zwolali spotkanie co by tu zrobic? jak na niego wplynac, moze jakos zalatwic z dyrektorem zeby go wywalil? szkola jest prywatna, to chyba kurcze mozna jakos to zalatwic? rodzice postanowili zebrac argumenty do rozmowy z prefektem a potem z dyrektorem szkoly.

robie wywiad w domu. malina wzrusza ramionami: ja go nie lubie i juz. no ale jakiesz szczegoly, dlaczego i co i jak?

 - mamusiu, ja sie nad nim nie zastanawiam, raz na mnie nakrzyczal, bo skakalam po krzesle, ale pewnie inny nauczyciel tez by nakrzyczal.

na spotkanie poszlam wiec bez argumentow. malina uwielbia szkole i jedyne co jest tam okropne to jedzenie. rodzice narzekali na fizyka, na germaniste, na lacinnika oraz na pania od matematyki. mimo popoludniowego studium, dzieci siedza cale wieczory i zakuwaja so poznych godzin.

 - a u was? co wy nic nie mowicie? - zwraca sie do nas przewodniczacy rady rodzicow. moj maz glodny, wiec nic nie mowi, ja stekam wiec:

 - no hmmm malina wraca ze szkoly glodna, bo nigdy jej nic nie smakuje.

 - a pani od sportu? malina nie narzeka? przeciez dziewczynki sa tak wykonczone, wymiotuja, trzeba je w srode po sporcie zabrac do domu.

 - tak?  - co tu powiedziec? denerwuje sie, bo malina ostatnio pokazywala mi talie, ze schudla dzieki nowej pani od sportu i ze czuje ze ma lepsza kondycje - no jak wymiotuja to niedobrze... hmmm  ... no malina nie wymiotuje.

malina jest rzecia w klasie jesli chodzi o srednia. dwie pierwsze dziewczynki maja pokoj wytapetowany slowkami z laciny, ojcow, ktorzy studiuja z nimi fizyke i matematyke, mamy z ktorymi cwicza francuski i angielski - cale wieczory i weekendy. malina ma dwa wieczory wyjete z zycia: pianino i tance a reszte wieczorow spedza czytajac glupie gazetki dla nastolatkow no i codziennie jemy razem kolacje. w soboty polska szkolka. no to co ja mam powiedziec, zeby ludzie nie mysleli, ze opowiadam im bajki?

ale ten wpis jest glownie o tym, ze malina odhacza zadania szybko i skutecznie nie wglebiajac sie w ich glebszy sens. ma zagrac na pianinie - gra. nie mysli czy zostanie swiatowa pianistka. ma rozwiazac matematyczne zadanie - rozwiazuje. nie zstanawia sie czy to jej sie przyda w zyciu czy nie. ma nauczyc sie wiersza - siada, czyta 5 razy, umie. nie denerwuje sie, ze wiersz nie ma rymow, jest trudny, ze zdenerwowane mamy wystosowaly list do germanisty, ze taki wiersz to bez sensu. malina jest bardzo zadowolonym z zycia czlowiekiem i nie traci czasu na rozmyslanie o niepowodzeniach i smutkach i coraz lepiej pojmuje swiat. jestem pelna podziwu. ja cale zycie jak spiewalam piosenke, to sie martwilam, ze nie robie czegos powaznego. jak pisalam dyplom to sie martwilam, ze nie robie czego co mnie pasjonuje, tylko zajmuje sie nikomu niepotrzebnymi nudami. czego bym nie robila to zawsze serce gdzie indziej, glowa gdzie indziej. ciesze sie, ze malina ma inaczej.

 

 

 

 

 

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum