wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 21 kwietnia 2017
popoludniowa przyjemnosc w home office.

 

w koncu przestal padac snieg i przed chwila wyszlo slonce i wsyzstko ztopilo. szybko nazrywalam sobie kwiatkow w ogrodzie, ktorym nocny mroz i kilkudniowa sniegowa kolderka nic nie zaszkodzily: szafirki, stokrotki, czeremcha i takie blado-lylowe cos. o rety jak pachnie!!!

 

"przykład nie jest główną metodą wpływania na innych. jest jedyną." albert schweitzer.

 

corki alkoholikow zenia sie z alkoholikami, podobno corki damskich bokserow tez. nie wierze, ze tak jest zawsze, ale pewie czesto rzeczywiscie tak jest.

tak sie nad tym zastanawialam obserwujac jak malina zapatrzyla sie w najfajniejszego chlopaka na zaglach. takiego fajnego, ze az pozalowalam, ze sa tacy mlodzi:-) w malinowej szkole zebralo sie troche miedzynarodowej arystokracji, nawet jeden ksiaze ma na imie kazimierz a inny baron ma tyle nazwisk i roznych "von", ze jak przysylaja kartke na boze narodzenie to nazwisko zajmuje tyle miejsca co same zyczenia! czasem zartuje sobie, zeby malina znalazla jakiegos porzadnego arystokrate, to bedziemy ja odwiedzac w palacu. moj maz nie lubi takich zartow i zwykle na powaznie komentuje w stylu: "nie porzadnego arystokrate, ale porzadnego czlowieka". latwo sie mowi, ale jak wplynac na nastolatke a nie podejmowac za nia decyzji? mysle, ze jedyne co nam, rodzicom pozostaje to dawac dobry przyklad i ufac. ufac, ze dziewczyna wychowana na silnego czlowieka bedzie wiedziala, ze facet, ktory krzyczy, zniewaza albo bije pod wplywem alkoholu to jest TEN SAM facet, ktory potem sie lasi, przeprasza i kupuje czekoladki i ze od takiego faceta trzeba uciekac. ufac, ze ktos taki bedzie odstreczal zamiast imponowac, ze znaki o agresji beda odbierane wlasciwie bez falszywej interpretacji i ze ktos taki nie moze sie podobac.

do tego wpisu sprowokowaly mnie komentarze, ktore widzialam pod artykulem o polityku, ktory kilka lat znecal sie psychicznie i fizycznie nad zona. wiele komentarzy jednoznacznei potepia postepowanie meza, ale sa tez takie: "wszyscy sie przeciez kloca od czasu do czasu" albo "moze ona byla rzeczywiscie leniwa?".

malina ma 14 lat i jedyna meska "agresja" ktora zna, to tatusiowe zniecierpliwienie kiedy na przyklad cos tam liczymy i malina dodajac 23 do 50 szybko sumuje: 85. wtedy tatus robi zdziwiona mine: " ma-li-na!" i malina szybko liczy od nowa. mysle, ze wlasnie dlatego chlopaki w typie "taki troche czarujacy skurwiel" w ogole jej nie ineresuja i mam nadzieje, ze tak zostanie. tak nam dopomoz bog. amen.

 

 

 

wtorek, 18 kwietnia 2017
malinowa wielkanoc 2017

 

przed swietami spedzilysmy tydzien nad jeziorem garda. malina kilka razy dziennie ladowala w lodowatej po zimie wodzie, ale sucha pianka to nie dla niej. bawila sie wspaniale, codzienniie od 8:30 do 17 na wodzie. a ja zachwycalam sie miejscem, wiatrem, niebem. wieczorami chodzilysmy na swietna pizze i lody. na 7 dni zapomnialam o diecie bezglutenowej. niezmiennie wzruszaja mnie ci ludzie, juz nie dzieci a jeszcze nie dorosli, ktorzy co rano wciskaja sie w pianki, przygotowuja lodki (linki, rolki, szekle, zagle), spychaja je do wody (lo-do-wa-tej wody!) zanurzeni po pas, pomagaja sobie bez slow jak zgrana grupa tancerzy: ktos przytrzymuje lodke, ktos co podwiazuje, ktos wyprowadza wozek, ktos robi miejsce, ktos pomaga przy sterze, ktory o cos wlasnie zawadzil. po czym wyplywaja i przez caly dzien mocuja sie z woda i wiatrem. przed kolacja biegna jeszcze runde dookola starowki i z mokrymi spod prysznica wlosami przegladaja film z calego dnia a trener objasnia bledy, tlumaczy co mozna bylo zrobic lepiej. ten tydzien naladowal mnie dobra energia i chyba troche "ukradlam" tej energii malinie i jej kompanom. malinie skradl serce pewien kolega i to tez jakos mnie pozytywnie nastawilo do swiata, bo co malina sie zapatrzy w jakiego chlopaka, to jest to modelowy egzeplarz. ten tu taki wesoly, dowcipny, szczery, otwarty, pomocny z jakim takim czarem jaki mnie kiedys ujal u meza. swietny zeglarz, trener zwracal sie do niego per "mistrzu", z bardzo mila mama, z ktora ma widoczny serdeczny kontakt, na koniec pomagal nam zaladowac nasza lodke na przyczepe (meza nie bylo. jak mu sciskalam dlon w podziece a on grzecznie sie usmiechal, ale oczyma szukal za moimi plecami maliny, to normalnie sama sie zakochalam. nic mnie tak nie ujmuje jak zachwyt malina:-)

ten tydzien zaowocowal nowymi znajomosciami - glownie z ludzmi z naszego klubu, nie wiedzialam, ze sa tacy mili.

niemal prosto znad jeziora znalezlismy sie w warszawie, juz w trojke i 4 dni odzywialismy sie wszelkim wielkanocnym dobrem. malina jak zawsze mieszkala u babci i zostanie tam do konca ferii, my mieszkalismy w hotelu i juz jestesmy w domu. a w domu pada snieg i kwitnie bez i wiosna. dzis bylam u pani ortopedy. czekalam na te wizyte kilka tygodni. myslalam, ze mam jakies zwyrodnienia albo cos gorszego, ale pani powiedziala tylko, ze jestem strasznie spieta i ze te bole i zawroty glowy to raczej z duszy niz z ciala. siedza we mnie strachy z ostatnich dwoch lat chyba. bede sie wiec teraz rozluzniala wspomagana masazami i potanowilam regularnie spacerowac. a lada moment lato, wiec bede znow machala wioselkiem. 

czwartek, 06 kwietnia 2017
jaka jest prawda.

 

malina ma taka kolezanke w szkole, ktora podziwia, bo kolezanka jest szkolna gwiazda akrobatyki. na wszystkich szkolnych pokazach wisi gdzies pod sufitem na elastycznym szalu i wywija koziolki, ze dech zapiera a ja zawsze podziwiam jej mame, ze moze to spokojnie ogladac, ja nie moge.

wczoraj malinowa kolezanka pewnie zaspala, moze za dlugo jadla sniadanie? moze zagadala sie z mama a moze zapomniala jakiegos zeszytu i jeszcze zawrocila do domu? nie wiem. w kazdym razie spoznila sie na autobus do szkoly. autobus zamykal juz drzwi, zebrala wszystkie sily i popedzila prosto pod samochod ciezarowy, betoniarke. jak ja dobrze znam ten zakret. ograniczenie predkosci do 30 km na godzine, bo szkolny autobus, bo przejazd przez tory s bahnu, ale kto tam rzeczywiscie jezdzi 30? sama jezdze najczesciej szybciej. kierowca betoniarki jechal 30 i to uratowalo kolezance zycie, ale nie uratowalo nogi, na ktora wjechalo kolo. wcale nie plakala, byla w szoku i bala sie patrzec na noge. z autobusu wybiegly kolezanki. pytala je tylko:

 - wszystko ok? wszystko dobrze?

a one staly bez slowa, bo jeszcze nigdy nie widzialy ludzkich kosci.

czytam dzis notatke o tym wypadku w gazecie internetowej a pod nia... komentarze, ze gowniara, ze nikt jej nie nauczyl patrzec w lewo i w prawo, ze ma nauczke. czytam to i mysle, ze internet wyzwolil w ludziach najgorsze instynkty. czy taka jest prawda o nas - ludziach?

 

 

 

wtorek, 04 kwietnia 2017
2 stopnie i wiatr...

 

3.4 - 23 lata temu.

 

 

wczoraj zrobilismy fajna kolacje i na deser ogladalismy zdjecia.

malina zna tylko jedno zdjecie, ktore stoi na regale z ksiazkami. byla zachwycona.

 

 

 

piątek, 31 marca 2017
malina mlodziezowa.

 

z lylowo-malinowego pokoiku, zrobil sie stylowy czarno-bialy, mlodziezowy pokoj. malina szaleje ze szczescia. musze jednak przyznac - choc sama uznaje glownie biale meble - ze pieknie wyszlo. jeszcze nie wszytko skonczone. drzwi do szafy stoja wciaz obok szafy a lozko nieposlane, bo sie najpierw wietrzy, ale juz widac, ze jest fajnie. malina wieksza, meble wieksze i juz nie bedzie mogla jezdzic po pokoju na hulajnodze, ale cos za cos, prawda?

 

wtorek, 28 marca 2017
wiosna.

 

jak co roku na wiosne moje kontakty socjalno-sasiedzkie osiagnely wyrazny szczyt na wykresie intensywnosci w skali roku: od piatku do niedzieli strzyglam nasz plot. kto przechodzil, ten mial cos do powiedzenia, jakies pytanie, jakas dobra rade:

 - aaaa!!! wiosenne porzadki!

 - taki bukowy zywoplot to jest praktyczny, zeby nie wiem jak sie rozrosl mozna sciac radykalnie jak sie chce i wszystko odrosnie.

 - czemu wy nie zamienicie tych bukow na tuje albo eibe? wtedy mniej pracy, bo powoli rosnie...

 - bukowe ploty to sa jednak najladniejsze! jak u nas tez. buk moze osiagnac wiek 300 lat!

 - nie moza tak radykalnie scinac, bo bedziecie miec lyso cale lato. nie odrosnie do nastepnego roku!

 - o! jak to kobieta sama potrafi!

 - no nareszcie, bo juz tu nie moznabylo przejechac tak sie ten wasz plot rozrosl!

 - szkoda troche tak scinac wszystko, bylo u was jak w lesie...

 - ile to pracy, co? postawilby czlowiek murek i bylby spokoj.

 - ...

 - ...

 

w tym roku postanowilam zrobic w ogrodzie tylko to co konieczne. nie mam weny, mam ochote siedziec na lawce i czytac ksiazke.

 

 

 

piątek, 24 marca 2017
idzie nowe.

 

mieszkaja dwie ulice dalej. duzy dom, piekny ogrod, dzieci w dobrych szkolach - wszystko takie dopiete na ostatni guziczek. nie jak u nas: niedokonczone schody czy mech w trawniku. w naszej wiosce mieszkaja tez ich rodzice. no wszystko takie ustabilizowane, ulozone i bardzo fajne. syn, rok starszy od maliny, zdobywa miedzynarodowe nagrody zeglarskie, ma waznych sponsorow, interesuje go glownie woda i zagiel, ale jakos daje sobie rade w szkole.

i nagle ni z gruszki ni z pietruszki napisali wlasnie mail, ze lada moment... sie przeprowadzaja nad morze, na drugi koniec kraju. syn idzie do szkoly sportowej, corka do nowej szkoly, tata znalazl nowa super prace a mama nadal bedzie zajmowala sie domem i ogrodem.

i tak mnie to jakos... podbudowalo, zmotywowalo i wprawilo w swietny humor. przeslalam ten mail mezowi. zaraz potem slysze jak biegnie po schodach:

 - baaaaaahhhhh! echt cool!!!! - wola rozesmiany maz.

tak. tyle razy stawialismy wszystko na glowie. taka mysl: przewrocic wszystko do gory nogami jest dla nas jak swiezy wiatr.

na razie tylko male zmiany. jutro malujemy malinowy pokoj. w poniedzialek przyjedza nowe lozko (czarne!) a za tydzien nowa wielka szafa (czarna!). koniec z lylowymi scianami, blekintnym dywanem, bialymi mebelkami i wiejska szafa. nowa era.

 

czwartek, 23 marca 2017
lunch.

 

dzis moj maz tez mial home office. w poludnie polecial nad jezioro i przyniosl swiezo uwedzone jeszcze troche cieple saibling (takie szlachetniejsze pstragi czy malutkie lososie?). zjedlismy je na tarasie, w sloncu, w okularach. na deser kawa. i do pracy. oboje mamy akurat duzo pracy i duzo stresu. taka godzina wyrwana, wyszarpana, wygryziona ze zwariownego dnia jest niezbedna do zycia. do przezycia.

 

czwartek, 16 marca 2017
malina czytelnik.

 

jak malina byla mala, nie moglam sie doczekac kiedy nauczy sie jezdzic na nartach. potem czekalam kiedy zacznei czytac i jakos nie robilam sobie wiekszych nadziei, bo poczatki byly trudne. czytanie nie interesowalo maliny wcale, wolala zebysmy my jej czytali i do szkoly poszla jako analfabetka. jakos pod koniec drugiej klasy cos jej przeskoczylo w glowie i zrozumiala, ze kto umie czytac ten ma przewage i malina stala sie zapalona czytelniczka. idac z duchem czasu oddalam dziecku moje kindle, bo jakos sie z czytnikiem nie polubilismy. ale i malina sie jakos nie polubila i uzywa go tylko latem jesli czyta na lawce i zaczyna sie sciemniac. a teraz nadeszly te czasy, o ktorych myslalam przeprowdzajac nasz wielki regal i kartony pelne ksiazek. oto malina odkryla ten regal, ktory przeciez towarzyszy jej od urordzin. najpierw odkryla, ze mamy trzech muszkieterow. i zaczela buszowac. w weekend znalazla "bridget jones's diary":

 - o! moge to poczytac?

 - no pewnie! - odpowiedzialam nie namyslajac sie dlugo czy ksiazka, ktora zaczyna sie od zdania: "i will not: drink more than fourteen alkohol units a week." jest odpowiednia lektura dla 14-latki.

przez chwile potrzymalam ksiazke w dloniach. co ona taka pozolkla, przeciez niedawno ja kupilam. niedawno. copyright 1996. o kurcze..

 

 

wtorek, 14 marca 2017
co zdobi dzis czlowieka? nie szata. nie.

 

fryzury sa zawsze znakiem czasu, choc aktualnie w malinowym pokoleniu bardzo wazne sa buty. w czasie ferii zauwazylam, ze to prawda, nastolatki najpierw patrza na... buty! wlasciwa marka moze ci wiele o czlowieku powiedziec. zmartwiona dziele sie tym spostrzezeniem ze znajoma mama, ze moze to takie rozpieszczone dzieci w prywatnej szkole, ale u niej to samo, choc szkola normalna, panstwowa: kult buta:

 

 

pasuje jak ulal.

malina opowiadala ostatnio jakies tam klasowe ploteczki i pyta:

 - a wiesz co zrobic zeby chlopak w klasie wpadl w panike?

- no?

 - zapytac z troska co sie stalo z jego wlosami. natyczmiast biegnie do lazienki!

 

 

 

 

wtorek, 07 marca 2017
o jak ten miesiac zlecial...

 

moje ulubione ferie za nami. codziennie od switu do zmierzchu na nartach, wieczorem sauna i wylegiwanie sie na pachnacym skoszona trawa sienniku, swietna bio-kuchnia, cudowne widoki. intensywne 10 dni z malina. zredukowany do sniegu i nieba swiat, kolejna ksiazka elisabeth strout, zycie z malina bez pospiechu a takze bez komorki. nie do wiary, ale bylysmy chyba jedyne "bezkomorkowe" przy kolacji. nie mam niestety zdjec cudownych bio-potraw pieknie serwowanych co wieczor za to mam zdjecia gor, maliny narciarskiej i gorskich posilkow w chatach: kielbacha, zeberka, kakao z bita smietana, kaiserschmarrn. 

dwa dni w szkole i zaraz malina jedzie na oboz muzyczny jako czlonkini szkolnego big bandu. potem trzy tygodnei szkoly i ferie wielkanocne i zeglowanie we wloszech. na polrocznym swiadectwie pojawila sie niestety pierwsza trojka. co ja jednak moge powiedziec, skoro wciaz powtarzam, ze stopnie nie sa najwazniejsze i malina sama sie zmartwila ze nie wiem. z... biologii. neimiecka trojka nie jest zlym stopniem, ale tez nie jest sliczna jedyneczka, nie ma sie co oszukiwac.

w pracy zawirowania, ktore jak zawsze prowokuja mnie do rozmyslan co by bylo gdyby... a potem i tak kreci sie dalej. z rozpedu.

 

 

 

 

 

środa, 08 lutego 2017
na pocieszenie.

 

leze z grypa i sie mecze. rzucilo mi sie na uszy. nie mam zadnego zapalenia uszu, ale takie zatkane jak czasem w czasie ladowania albo nurkowania. slysze mniej. maz mnei pociesza:

 - ale masz swiety spokoj. i cisze.

 

wtorek, 24 stycznia 2017
salon i jego nieograniczona przestrzen.

 

pamietam jak mi sie na poczatku niemiecki nie podobal. jezyk goethego, dasz sobie rade - mowilam sobie. z czasem nauczylam sie ten logicznie gramatyczny jezyk szanowac a niektore slowa polubilam szczegolnie. ostatnio zatrzymalam sie przy slowie "salonfähig". nie mam zupelnie polskiego odpowiednika, chyba, ze "wrocic na salony", bo internetowe tlumaczenie "reprezentacyjny" zupelnie nie wyraza kontekstu w jakim sie nad tym slowem zastanowilam.

otoz na salony wrocily tematy, ktore w moje mlodosci byly tabu. rasizm, antysemityzm, seksizm, ksenofobia, homofobia przestaly byc wstydliwe. przestaly byc czynnikiem wykluczajacym z gry. a co najgorsze zyskuja entuzjastycznych zwolennikow. skandal stal sie ozdoba, klamstwo stracilo moc, prawda jest glownie wzgledna. kazdy moze miec racje jesli ja tylko ladnie zapakuje. ludzie lykaja proste prawdy, nad ktorymi nie trzeba zbyt dlugo myslec, nikt nie ma czasu ani ochoty na refleksje, reklama i marketing opanowaly polityke.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017
zimowe refleksje.


juz dawno nie bylo takiej cudownej zimy. wystarczy nie sluchac i nie czytac wiadomosci i zaraz swiat staje sie piekny. od kilku dni -15 stopni szroni drzewa krysztalkami jak diamentami. swieci slonce. ostatanio tak pieknie bylo 14 temu - wtedy cieszylismy sie, ze swiat tak wita nasza maciupka corke.

wczoraj wyskoczylysmy na narty. malina - 14 late temu 53 cm dlugosci a dzis numer buta taki sam jak ja! - uprzejmie czeka na mnie na zakretach a na czarnych trasach, kiedy dostaje zadyszki, pociesza:

- nie martw sie, dla mnie tez to nie bylo takie latwe.

na wyciagach podgladamy gorskie kozice i dyskutujemy o przyszlosci.

 - malina, spiewac, malowac, tanczyc kazdy moze. skup sie na tym, ze rozumiesz matematyke.

 - moze masz racje. nigdy tak nie pomyslalam.

tydzien temu bylismy z wizyta u znajomych. jednym z gosci byla 22 letnia chinka studiujaca w monachium fizyke z jakimis inzynierskimi specjalizacjami. sliczna dziewczyna i genialnym manicure (malina ciagle zezowala na jej pieknie zadbane dlonie), z jednymi rozmawiala biegle po angielsku z innymi po niemiecku. na zakonczenie wieczoru zasiadla do pianinia i poleciala ballada chopina, ze nam szczeki opadly. maliny szczeka stuknela glosno o podloge i od tygodnia malina siedzi przy pianinie codziennie prawie godzine a wczoraj po nartach... wyciagnela zeszyt do matematyki, bo za dwa tygodnie maja duzy sprawdzian semestralny. normalnie wzielaby sie za nauke jakies 3 dni przed. tak sie wzruszylam, ze nawet jej za porozrzucane po pokoju ciuchy nie objechalam. moze byc tak, ze za 5 lat maline wywieje na studia i kto bedzie tu ciuchy rozrzucal? o matko ...

poniedziałek, 16 stycznia 2017
takie troche japonskie te ferie byly.

 

tydzien przed swietami musialam spedzic w hamburgu. zaprosilam wiec mame i maline zwolnilam od wtorku ze szkoly. obie przylecialy z roznych stron do hamburga i spotkaly sie na lotnisku. ja pracowalam a one chodzily a to do nowej filharmonii, a to na rozne bozonarodzeniowe jarmarki a na lunch spotykalsmy sie gdzies niedaleko mojej pracy. ostatni wieczor przed wigilia poszlysmy na szalowy musical a do domu polecialysmy na luzie w wigilie w samo poludnie. maz w drodze na lotnisko odebral wczesniej zamowione ryby. popoludniu popijajac prosecco ubralysmy choinke, stroik na werandzie a w koncu siebie a maz do eleganckiego kompletu wskoczyl w garnitur. wieczorem polamalismy sie oplatkiem, zjedlismy pyszna rybe zapieczona w soli, popilismy dobrym winem a w koncu zasiedlismy wokol wyjatkowo szerokiej, pieknej choinki i do polnocy cieszylismy sie prezentami.

w ciagu nastepnych dni bylo odwiedzanie rodziny, znajomych, jedzenie, przysypianie i czytanie ksiazek. w sylwestra malina byla japonskim szefem kuchni - jedlismy sushi i tempura. potem znow narty, ksiazki, jedzenie a w miedzyczasie malinowe 14 urodziny. zamowilismy tort ozdobiony marcepanowm sushi a wieczorem malina w gronie przyjaciolek przyrzadzala sushi w kuchni przystrojonej japonska parasolka i balonami a takze zlotym kotem machajacym lapka.

i nagle ferie sie skonczyly, wrocila codziennosc, jedyne pocieszenie to mnostwo cudownego sniegu. swiat wyglada odwietnie. zamowilam w amazon sprzet, bez ktorego przezylismy z mezem dobre 20 lat: wiklinowa trzepaczke. trzepiac dywany na mrozie -12 stopni zrozumielismy co przez te lata stracilismy! nie dosc, ze dywany jak nowe (welniany, bialy - tak, tak bialy! -  chodnik z przedpokoju to juz w ogole ladniejszy niz jak byl nowy!) to czlowiek wytrzepuje z siebie mnowstwo zlej energii. nawet malina, dziecko 21 wieku, ktora nie mogla sie nadziwic, ze wyrzucamy dywany na snieg, zrozumiala magiczna moc trzepaczki.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 12 grudnia 2016
cierpliwi beda nagrodzeni

 

jestem w biurze. i tak sie nam lekko rozluznila atmorfera po lunchu. przeciagam sie, a jest cos kolo 2 popoludniu:

 - ludzie kochani, wiecie gdzie bedziemy dokladniusienko za dwa tygonie o tej porze? - rozmarzylam sie na chwilke.

wszyscy w stresie, wiec nerwowo spagladaja w kalendarz albo licza na palcach... kolega smieje sie:
 - no gdzie?

 - w loooozkuuu!!!! bedziemy sie wlasnie leniwie zbierac w sobie, zeby sie wygrzebac i w koncu zaparzyc kawe...

kolega kiwa sie na krzesle. od dwoch lat jest po uszy zakochanym tatusiem:

 - z w a r i o w a l a s?!!! o tej porze to ja juz wypilem trzy kawy, zbudowalem kilka zamkow z klockow, umylem podloge nie tylko po sniadnaiu ale tez po obiedzie. a czasem nawet to juz bylem na spacerze!

kiwam glowa ze zrozumieniem:

 - no my juz sie swoje nawstawalismy i zamkow sie w weekendy nabudowalismy... poczekaj, twoj czas tez nadejdzie.

 - o boze jak ja chce ci wierzyc...

sobota, 10 grudnia 2016
sobota jak sobota.

 

sobote bez tatusia spedzilysmy jak prawdziwe kobiety. mialysmy kupic elegancki plaszczyk dla maliny, eleganckie buty dla maliny, prezent dla tatusia, prezent dla babci, czapke dla mnie. kupilysmy buty z fredzelkami dla maliny, ktorych ogolnie znana platfusowata forma nie ma nic wspolnego z elegancja, po biustonoszu dla kazdej z nas, kamizelke z niebieskiego futerka (sztucznego!) dla mnie i koszule nocna w rozyczki i szlafrok jak z puchu tez w rozyczki dla... mnie. nadal nie mamy prezentow. tak sie ciesze ze szlafroka jak chmurki, ze sobie przyszlam tu sobie w nim posiedziec, wypic mlinowa herbatke i sie pochwalic:-) dobranoc.

czwartek, 08 grudnia 2016
big data

 

kiedys w dyskusji w czasie pisuarach u matyldy, poszperalam po internecie, jakie sa dostepne w niemczech. przez tydzien komputer atakowal mnie ofertami pisuarow roznej wielkosci, o roznych formach od tanich po drogie jakby byly ze zlota.

po naszej przedwczorajszej dyskusji o sprzataniu pod wpisem o bigosie wszedzie otwieraja mi sie reklamy szczotek kilblowych. gdzie nie wejde: amazon, facebook, wiadomosci - BAM! klo bürste!!! szybko musze poszukac jakichs ozdob choinkowch czy cos, zeby mi sie sie przjemniej pracowalo.

 

 

zwierze.

 

ja: czasem bardzo mi szkoda, ze nie mamy psa. ale by bylo fajnie.

maz: dopoki nie wyhoduja rasy "sam_sie_wyprowadzam_na siku_pies" nie mamy szansy na psa.

ja: no tak. ja bym nawet kota wziela.

maz: ale masz alergie.

ja: ale zobacz c. kupila kota antyalergicznego.

maz: ktory po trzech miesiacach wpadl pod samochod.

ja: no tak. ale ja nie lubie jakos innych zwierzat.

maz: jak to? kurczak ci wczoraj bardzo smakowal!

 

środa, 07 grudnia 2016
mrok z rana jak smietana.

 

dzis rano nastala ciemnosc. chyba nasz toster sie popsul i postanowil wywalic nam korki w akcie zemsty czy co? zgaslo na dole. na schodach i na gorze nic sie nie stalo, swiatlo i prad w porzadku, poszlam wiec z tym tosterem na schody, bo w misji robienia malinie sniadania zadna awaria mnie nie powstrzyma. chleb sie lekko podgrzal, ale niestety wywalilo reszte korkow. nastala noc, choc bylo rano. maz juz w drodze na spotkanie, malina z latarka przybiegla do piwnicy. poruszylysmy kazdy minihebelek: pokoj, drugi pokoj, korytarz, lazienka... nic. przelecialysmy przez wszystkie hebelki nic. w swietle swiec malina dokonczyla toalety, zjadla letnie tosty i poleciala do autobusu. komorka: 3% mocy, zaraz wysiadzie. eee nie martwie sie zaladuje sobie z laptopa. laptop 5% baterii (czerwona resztka...). a przeciez zawsze wszystko mam zaladowane na 100%. zawsze ale nie dzis! resztka baterii dzwonie do meza. mam mu wyslac zdjecie korkow. resztka baterii robie zdjecie i wysylam whatsappem. wszystko ok. hebelki jak trzeba. maz sie zmartwil, odwolal spotkanie i zawrocil do domu. a ja postanowilam naladowac telefon w samochodzie. aaa nie... garaz sie nie otwiera, bo klapa na silniczek a klucza od bocznych drzwi nie widze nigdzie, no! zaczelo pieknie switac. caly swiat srebrno szary od szronu (-8 stopni!) i nagle... poczulam sie tak zwolniona ze wszystkiego. nie mge wyslac ani jedengo szybkiego malina, zadnej pilnej wiadomosci telefonem i nawet nie moge zrobic sobie kawy. krotki urlop od zycia. rozsiadlam sie w fotelu i patrzylam na rozplywajacy sie na okolice swit. boze jak pieknie...

 

zaraz potem wrocil maz. na 11 umowil juz elektryka i trzymal kciuki zeby tylko cos w przewodach sie nie zerwalo... pobiegl do piwnicy. podciagnal jeden niebieski hebelek - jak to mozliwe, ze go nie widzialam przedtem? ani ja ani malina! - i nastala jasnosc. ani odwolane spotkanie meza, ani moje niewyslane skoro swit maile nie poskutkowaly koncem swiata. maz zaparzyl kawy i tak sobie siedzielismy jak cywilizowani ludzie. motywacja na caly dzien!

 

poniedziałek, 05 grudnia 2016
bigos.

 

robie bigos. zamiast masla olej kokosowy, zamiast suszonych prawdziwkow, brazowe pieczarki. dla koloru podrzucilam kilka suszonych sliwek. zobaczymy co z tego wyjdzie. nawet jakby mialo nie smakowac to przynajmniej pachnie jak w pradziwie polskiej chalupie: kapucha!

 

 

czwartek, 01 grudnia 2016
jak to z ta lornetka bylo.

 

jak bylam mala to w trakcie buszowania w regale mamy znalazlam teatralna lornetke. piekna w skorkowym etui. z kosci sloniowej (a moze to byl taki piekny plastik?) i zlota (no w kolorze zlota!). niestety lornetka byla cenna i nie wolno bylo mi sie nia bawic. za to wolno mi ja bylo zabierac do teatru. szczegolnie dobrze przydawala sie w teatrze wielkim, bo jak sama nazwa wskazuje, jest to teatr wielki i jak sie nie siedzi w pierwszym rzedzie to nic nie widac. podgladalam wiec spiewakow i tancerki jak sobie na scenie puszczali prywatnie oczka i ja to widzialam a inni pewnie nie. nosilam te sliczna lorneteczke dumna jak paw w torebce na ramie. jak dorosla jakas! ta rola uprzywilejowanej obserwatorki bardzo mi sie spodobala i do dzis kocham lornetki.

kilka lat temu tesc podarowal mi super lornetke, ktora dostal kiedys jako prezent reklamowkowy z wyzszej polki. lornetka jest nieduza, ale powieksza jak prawdziwa luneta. brzydka jest, w kolorze wojskowo-zielonym, ale za to zgrabna, poreczna i moge miec ja prawie zawsze przy sobie. latem leze sobie na tarasie i podgladam ksiezyc. na wakacjach leze sobie na plazy i podgladam wielkie zaglowce, statki, samoloty.

zupelnie nowa era w moim swiecie lornetek zaczela sie odkad malina zegluje. na brzegu siedza podekscytowani rodzice a kazdy z lornetka. poczulam, ze nie jestem sama. wyciagam zawsze moje cudo i zaraz popadam w kompleksy. mam najmniejsza lornetke ze wszystkich a przeciez jestem lornetkowa maniaczka? sytuacje poprawia fakt, ze te lornetki - mialam okazje wiele z nich sprawdzic - wielkie takie i ciezkie a wcale nie ma wielkiej roznicy w powiekszaniu. moj wewnetrzny spokoj zostal zaklocony dopiero w czasie tych kilku dni nad gardasee. ja moja cudowna lorneteczke umylam tak dokladnie, ze niestety na prawe "oko" zaczela mglic. i na nic wszelkie suszenie, dmuchanie, regulowanie. siedze na lawce i marudze. tatus malinowej kolezanki wyciaga z plecaka swoje magiczne oko i pozwala mi poszukac maliny wsrod maciupkch bialych punkcikow na wodzie. BAM! nic nie musze regulowac (cuda, panie, cuda!) a maline idze jakby stala obok. czarna nitke na jej zoltej czapce widze. o matko salatko. to jakas wojskowa lorneta jest i mozna dzieki niej sasiadowi wypatrzec paproszek, ktory mu wpadl do oka. zupelnie niesamowite.

 

i tak pokrotce wyglada moje zycie lornetkowe i podchoinkowe marzenie.

 

(chociaz - nie oszukujmy sie - od wczoraj wiem tez, ze sa jeszcze bilety na adele w londynie. jedyny problem to plotki, ze adele jest w ciazy. to jak ona bedzie spiewala 30 czewrca?)

 

środa, 30 listopada 2016
nie zawsze jest malinowo.

 

pani od pianina zegnajac sie zapytala:

 - ile ty masz lat?

 - prawie 14.

 - no widzisz, ja zapomnialam, ze masz 14, ciagle mi sie wydaje, ze masz 16. - i do mnie - pani corka jest taka intelektualnie bardzo dojrzala. to czuje sie nawet przy instrumencie. no i taka pracowita! a malina tak ma, ze jak slyszy, ze jest pracowita to rzeczywiscie jest. komplementy sa dla nie niej najlepsza motywacja. nie wiem czy pani to wyczula, czy tez rzypadkowo kroczy dobra droga. jak by nie bylo, jest swietnie.

tak sobie zyjemy na chmurce numer 7. wczoraj jedyna jedyneczka z pierwszego duzego testu z francuskiego, "filozoficzne" rozwazania przy kolacji.

wiec tak sobie spokojnie wstaje dzis rano ze swiadomoscia, ze mam taka swietna corke. robie kawe. robie kanapki do szkoly. zaparzam herbate karmelkowa. zycie jest dzis od rana dobre. az tu nagle moja dojrzala intelektualnie corka zaklada do szkoly t-shirt spod ktorego wystaja gole plecy, w rozpietej kurtce wybiera sie do szkoly. gruby szal ma tak sprytnie okrecony, ze cala szyja gola. i tak moj rozowo-lylowy swiat legnie w gruzach. afera o czapke. malina ma wprawdzie kilka czapek w roznych kolorach ale nie wiadomo gdzie. wszystkie naraz zginely. zaraz odjedzie jej autobus a my dyskutujemy czy -8 stopni to jest zimno czy cieplo.

 

wtorek, 29 listopada 2016
malina przy fortepianie.

 

jak sie tu przeprowadzilismy, malina poszla na lekcje pianina do domu, ktory widzialam z kuchennego okna. bardzo mi sie to podobalo, bo mogla chodzic sama. czasem jezdzila hulajnoga. niestety piekny fortepian w stylowym wnetrzu, czarujaca starsza pani zawsze w romatycznym koku i na szpilkach, nauczycielka z klasa - to mobilizowalo maline tylko na poczatku. rozstaly sie z nauczycielka w przyjazni, bo... obie ziewaly na wyscigi w czasie lekcji i wzajemnie sie demotywowaly.

malina znalazla sobie pania w szkole. drogo, ale pomyslalam, ze jak malina pojdzie miedzy lekcjami a studium to przynajmniej nie bedzie ziewala jak wieczorem, ale okazalo sie, ze pani jest gadula i z 30 minut malina grala efektywnie jakies 10 minut. zrezygnowalysmy i myslalam, ze malinowa przygoda instrumentalna dobiegla konca.

od wrzesnia przychodzi do nas wieczorem do domu pani chinka. i jest moc. zeby bylo glosniej otwieraja klape i lomoca we dwie w ten instrument, ze dach podskakuje. smieja sie glosno. pani klaszcze zeby malina trzymala rytm. malina przed przyjsciem pani "rozgrzewa sie" jakies pol godziny a po wyjsciu jeszcze powtarza co nowe. to zupelnie nowa era w jej muzycznej edukacji. nadal chodzi jej glownie o to zeby grac najszybciej jak mozna, ale przestalam z tym walczyc. moze to jest jakas forma odreagowania? malinowy charakater jest pelen elektrycznej energii a im starsza tym wiecej siedzenia. a siedzenia jest w sprzecznosci z jej temperamentem.

tak mnie natchnelo do tego wpisu, bo wlasnie trwa lekcja...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum