wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 09 listopada 2016
dzisiaj.

 

to jest taki dzien ktory uswiadamia, ze do drugiej wojny swiatowej doprowadzili tacy sami ludzie jak my. zwyczajni ludzie.

 

 

 

poniedziałek, 07 listopada 2016
malina na gardasee.

 

malinowe ferie rozpoczelismy zaraz po ostatniej lekcji w piatek. na holownik przyczepilismy wielka motorowke (dla trenera) i pojechalismy nad jezioro garda. moj zawsze najszybszy na autostradzie maz, cierpliwie turlal sie 100 na godzine a ja karmilam go kanapkami i preclami.

 

 

dwa dni malina zeglowala w sloncu i ze slynnymi dla tej okolicy wiatrem peler i wiatrem ora, ktore sa wiatrami termicznymi. trzeciego dnia slonce zniknelo, pojawily sie ciezkie olowiane chmury i przez dwa dni szalala wichura, lodki smigaly po wodzie jak motorowki, surfingowcy tylko skakali po falach, w naszej grupie porwalo jeden zagiel i zlamalo maszt. zeglowali tylko najwytrwalsi i najodwazniejsi. zaglowki co i raz przewracaly sie a zeglarze ladowali w lodowatej wodzie. na koniec wszystko sie uspokoilo. pozegnalna wspolna kolacja z pizza szybko sie zakonczyla. dorosli mieli ochote sie jeszcze bawic, ale kolo 20:30 dzieci przysypialy przy stolach a nastolatki chcialy do lozek. codziennie od 8 rano (zimno i szaro) zeglowali do 17 z przerwa na godzinny obiad. wieczorem kazdy wpadal w swoje lozko, bez czytania i bez sprawdzania whatsapp. cudowny tydzien. malinowe zeglowanie weszlo na zupelnie inny poziom. malina choc najmlodsza w grupie laser zdobyla sobie szacunek starszych kolegow i weszla w nowy krag znajomych, ktorzy bardzo mi sie podobaja.

wrocilismy wypoczeci i szczesliwi. a dzis juz szkola. i tak do nastepnych ferii w choinka w tle:-)

 

wtorek, 25 października 2016
malinowa alice

 

w niedziele obejrzelismy z malina alicje w krainie czarow.

"the only way to achieve the impossible is to believe it is possible” – zostalo w malinowej glowie.

a takze sukienka z chin:-)

 

 

 

poniedziałek, 24 października 2016
"bo meska rzecz byc daleko, a kobieca..." - spiewala kiedys pani alicja majewska.

 

moze to tylko ja tak mam, ale wsrod moich znajomych po obu stronach granicy znane mi przypadki rodzin z ciezko uposledzonym dzieckiem to takie, gdzie ojciec odszedl i juz. ma przeciez prawo do zdrowego dziecka? ma prawo do normalnej rodziny, prawda? postawcie sie prosze w jego sytuacji. marzyl o fajnym synku zeby grac z nim w pilke nozna a urodzilo sie dziecko kalekie, ktore mimo przedszkolngo wieku nadal nie umie samodzielnie chodzic. jeden znajomy ojciec odszedl, ale zapewnil przeciez finanse. no nie mial juz sily zmieniac pieluch swojej 15-letniej corce, kregoslup odmawial mu posluszenstwa, ale tez nie mogl sie nadziwic, ze matka oddala corke do zakladu opieki. sam przestal corke odwiedzac, bo w sumie stala sie roslinka i jest jej wszystko jedno czy ktos ja odwiedza czy nie. matka, po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu dla nerwowo chorych jest pod opieka psychiatry. zwariowala. inaczej nie da sie tego nazwac.

mysle o tym czytajac o aborcji i protestach. podmiotowosc kobiet i retoryka z pogranicza bruku.

 

 

 

 

 

piątek, 21 października 2016
malinowy piatek.

 

poszlam dzis z malina kupowac buty, bo idzie z nami na impreze i ma wygladac jak czlowiek. buty znalazlysmy genialne. replay. panu tak sie spodobalysmy, ze wyciagnal jeszcze jedna pare podobne ale inne do ktorych malinie zaswiecily sie oczy jeszcze bardziej. kupilysmy wiec obie paryz. pierwsze dla mnie, drugie dla maliny. pan pakujac je do pieknych kartonow (portmonetke grzecznie schowalam do torby!) odpowiedzial na moje troche stroskane:

 - ale moze jednak troche za mlodziezowe?

 - nic podobnego. przeciez widze jakie pani nosi buty! no i jesli moge sobie pozwolic na szczerosc: te buty kupila niedawno taka pani juz nawet po 40 -ce, wiec... no sama pani rozumie!

moja piekna corka stuknela sie ze mna coca cola, ktora poczestowal nas sprzedawca. kazdy sie bez dalszych komentarzy ucieszyl mila sytuacja: pan zrobil dobry interes, ja uwierzylam w komplement a malina ma nowe buty.

 

wczoraj odbilam sie od dna. jestem wyczerpana ale szczesliwa. moj maz wlasnie w tym momencie zostaje czlonkiem anszego klubu zeglarskiego. po okresie probnym i listach polecajacych trzech czlonkow z ponad 10letnim czlonkowstwem! malina natomiast dostala statuetke najlepszej zeglarki naszego jeziora w kategorii laser. zaraz przyjada do domu. ja nie poszlam, bo padam na nos. pije bezglutenowe piwo i dziergam (zaispirowana habalem) zupelnie niepotrzebna mi poduszke z bialej welny. niepotrzebna ale bardzo piekna. moze nawet nie taka piekna i tak mi sie podoba.

 

 

 

 

czwartek, 20 października 2016
nie wiadomo gdzie

 

zgubilam albo zostala okradziona. zniknela cala portmonetka: karta kredytowa, karta bankomatowa, dowod osobisty, prawo jazdy, rozne rachunki do rozliczenia, karta samochodowa. poprostu oszaleje zaraz.

 

--------

update:

zadzwonilam do buria rzeczy znalezionych w hamburgu. pol godziny czekania na przyjecie zgloszenia. zglaszam. opisuje portmomnetke, wyliczam zawartosc. forsa symbolicznie, ale jak zaczynam wyliczac dowod, karty ubezpieczeniowe to robi mi sie slabo.

biuro rzeczy znalezionych na lotnisku monachium - to samo.

biuro rzeczy znalezionych w hamburgu - to samo.

biuro rzeczy znalezionych w monachium - to samo

wszystko trwa strasznie dlugo, plakac mi sie chce, ale jedno trzeba przyznac: wszedzie strasznie mili ludzi, wspolczujacy impocoeszajacy, ze dokumenty bardzo czesto sie znajduja.

na wszelki wypadek przeczesuje jeszcze raz walizki, torby, samochod, garaz, regaly, pod soafa, pod fotelami, pod szafkami. nie ma.

 

zeby nie zglupiec z rozpaczy ide do ogrodu i chyba z tego zimna moj mozg spina sie, wypreza miesnie i kieruje mnie do kartonowej torby w piwnicy. w torbie leza trzy rulony plakatow, ktore dostalam w prezencie za zakup wielkiej koldry w sobote w miescie. sprzedajaca pani zapalkowala nam zakupy w tyle toreb, ze juz nie mialam sily chowac portmonetki do torby, tylko wrzucilam ja do kartonu, bo zaraz wsiadalam do samochou. i wlasnie ten moment przypomnial mi sie w ogrodzie dzis.

o boze jaka jestem zmeczona.

 

 

 

 

 

środa, 19 października 2016
wczoraj bylo trudno.

 

wczoraj byl trudny dzien z tylu roznych powodow, ze nawet nie chce mi sie o nich pisac. godzina za godzina - same nieprzyjemne.

i nadeszla godzina 17:44. zadzwonil telefon. podnioslm sluchawke, choc wiedzialam, ze bedzie wkurzajaco, ale co robic, taka praca. no wiec zaczynam te rozmowe nieprzyjemna a o 17:45 dzwonek do drzwi. malina otwiera a ja widze, ze pani od fortepianu przyszla z psem. lubie psy, ale nie takie niespodziewane u mnie w domu. zeby nie dostac zawalu sercu pomachalam reka i poszlam na gore nadal telefonowac.

po trzech kwadransach lekcji udalo mi sie pokonac wrodzona uprzejmosc i powiedzialam pani, ze niestety pies na lekcjach fortepianu nie jest u nas mile widziany.

malina byla oszolomiona. powiedziala, ze jeszcze nigdy nie widziala mnie w takim stanie. myslala, ze pekne, wybuchne albo zaczne krzyczec! rutyna i dojrzaly wiek pozwolily mie jednak przetrwac. nie peklam.

 

 

 

 

poniedziałek, 17 października 2016
malinowy komiks.

 

u nas to sie nazywalo plastyka czy zpt? juz nie wiem. generacja malinowa ma zajecia ze sztuki. w ciagu tych trzech lat powstaly naprawde piekne rzeczy, rysunki, obrazy, collage.

w tym semestrze zajmuja sie technika komiksu i maja przedstawic jakas scene z mitologii greckiej. wesolo czy tragicznie - jak kto chce. malina, ktora ma zawsze klopot z malowaniem/rysowniem oczu:

 - jedno oko wychodzi mi zawsze super, ale drugie prawie nigdy mi nie wchodzi...

postanowila zilustrowac scene z cyklopem.

 

 

 

środa, 12 października 2016
malinowe jedyneczki.

 

czwarty tydzien szkoly po wakacjach. tydzien temu wielka klasowa z laciny. malina wrocila do domu wniebowzieta, ze bylo tak latwo, ze oddala po 20 minutach i reszte lekcji sie nudzila. z lekka sie wkurzylam na taka arogancje:

 - mam nadzieje, ze przynajmniej raz sprawdzilas co przeczytalas?

 - oczywiscie! - zapewnila malina i zaraz chyba pozalowala, ze mi to opowiedziala, bo widziala, ze mi sie to nie podoba.

dzis dzwoni do biura:

 - dostalismy sprawdziany z laciny. byla straszna afera. jeszcze nigdy srednia klasowa nie byla taka zla i pan m. sie strasznie zdenerwowal, ze sie nie uczymy. polowa klasy ma...6!

szostka to tutejsza pala i juz czuje, ze malina przygotowuje grunt na obrone zlej oceny, bo tydzen temu tak sie wychwalala...

 - na cala klase tylko jedna jedynka.

 - tak? a kto ja dostal?

 - ja.

o kurcze...

to 7 jedynka w tym roku szkolnym. i wiem, wiem, stopnie nie sa wazne. tak jak pieniadze nie sa wazne. ale przyjemnie je miec. tak?

 

 

 

piątek, 07 października 2016
specjalne zyczenia.

 

idziemy dzis z malina na babskie zakupy. buty jesienne oraz kurtki na narty. (ja jezdze w kurtce, ktora ma 25 lat i zacina jej sie suwak, malina ze swojej wyrosla).

maz daje nam ostatnie namaszczenie:

 - idzcie i cos kupcie, sknery jedne!

i dodaje:

 - moge miec jakies prywatne zyczenie?

 - a jakie?

 - no zebys sobie kupila jakies buty powyzej 10 centymetrow!!!

 

 

 

 

czwartek, 06 października 2016
i jest spoko bitwa pod koniec.

 

w sobote, czyli pojutrze w malinowej sobotniej szkolce bedzie praca nad panem tadeuszem. poniewaz - mimo wielu niezwyklych talentow! - malina nie da rady do pojutra przeczytac chocby polowy tego wiekopomnego dziela, rzucilam sie na poszukiwanie streszczenia, filmu albo chociaz mp3 z recytacja holoubka albo przynajmniej zamachowskiego. niestety na razie nic nie znalazlam bo utknelam tu:

 

https://www.youtube.com/watch?v=4DcByZjFqVI

 

:-)

 

 

 update w piatek:

 

no dobra, znalazlam tez to:

 

https://www.youtube.com/watch?v=s9xHbvwG1jY

 

obejrzymy dzis wieczorem tez film i "jakos to bedzie!" :-)

 

środa, 05 października 2016
malinowa nauczycielka

wczoraj przyszla nowa pani od fortepianu. polecili nam ja znajomi: starsza pani, chinka. kiedy stanela w drzwiach, zrozumialam, ze mam jakis stereotyp chinki w glowie, ktory wlasnie pada w gruzy. pani - nauczycielka na emeryturze - w burzy kasztanowo-czerwonych wlosow okielznanych diamentowa klamra i z przodu przycietych w idealnie rowna grzywke szybko sie przywitala, wskoczyla w przyniesione kapcie i jeszcze stala w drzwiach a juz siedziala kolo malinowego pianina. rzucila okiem na malinowe nuty, popatrzyla na maline:

 - a ile ty masz lat?

 - 13 i pol. - na maline przeskoczyl juz elektryczny ognik, juz byla "kupiona".

 - no i nadal chcesz grac takie walczyki dla malych dziweczynek?

 - nie.

pani wyciagnela jakies pogniecione nuty, przebiegla palcami po klawiaturze.

 - fajne?

 - fajne! - rozpromienila sie malina.

 - no to graj.

mialy grac trzy kwadranse, graly godzine. jeszcze brzmial ostatni akord a pani juz sie zegnala w drzwiach wrzucajac kapcie do torby.umowily sie, ze zawsze bedzie jeden klasyk i jeden pop.

 - no to czesc!

temperament w sam raz dla maliny.

 

 

 

 

wtorek, 27 września 2016
malinowe wiadomosci dnia

 

pamietam jak mala malina biegala. jak biegala to biegala cala soba. biegla a caly ogrod, caly swiat falowal razem z nia, biegla jakby nie bylo kamieni, korzeni, zadnych schodow, zadnych przeszkod, biegla jakby na koncu miala skoczyc na puchowa pierzyne albo miekki materac. biegla na hustawke, do tatusia wracajacego z pracy, do kuchni, bo pokroilam jej jablko. zupelnie nie pamietam, jak malina chodzila. ze perspektywy czasu wydaje mi sie, ze zawsze biegala, skakala a jak siedziala to machala nogami. musialam o tym sobie pomyslec widzac ja wczoraj przez okno jak wraca ze szkoly. niby idzie objuczona wielkim tornistrem, ale cos jest w tym marszu bardzo energetycznego, biegnacego, podskakujacego. tak sie wlasnie malina wczoraj spieszyla do domu:

 - chcesz pierwsza czy druga wiadomosc?! - wola od progu - bo mam dwie!!! - promienieje.

 - druga poprosze!

przed wakacjami chlopak, ktory byl pianista w szkolnym big bandzie zrobil mature i skonczyl szkole. wczoraj pani od muzyki zaproponowala malinie jego role! spelnilo sie malinowe marzenie, ktore wlasciwie nie mialo szans sie spelnic. big band i grupa teatralna ciesza sie w szkole szacunkiem nie tylko nauczycieli, tylko tym jedynym waznym szacunkiem uczniow i kolegow. malinowe kolezanki gratulowaly malinie i caly dzien cieszyly sie razem z nia.

wiadomosc pierwsza, to jedynka z francuskiego. pierwsza ocena w tym roku. francuski jest piatym malinowym jezykiem, na ktory malina niecierpliwie czekala juz od trzech lat. powtarza slowka i zdania delektujac sie ich brzmieniem jakby mialy smak landrynek.

tak ja te wiadomosci zmeczyly, ze o 19:30 poszla spac.

 

malina 7 lat temu:

 

 

 

 

 

piątek, 23 września 2016
w dzikie dynie zaplatani...

nasza sasiadka ma absolutnego fiola na punkcie pomidorow. co roku dookola jej domu, domku na sprzet, garazu stoja donice a w kazdej inny gatunek pomidorow. koledzy jej trzech synow jak sobie robia przerwe w zabawie, to ida na "lampki" (zolte male pomidorki z zakreconym noskiem) albo "tygryski (czerowne z zoltymi paskami) czy jakie inne kolorowe, pyszne klejnociki.

pozna wiosna maz sasiadki przynosi mi cztery plastikowe donice a w kazdej 15 cm roslinka - wszystkie takie same. dopiero po miesiacu widac, ze to 4 zupelnie inne gatunki, jeden pnie sie ku gorze, drugi zamienia sie w bujny krzaczek a listki ma pokryte siwym meszkiem. w tym roku nie mialam czasu ich przesadzac i tylko wstawilam te plastikowe kontenery do terakotowych donic na gornym tarasie. lato bylo pelne wyjazdow, terminow, wakacji, w przeciwienstwie do ubieglego roku okupowalismy glownie werande, na taras chodzilam tylko zbierac pomidorki. okazalo sie, ze oprocz pomidorow w ziemi byly nasiona dyni. 5 dyn bardzo sie usamodzielnilo. rozlozyly sie na tarasie ozdabiajac go najpierw wielkimi zoltymi kwiatami a teraz pomaranczowymi dyniami. najlepsze jest jednak to, ze kilka pnaczy zaplatalo sie w winogrona i zaczelo spuszczac w dol. tak wiec teraz jedna sciane tarasu zdobia mi male owoce dyni splywajace w dol wsrod winogron i roz. wyglada to genialnie a mi placze sie po glowie a to grechuta a to demarczyk:

"i groszki kwitna i roze..." hmmm i "dynie!"

"w dzikie wino zaplatani..."

 

zaczela sie jesien. jest przepieknie.

 

 

środa, 14 września 2016
pobudka.

 

jestem dziwnym stworzeniem. klucze wsrod maili, przesluchuje zostawione wiadomosci, znudzona wisze na godzinnych telefonicznych konferencjach. nie mam sily na te prace. pewnie za dlugo sie tym juz zajmuje. az tu nagle wali sie polowa ustalonych systemow, ktos rzuca prace, ktos konczy wspolprace, ktos potrzebuje wielkiej prezentacji na wczoraj, skacze mi ciesnienie i nagle znow mi sie chce, kazda katastrofa jest nowym miejscem na nowa konstrukcje. czuje sie jakbym sie obudzila po dwoch tygodniach podsypiania. od czasu do czasu potrzebuje pobudki, inaczej popadam w letarg. nagle w ciagu godziny zlatwilam wiecej spraw niz czasem w pol dnia.

 

 

 

 

wtorek, 06 września 2016
aniolek, fiolek, roza, malina.

 

taki mam zwyczaj, ze jak malina ma jakas wieksza klasowke to wkladam jej do sniadania do szkoly karteczke i magicznymi zyczeniami i jakas biedronke z czekolady, marcepanowa koniczynke albo albo tylko zyczenia powodzenia. noc przed wyjazdem na wyspe kiedy juz wszystko bylo spakowane, uchylilam suwak walizki i wsunelam pod recznik malutkiego galgankowego aniolka stroza zeby sie nia opiekowal z mini-ksiazeczka i kartka pelna serduszek i przypomnien o pryskaniu sie przeciw komarom i kleszczom, myciu zabkow, smarowaniu sie na slonce i z zyczeniami pieknych ferii. malina po otworzeniu torby znalazla aniolka i liscik. kolezanki na to: oooo wie süüüüüsss...

dlatego malina ani nie spodziewala sie listu od nas, bo nas zna i dlatego czula sie zobligowana do napisania kartek (dwie!!!) do domu.

aniolek opiekowal malina tak dobrze, ze nie tylko swietnie sie bawila, ale tez zakochala sie po uszy. i masz babo placek!

po powrocie do domu posadzilam ja na tarasie, do wiadra nasypalam persil, nalalam goracej wody i malina godzine moczyla nogi, bo za nic nie mogla ich domyc. pieknie opalona, jakas taka wesola, szczesliwa... nastepnego dnia spedzilismy piekny weekend nad jeziorem bodenskim a ten tydzien malina codziennie od 10 do 17:00 zegluje w swoim klubie. wraca, zjada - mimo swietnych posilkow jakie maja na zaglowkach - wielka kolacje i nie ma nawet sily na poczytanie przed spaniem.

 

zakochana malina to jest zupelnie nowy rozdzial w naszej historii. patrze z boku i sie troche zachwycam a troche nie wiem co robic. maz tak samo.

 

za tydzien szkola!

 

 

 

piątek, 02 września 2016
o ludzieeee! jaki wstyd!!!

 

jaka poruta!!!

 

malina jako J E D Y N A  nie dostala zadnej poczty na obozie. ani kartki, ani listu, ani paczuszki jak inne dzieci. jak jej WSZYSKIE kolezanki... nie mam czasu pisac wiecej. ide sie rehabilitowac!!!

 

 

 

 

in den sauren apfel beißen

 

niemcy maja takie powiedzenie: ugryzc kwasne jablko.

to powiedzenie dokladnie oddaje cala sytuacje do ktorej sie zwykle odnosi. zanim sie to jablko ugryzie to sie dokladnie wie jak bedzie: kwasno! kwasno, ze az ciarki przechodza! nie umiera sie od tego, ale bleeeee... ale jak trzeba to trzeba. zawodowo zebralo mi sie kilka takich jablek, ktore od przekladania z miejsca na miejsce nie zrobily sie slodkie. wlasnie mam za soba jeden telefon, teraz zbieram sie za mail. chce wszystkie nieprzyjemne sprawy zalatwic przed weekendem.

brrrrrr!!!!

 

ps: za to wieczorem wraca malina.:-)

 

 

czwartek, 01 września 2016
dzienniki

 

dzis w nocy obudzilam sie i... pomyslalam o dziennikowych wpisach o malinie. tam jest kawalek malinowego zycia a ja tych wpisow nie zabezpieczylam. nawet nie wiem czy dzienniki jeszcze istnieja. rano wstalam, zagladam, sa! za nic nie moglam sie zalogowac, bo link dzieki ktoremu mozna stworzyc nowy kluczyk, idzie na adres firmy w ktorej nie pracuje juz od lat. poranna intelektualna joga i... przypomnialam sobie haslo, weszlam na swoj dziennik i wszystko jest. wpisy o malinie, ktora ma dwa latka, krolewka, ktora nie chce sie malinie przysnic, maz doskonaly, buraczki, o tym, z w warszawie zawsze wygladam lepiej niz w niemczech. wzruszylam sie jak nie wiem.

 

środa, 31 sierpnia 2016
jak sobie wychowasz, tak masz.

jeszcze nigdy nasza skrzynka pocztowa nie cieszyla sie takim zainteresowaniem. maz oglade ja od storny adresata, ale tez sprawdza strone listonosza. na koniec chodzi kolo bramy i przyglada sie krzakom, bo moze malinowa kartka wypadla listonoszowi z torby, gdzies sie zaplatala, wysunela sie ze skrzynki na listy. kto wie.

no tak. nie ma zadnej kartki. skad malina ma miec dobry przyklad? w zyciu nikomu nie wyslalismy kartki, jakies pojedyncze przypadki sie nie licza i nie maja zadnego wplywu na wychowanie dziecka. rytualy, tradycja. tak sobie maline wychowalismy i masz babo placek.

dzis sprawdzilam sytuacje u rodzicow malinowych kolezanek. jedna mama tylko sie smieje: n a p r a w d e  mysleliscie, ze one cos z tej wyspy napisza? tam nie ma czasu na pisanie! i przy tej pogodzie? no co wy!

druga powiedziala, ze tez nic, ale ze to jest dobry znak.

tylko my tacy wrazliwi. kurcze.

az tu nagle popoludniu, ot tak jakby nigdy nic, przyszedl listonosz i wrzucil kartke do skrzynki i poszedl dalej. polecialam, otworzylam i.... tak tak! jest!

jakie to szczescie, ze nasze okropne wychowanie nie ma wplywu na to cudowne dziecko. napisala kartke drobnym maczkiem. o jeju, no!!!

 

(tatus mial po drodze zrobic zakupy, ale jak sie dowiedzial o kartce przyjechal prosto do domu.)

 

 

 

 

 

wtorek, 30 sierpnia 2016
malinowy lapis lazuri.

 

krotko przed wakacjami malina dostala zaproszenie na super party. wielka radosc, ale zaraz sie okazalo, ze to akurat ten tydzien, kiedy jestesmy w hamburgu a wszystko oplacone: i samolot i hotel. malina strasznie cieszyla sie na hamburg ale tez zrobilo jej sie smutno z powodu tego przyjecia, ktore musialo przepasc. w koncu do wieczora jakos przebolala i poszla spac. sprawdzilam zmiane rezerwacji - niestety koszta bylyby niewspolmierne do sprawy. poszlam na gore i czuje, ze malina nie spi, wiec usiadlam na brzegu lozka i tak sobie cos tam jeszcze szeptaysmy jak swietnie bedzie w hamburgu i powiedzialam jej zeby cos wymyslila na pocieszenie. cos zwariowanego! i malina wyczula chyba, ze to jest ten moment:

 - mamusiu, cos zwariowanego to ja wiem bez zastanowienia.

 - tak? a co?

 - chcialabym zafarbowac na niebiesko wlosy. lapis lazuri. niebiesko.

ja mialam na mysli jakies wariactwo jak lody na sniadanie albo co... ale wlosy? ale zachcialo mi sie byc matka wyjatkowa:

 - ale tylko koncoweczki, tak?

 - tak. - malina dobija targu szybko, bo zbedne dyskusje moglyby jej pokrzyzowac plany.

uzgodnilysmy, ze tylko koncowki (dla mnie koncowki maja 2 cm) i jak nie zejdzie w ciagu wakacji to niebieska czesc obetniemy z poczatkiem roku szkolnego.

w hamburgu malina wydoroslala o kilka lat, sama jezdzila metrem na zajecia ze sztuki i do mojego biura i postanowilam dotrzymac slowa z tymi wlosami. zadanie okazalo sie nielatwe, bo w niemczech fryzjerzy nie chca farbowac wlosow ludziom do 16 roku zycia, nawet jak obok stoi matka i oficjalnie pozwala. kolezanki w pracy znalazly mi jednak niedaleko biura kultowago fryzjera - caly wytatuowny od grzywki po piety podobnie jak zatrudniona u niego fryzjerka, ktora zajela sie malina. wszyscy czekalismy w biurze z zapartym tchem. pozwolilam na wiecej niz koncoweczki, bo juz tyle bylo tego zachodu z szukaniem fryzjera. po trzech godzinach, malina wrocila taka:

 

 

wyglada to genialnie i wlasnie moja biurowa kolezanka tez sobie sprawila taki kolor.

a ja jestem fantastyczna, odlotowa mama. nazbieralam tyle punktow, ze moge sie zloscic na balagan w malinowym pokoju do bozego narodzenia:-)

 

 

 

 

 

czwartek, 25 sierpnia 2016
tesknienie malinowe.

 

zaraz ide sluzbowo na wielkie party. pogoda super, mam fajna kiecke i po wakacjach zlotawy odcien. ale jakos kurcze nie wiem... no tesknie. zadzwonilam do meza. on tez teskni. gdzies tam na wyspie nasze malutkie dziecko, coreczka szaleje na resorach a my kurcze umieramy z tesknoty. jutro skoro swit wyruszam do domu. plany mam weekendowo-bogate. a wszystko zeby zagluszyc serce.

 

ps: maz sprawdzal dzis skrzynke na listy czy juz przyszedl jakis list:-)

 

środa, 24 sierpnia 2016
pomozcie:-)

kochane moje, moi znajomi chca sie pobrac gdzies niedaleko gdanska. ona polka on francuz.

ma byc pieknie, moze byc drogo i ekskluzywnie. polecilam im szesc debow. macie jeszcze jakies pomysly?

 

 

 

wtorek, 23 sierpnia 2016
wakacyjny maraton.

 

pojechalismy, wycisnelismy z dwoch tygodni co sie dalo, wrocilismy wczoraj wieczorem a dzis malina pojechala o 7 rano na 11-dniowy oboz. bez komorki, bez telefonu, z papierem listowym i kopertami. z latarka i emaliowymi dwoma talerzami, stalowym kubkiem. z kapelutkiem i poduszka.

chyba zwariujemy. maz zabiera mnie dzis na kolacje. na wszelki wypadek.

 

 

 

 

czwartek, 28 lipca 2016
od jutra wakacje.

jak co roku dzien przed swiadectwami i zakonczeniem roku, mielismy dzis letni festyn. kebaby, kielbasy, napoje, chor, pokazy akrobacji, mecz pilki noznej z nauczycielami ale przede wszystkim socjalne kontakty rodzicielskie. zawsze lekka panika, bo poza mama malinowej przyjaciolki nie kojarze prawie nikogo, wiec dokladnie wsluchuje sie w narracje, zeby jak najszybciej zalapac z czyim rodzicem wlasnie rozmawiam. maz nerwowo usmiecha sie na wszelki wypadek do wszystkich, serwuje kawe i napitki i niecierpliwie czeka na zakonczenie imprezy - nie znosi takich zlotow.

pani od matematyki wrecza mi zaproszenie na spotkanie dla matematycznie utalentowanych dzieci. zaraz na poczatku roku, zalecia raz w tygodniu oplacane przez ministerstwo, cala szkola dostala 10 zaproszen. potem podchodzi do nas pani od instrumentow i pyta czy jestesmy malinowymi rodzicami. jestesmy. ona by chciala zeby malina przejela klawisze w jazzbandzie, bo klawiszowiec zrobil mature i po wakacjach juz go nie bedzie a tu slyszy, ze malina skonczy z lekcjami gry na pianinie. no skonczy. pani robi wyklad o malinowych zdolnosciach a my obiecujemy, ze sie zastanowimy.

wracamy do domu. maz otwiera specjalne wino (smakuje gorzej niz nasze ulubione zwyczajne, choc wyciagamy specjalne kieliszki), malina dostaje piekna ksiazke w prezencie i obgadujemy wszystkich: i rodzicow i dzieci, ktorych dzis spotkalismy. wesolo.

jutro swiadectwa. odbieramy maline prosto ze szkoly, maz wiezie nas na lotnisko i lecimy do hamburga. weekend jest - we dwie - nasz a potem malina troche "poprodukuje" u mnie w pracy. mimo, ze wakacyjne plany ma bardzo bogate, to to jest chyba jej ulubiony punkt programu. w biurze tez juz sie na nia ciesza.

pisalam tu juz o lekkim pekaniu z dumy? no dzis znow tak mamy. sorry i dobranoc.

 

 

 

 

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum