wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 29 lutego 2016
bezglutenowo i bezmlecznie.

 

wczoraj wieczorem gralismy w scrabble po niemiecku i wygralam. o 19:00. niby nic nadzwyczajnego, ale normalnie o tej porze nie moge grac w zadna intelektualna gre, bo glownie walcze ze snem i wsciekloscia na sama siebie, ze nie moge sie skupic na zabawie z wlasnym dzieckiem. w sobote o 7:30 rano parze sobie herbate w kuchni. pachnie owocowo. maz jeszcze spi, poczytam sobie. z gory drepcze malina z ulubionym kocem i ksiazka. poranny rytual: tatus pije kawe, malina na sofie pod kocykiem czyta ksiazke - ja normalnie spie do 9 lub do 10 i probuje najpierw zimnym prysznicem a potem goraca kawa doprowadzic sie do stanu obudzenia. malina robi okragle oczy:

 - mamusiu???! a co ty tu robisz?

przestalo mnie bolesnie drapac w gardle czyli chyba mija mi alergia na kota, ktorego przeciez nie mam. skora wokol oczu mnie nie ciagnie a nie zmienilam kremu.

minal trzeci tydzien bez glutenu i przetworow mlecznych. jestem niesamowicie zaskoczona, niezmiennie mnie dziwi... poprawa nastroju. czuje jakbym wyszla z zadymionego pokoju wprost do lasu, na swieze powietrze.

od lat lekarze aplikuja mi horrendalnie drogie infuzje zelaza, od niedawna zastrzyki b12, hormony tarczycowe. po tych roznych kuracjach nie spodziewam sie jakiegos tapniecia, ale niechby mi sie choc troche zrobilo lepiej. nic a nic, zadnych efektow. a tu? po trzech tygodniach niespodziewanie zupelnie nastapilo wlasnie tapniecie. jestem bardzo ciekawa co bedzie dalej, czy to sie utrzyma?

wczoraj po sniadaniu wyskoczylysmy z malina na 3 godziny na narty. siedzimy na wyciagu a malina:

 - nie wiem dlaczego, ale jakos sie zmienilas. jestes taka... zadowolona.

no sama nie wiem. cieszy mnie nawet to, ze wieczorem czytam ksiazke. 2015 jest w moim zyciu historycznam rokiem, w ktorym... nie przeczytalam ANI JEDNEJ ksiazki do konca. ani fizycznie ani intelektualnie nie moglam.

wlasnie zaczal sie rok malpy. moj rok.

 

 

 

wtorek, 23 lutego 2016
bezglutenowy chleb z przepisu tessy

tesso, tu mozesz umiescic ten przepis. jak masz po niemiecku to tez!

wiem, ze nie prowadzisz bloga, wiec pomyslalam, ze zrobie na te okazje taki wpis, zeby potem zawsze latwo bylo szukac:-)

niedziela, 21 lutego 2016
lylowa bezglutenowa.

 

sama z siebie przeszlam na diete bezglutenowa. w czasie ferii wpadl mi w rece artykul, ze chorujac na hashimoto powinno sie uwazac na gluten. poniewaz od poczatku grudnia odwiedzam wielu roznych lekarzy, nie chce mi sie isc jeszcze z tego powodu do lekarza. szczegolnie, ze po wielkanocy mam rutynowe badanie tarczycy. mysle, ze kiedys musialo byc trudno gotowac bez glutenu. teraz w kazdym sklepie jest dzial bezgutenowy. po 10 dniach niewiele moge powiedziec. czuje sie lzej. strasznie jestem ciekawa, czy po dluzszej diecie bede sie czula jakos zdecydowanie lepiej.

 

wtorek, 16 lutego 2016
i po feriach.

 

w tym roku nie pojechalysmy o chaty na stoku, bo do konca nie wiedzialam, czy dam rade jezdzic na nartach z chora noga. zdecydowalysmy sie w ostatniej chwili i znalazlysmy pokoj w pieknym hotelu w dolinie pod nasza ulubiona gora. piekne spa, ale bez basenu i korzystanie z niej dozwolone od lat 14 okazalo sie genialnym rozwiazaniem. absolutna bloga cisza i cudowna panorama. po calodziennym bialym szalenstwie lezalysmy sobie na genialnych materacach wypelnionych sianem albo na lozkach-hustawkach. malina miala swoj pierwszy pedicure z masazem stop i zafarbowalysmy jej same koncoweczki wlosow na rudo. bal karnawalowy lekko nas znudzil, wiec zabralysmy ciastka i picie do pokoju, ja wskoczylam do lozka (cale ferie bylym przeziebiona) a malina spiewala mi rozne piosenki i "wystepowala". 9 dlugich dni mialysmy slonce i cudny snieg jak ze reklamy wakacji w austrii. jezdzilysmy codziennie od 9 do 16:15. czuje sie, mimo przeziebienia, odswiezona i przewietrzona. na dwa dni wpadl do nas tatus - dwa dni lezenia z ksiazka w spa dobrze mu zrobily. moje zycie z malina nabiera nowego wymiaru. jestem jak planeta baza. malina jest samodzielna, myslaca, pomyslowa, mala satelitka na swojej wlasnej orbicie, ktora czasem szuka bazy. polroczne swiadectwo rewelacyjne, stosunki towarzyskie kwitna. jest fajnie.

 

 



czwartek, 28 stycznia 2016
masz zielone? mam!

 

kiedys zrobilam o tym wpis, a niedawno rozmawialam o tym z malina: magia slow. slowo mowione i pisane rozwija wyobraznie u dzieci, cwiczy umysl na starosc, pomaga przeniesc sie w wymarzony swiat, zabawic sie rzeczywistoscia.

dlatego wciaz - mimo internetu - agencje reklamowe szanuja reklame radiowa. na przyklad agencja podrozy reklamuje "wakacje twoich marzen" i kazdy intuicyjnie przenosi sie w gory, na morze, lazi z plecakiem po lesie i szuka miejsca na namiot, kolysze sie na wielbladzie, lezy w marmurowej spa i oddaje sie masazom, nurkuje, zegluje, zwiedza ciekawe muzeum... bo dla kazdego wymarzone wakacje sa "jego", wlasne, prywatne z dziecmi lub bez, z rodzina lub z przyjaciolmi, leniwe lub aktywne. a juz ta sama agencja w reklamie telewizyjnej musi skierowac sie do roznych grup docelowych: pokaze obrazek i juz. i nie ma wyjscia - jedni od razu beda chcieli jechac a inni az sie wzdrygna przed tym obrazkiem.

gdybym wczoraj zrobila wpis, ze kupilam sobie genialna, zielona torbe - to bylby energetyczny wpis o wielu pieknych zielonych torbach. ile czytelniczek, tyle toreb. a tak to jest jedna blyszczaca torba i jeden ja lubi inny nie - co tez jest oczywiscie super, bo od razu sobie mozna pogadac w komentarzach, co bardzo lubie.

dla ciekawosci wrzucilam w google haslo: ladna zielona torba i google wyplulo tysiace cudow:

 

 

 

 

zupelnie zwariowalam na punkcie zielonego - wszystkich odcieni. wyremontowany dach podmalowalismy blado zielono, na wiosne w tym samym kolorze przelecimy po drzwiach, tarasie i moze nawet garazu. do kuchni kupilam na jedna sciane zielonkawa tapete. nowy cieniutki zielony paseczek, zielonkawe doniczki na wiosne, zielone supelki w malinowej kamizelce. zielony to kolor nadziei.

 

 

 

środa, 27 stycznia 2016
szukanie energii.

 

ponad 7 tygodni siedzialam glownie z noga na taboreciku i jadlam. humor gorszy z dnia na dzien. a dzisiaj wstalam i poszlam na zakupy. kupilam sobie nocna koszule w panterke, czerwony, energetyczny biustonosz i najbardziej zwariowana torbe od lat. jak placilam, to pani usmiechenla sie z uznaniem:

 - strasznie mi sie ta torba podoba. zazdroszcze, ze ma pani odwage ja kupic. swietna jest!

no taka jestem odwazna, ze bede nosila wsciekle zielona, blyszczaca torbe z czerwonym blyszczacym wnetrzem. tak mnie to zmotywowalo, ze poszlam sie zapisac do naszego klubu sportowego oraz na probna joge. jak sie za siebie nie wezme, to moja rodzina nie da sobie ze mna rady. jestem okropna.

 

 

cudna co?

 

czwartek, 21 stycznia 2016
robotki.

 

to jest wpis - laudatio dla blogow robotkowych!

lubie wszelkie blogi wnetrzarskie i robotkowe, kulinarne mniej. piekne obrazki mnie bardzo mnie motywuja: ja tez tak bym umiala! jak tylko bede miala czas, to tez tak pomaluje szafke, zasieje szczypiorek, wydziergam czapke albo nawet kocyk jakis sliczny. plany pozostaja planami, ale i tak je bardzo lubie.

dzis chcialam wam pokazac te dwa zimowe ocieplaczowe swetry z poprzedniego wpisu, ktore wydziergalam malinie. nie sa to zadne dziela sztuki, prosty kroj, i najprostsze sciegi. zadnych tam warkoczy czy pawich oczek. i po raz kolejny zrozumialam, ze foto-blogi zyja dzieki zdolnym fotografom a nie ich robotkom. zadna sztuka pomachac szydelkiem jak sie umie szydelkowac, ale sfotografowanie koncowego efektu to jest prawdziwa sztuka. przez duze SZ!!!

polozylam te moje dlubanki na stole i fotografuje je z roznych stron. a nawet z uzyciem filtra. przez ten filtr lylowy kolor zrobil sie rozowy. ani jeden ani drugi obrazek nie jest identyczny z kolorem oryginalu. z gory, z boku, z prawa czy lewa sweterki wygladaj szmatlawo. a rzeczywistosci nie sa zadnymi dzielami sztuki rekodziela, ale naprawde sa ladne.

latwiej jest opisac sweter niz go pokazac. ale wiem, wiem. to nie ma przyszlosci. pisanie jest zasciankowe.

 

z jeszcze wiekszym szacunkiem ogladam znane mi robotkowe blogi.

 

 

 

środa, 20 stycznia 2016
malinowa mama

 

wczoraj malina wyciagnela z szafy sweter, ktory zrobilam jej na drutach w tamtym roku pod choinke. rok temu troszke byl za duzy, ale teraz akuracik! gruba turkusowoczarna welna, rozszerzone rekawy-dzwony, wokol szyi wszylam troche maciupkich opalizujacych koralikow turkusowych i czarnych. nie widac ich, dopiero jak blysna w swietle. w szkole malina dostala mnostwo swetrowych komplementow. wieczorem wiec zebralam sie w sobie i wykonczylam zimowa kamizelke tunike. ostro lylowa z zielonymi supelkami, wokol szyi zamiast sciagacza wydziergalam kolnierz-komin z... kordonka w identcznym lylowym kolorze. wiem, wiem, gruba welna i kordonek, co to za polaczenie? wyszlo super.

na zime odnalazlam sliczny malutki termos i zrobilam malinie do szkoly malinowa herbate z malinowym sokiem. dzis rano czuje sie matka doskonala. dziecko zachwycone pomaszerowalo do szkoly na lylowo. i z herbatka.

 

 

wtorek, 19 stycznia 2016
malinowo-lacinskie nudy na pudy.

 

nie moge maliny wspierac w jej szkolnych zmaganiach, bo co ja jej moge pomoc w niemieckim? w matematyce jestem bez szans. w angielskim malina jest wciaz dalej niz program (mysle, ze pomoglo mi kupowanie dziennika cwaniaczka po angielsku oraz pozwalanie na ogladanie unznanych za glupie filmow - jak na przyklad H2O - w oryginale), historii i geografii malina nawet nie przynosi do domu, wszystko odrabia w szkole. w tym roku tylko raz przyniosla do domu fizyke, bo nie zalapala na lekcji i chciala zeby tatus wytlumaczyl. wykazac moge sie tylko w lacinie a i na tym polu tylko w roli przepytywacza. to jest bardzo trudna rola, bo lacina nudzi mnie tak strasznie, ze pod kilku minutach zaczynam ziewac, rozpraszam i demotywuje dziecko. dzis malina ma wielki sprawdzian z 7 rozdzialow. kazdy rozdzial ma kolo 25 slowek, wiele czasownikow ma po 2-4 tlumaczenia, trzeba wiedziec ktora koniugacja, ktora deklinacja. zgodzilam sie na przepytywanie pod warunkiem, ze malina robi mi jednoczesnie masaz plecow - inaczej nie daje rady, umieram z nudow. jedyne co mnie wczoraj podtrzymalo przed zasnieciem to ten masaz i prawdziwie gleboki respekt przed malinowymi umiejetnosciami. z tej listy dlugiej jak stad do krakowa malina znala WSZYSTKIE slowka razem z ich roznymi znaczeniami, rodzajami, odmiana.

 - boze, malina, ty nasz te wszystkie slowka!

 - no! ale trzeba przyznac, ze niektore mielismy juz w tamtym roku...

 

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016
nagłe oswiecenie.

 

w sobote malina zaczela przerabiac w polskiej szkolce krzyzakow. rozmawiamy o bitwie pod grunwaldem i scenie z mieczami.

 - i podarowali im dwa miecze... jak one sie nazywaly? - malinowe czolko sie lekko marszczy.

 - miecze grunwaldzkie?

 - nie, ona mialy taka nazwe. nie moge sobie przypomniec... - zastanawiala sie malina nie przypomniala sobie przez caly weekend.

teraz siedzi w autobusie w drodze do szkoly. i nagle dostaje wiadomosc whatsapp: "wiem teraz na reszcie jak nazywaly sie te miecze: dwie nagłe miecze!"

 

 

niedziela, 10 stycznia 2016
podobno najgorsze wlasnie minelo.

 

 

nie mam cukrzycy. tak mnie ta wiadomosc uskrzydlila, ze zdecydowalam sie na usunecie obumarlej czesci rany bez proponowanej narkozy. niestety na miejscowe znieczulenie moja rana jest zbyt opuchnieta, wiec lekarz zdecydowal sie na jakis usmierzajacy bol psikacz i uprzedzil, ze pewnie bedzie troche bolalo.

 - ej tam. wie pan, ja urodzilam dziecko... - smialam sie. zacisnelam zeby i oczy a pan zerwal zdecydowanym ruchem "zdrewniala" czesc rany a wraz z nia niemaly kawalek miesa. z oczu potoczyly mi sie lzy.

 - ale z pani twarda sztuka. nie sadzilem, ze to jednak tak glebokie... niech pani sobie krzyknie moze?... - zmartwil sie.

patrzymy na swieza dziure.

 - wie pani co? tam jest cialo obce! - pielegniarz natychmiast zapalil mu specjalna lampe zeby lepiej bylo widac. no cos tam jest! cos czarnego, od razu pomyslalam, ze mrowka! taka wielka czarna mrowka. pan zaczal wyciagac ja chirurgiczna penseta, ale zaraz przestal, bo to byla... zyla.

dostalam nowy opatrunek. maz zaprowadzil mnie do samochodu. i cieszylam sie, ze w koncu rane otworzono i przechodzil mnie dreszcz na sama mysl o tym co wlasnie mi sie wydarzylo. przestala dzialac histeryczna adrenalina, zaczelo bolec ale zaraz przestalo, bo zaczal dzialac srodek przeciwbolowy. od piatku siedze z noga oblozona lodem. zeszla mi opuchlizna. chyba sie dobrze goi.

mam nadzieje, ze ta przygoda zmierza ku koncowi. jest mi jakos strasznie ciezko. nie sadzilam, ze taka rana moze tak wplynac na humor.

 

 

 

czwartek, 07 stycznia 2016
lada moment polowa stycznia.

 

moje kochane, wspolnie dziekuje za wszystkie zyczenia i komentarze pod poprzednim wpisem. mam nadzieje, ze macie za soba piekne swieta!

moja rana niestety sie nie goi i wlasnie przechodze badania na cukrzyce. troche mnie to siedzenie u lekarza i w szpitalu lekko zdeprymowalo i nie tryskam dobrym humorem.

dzis malina poszla do szkoly - od wczoraj jest prawdziwa nastolatka, stuknela jej 13-stka. rozni nas tylko 12 cm jesli chodzi o wysokosc, ale juz stopy mamy identyczne. jako rodzice nastrojowo nie dajemy sobie rady z naszymi roznymi smutkami, ale malina swietnie to znosi i wciaz ma dla nas duzo cierpliwosci.

w poniedzialek ide do pracy. niestety ani w humorze, ani wypoczeta, z wyladowanymi bateriami.

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015
2016 - niech nie bedzie gorszy, to wystarczy.

przez prawie miesiac grzecznie chodzilam codziennie na zmiane opatrunku. nie zmieniala mi go pielegniarka tylko pani lekarka nasza wiejska - jeden z 5 lekarzy przyjmujacch tu na wsi, wiec czulam sie dobrze zaopiekowana. raz zastapil ja lekarz i tez zmieniajac opatrunek pochwalil, ze dobrze sie goi, wiec mimo, ze pieklo jak przedtem i bolalo jak nie wiem, mialam pewnosc, ze jestem na dobrej drodze do wyleczenia. wczoraj moja pania zastapila inna pani doktor. wchodze do gabinetu - a! znamy sie - byla przeciez u mnie tamtej nocy jako pogotowie jak mnie cos tak ugryzlo, ze nie moglam wytrzymac z bolu.

 - witam, witam, w czym moge pani pomoc? - pyta milo a ja na to, ze przyszlam na zmiane opatrunku.

 - a jakiego opatrunku?

 - a na na nodze, no wie pani...

 - co to bylam u pani w dom? w nocy?

 - tak.

 - to to sie jeszcze nie zagoilo???!!!

 - nie.

pani zdziwiona rozplatala opatrunek, jeszcze bardziej zdziwiona wykrzyknela: "o matko! a co to jest?" sama na te rane nigdy nie patrze jak mi opatruja, bo brzydka jest jak nie wiem co. pani wziela lupe, swiatelko, pensete i lekko zezloszczona zaczela mi na brzegach tej rany grzebac, myslalam, ze odjade z bolu. dostalam lekki opieprz, ze nie przychodze dopiero teraz. na to ja, ze przeciez jestem tu codziennie. pani zrobila wymaz rany, zadzwonila do szpitala w sasiednim miasteczku czy moga przyjac mnie w sekcji pogotowia. dostalam skierowanie, maz mnie natychmiast zawiozl. tu pani doktor zdjela opatrunk i oznajmila, ze musze zostac na noc zeby mi przeprowdzono wszystkie badania: krew, rentgen, bo rana jest taka, ze zakazenie moglo naruszyc kosc. lzy mi sie potoczyly po twarzy i to chyba pania jakos poruszylo, bo razem z pielegniarka cos poszeptaly, dostalam rurke w zyle i dwa piekne zdjecia rentgenowskie. siedzielismy tam z mezem 4 godziny, co raz telefoniecznie uspokajajac maline w domu, ze jest wszystko jest ok.

i bylo ok. kosc nienaruszona, krew bez zakazenia, specjalny opatrunek zmiekczajacy rane - jutro bedzie rozcinana (?), ale to i tak lepsze niz noccowanie w szpitalu. dzis piecze mnie jak przez ostatni miesiac niezmiennie, humor mam taki sobie, zaraz wybieramy sie do teatru, potem raclette w domu i fajerwerki nad jeziorem.

jakos stracilam nadzieje na lepszy rok 2016, ale niech chociaz nie bedzie gorszy.

 

 

 

 

 

wtorek, 29 grudnia 2015
lepszy rok.

 

nasze swieta: melancholia, patrzenie w niebo pelne gwiazd, zachwyt ksiezycem bialym jak snieg i wlasnym cieniem rzucanym na podloge w srodku nocy. a jakie niby mialy byc te swieta po takim trudnym roku? pamietam jak moja przyjaciolke porzucil maz. zaraz po tym jak stwierdzono u niego nieuleczaknego raka. umarl zanim zdazyli sie rozwiesc. stres, strach i bol wyciagaja z nas prawdziwych nas, nasze prawdziwe "ja". nagle nie da sie wiecej udawac, naciagac, zaklinac rzeczywistosc. tak samo u nas. nasze smutki zblizyly nas do siebie jeszcze bardziej choc zdawaloby sie, ze bardziej juz nie mozna, pomogly oddzielic rzeczy wazne od niewaznych. po ponad 20 wsponych latach od nowa odkrywamy, ze jestesmy dla siebie stworzeni.

zawodowo ten rok - pelen zakretow, porazek, spraw nie do zalatwienia, projektow nie do wygrania - byl ciagiem sukcesow. na bozonarodzeniowej kolacji moj szef dziekujac nam wszystkim powiedzial: "... i dzieki bogu,... i dzieki... lylowej" czym sprawil mi ogromna przyjemnosc, ale wieksza przyjemnosc nawet sprawili mi koledzy, ktorzy spontanicznie mu przytakneli bijax brawo - zawodowo bardzo mily moment. u meza tak samo. w wigiljnej przemowie maz dostal specjalne podziekowania, dzieki jego projektowi firma przechodzi transformacje, skok rozwojowy, ktorego pelnych konsekwencji juz pewnie aktywnie (zawodowo) nie bedziemy juz przezywac, bo to bedzie za 20 lat. malina przed swietami dala w szkole gazu. poprzynosila same jedynki i jakies specjalne pochwaly. pod choinke sprawila nam kilka naprawde pieknych prezentow - kupionych drobiazgow i cudow wlasnej roboty. boze, jacy jestesmy z niej dumni.

moja rana na nodze sie nie goi, moja tesciowa poszla dzis do szpitala i zostanie tam do nowego roku i przejdzie skomplikowana operacje - jak to niestety pasuje do tego okropnego 2015 roku. w azjatyckim sklepie kupowalismy dzis soje i dostalismy w prezencie trzy ciasteczka z wrozba. wszystkie trzy obiecuja dobry rok. niech wiec szybko mina te trzy dni. czekam na ten lepszy rok.

 

 

czwartek, 24 grudnia 2015
wesolych swiat moje kochane!

 

piątek, 18 grudnia 2015
dziura.

 

jak dobrze pojdzie od poniedzialku mam urlop. jak zle to jednak w poniedzialek wlacze sie jeszcze na troche w zwariowany wir projektow.

ten grudzien absolutnie pobil moje dotychczasowe grudnie. co drugi dzien siedzialam w samolocie i nawet wyskoczylam na kilka godzin do londynu. ten lot zapamietam chyba na zawsze. nie, nie bylo turbulencji ani zadnego bombowego alarmu ani nawet nie zginal mi bagaz, bo mialam tylko podreczna torbe z komputerem. do domu wrocilam pozno, malina zaraz poszla spac, maz mial wrocic nastepnego dnia. do spania wzielam sobie termoforek i zasnelam juz o 9 jak susel.

w nocy, spiac jeszcze, ale juz jakby na jawie zaczelam sie z tym termoforkiem meczyc. zaczal mnie parzyc. leniwie, w polsnie przesunelam go na najdalszy skraj lozka i spalam dalej. niedlugo jednak, bo magiczne cieplo termofora docieralo do mnie nawet z daleka, wyciagnelam sie jak moglam i wywalilam go na podloge. coz z tego skoro parzyl mnie nadal w lydke. juz, juz prawie znow zasnelam, kiedy parzenie stalo sie naprawde bolesne. obudzilam sie. zla sama na siebie zapalilam swiatlo: kurcze poparzylam sie termoforem czy co? patrze na lydke i oczom nie wierze. mam wielka czerowna plame i kilka babli i nie wiem czy wciaz snie czy nie, ale te bable rosna i widze jak lacza sie w jeden wielki babel, ktory parzy i boli tak, ze nie moge wytrzymac. jest 2 w nocy, wpadam w panike. co to moze byc? wyglada jak poparzenie, ale przeciez nie mozna poparzyc sie tak termoforem. dzwonie na pogotowie. pan pyta spokojnie czy moze wlasnie wrocilam z jakiejs egzotycznej podrozy. no nie, tylko z londynu. aha - mowi pan i wysyla lekarza. zanim przyjechal lekarz probowalam jakos schlodzic rozogniona noge lodem, ale na nic sie to nie zdalo. czekajac na ratunek wygooglowalam sobie o co chodzi: waglik. i wpadlam w panike. londyn, obylo sie bez bombowego alarmu ale przywiozlam waglika?! o boze.

przyjechal lekarz, obejrzal, wypytal o podroze egzotyczne, wykluczyl zarazenie waglikiem ale nie postawil zadnej diagnozy. przeklul babel wielkosci kurzego jajka, zrobil opatrunek, dal silny srodek przeciwbolowy i odjechal. zgodnie z jego zaleceniem poszlam nastepnego dnia do lekarza, zaintrygowana pani doktor poprosila o konsulatcje kolezanke z pokoju obok. obie panie przygladaly sie dlugo mojej krwawej ranie, wielokrotnie wzruszaly ramionami i krecily glowami. dostalam tabletki przeciwbolowe i opatrunek. bardzo mozliwe, ze w samolocie ugryzla mnie mrowka. podobno w samolotach zyja mrowki, ktore zywia sie resztkami tego co lezy w samolocie i chcac nie chca pochlania srodki dezynfekujace, ktorymi co i raz traktowany jest samolot. ukaszenie takiej mrowki moze spowodowac taka wlasnie silna reakcje alergiczna. od tygodnia zmieniam sobie ten opatrunek, w nodze mam normalnie dziure.

odpedzam od siebie moje 2015 zwatpienie w umiejetnosci niemieckich lekarzy, bo z taki zwatpieniem jest smutno.

 

 

wtorek, 01 grudnia 2015
1 grudnia 2015

wieczorem malina na dobranoc usciskala mnie mowiac:

 - idz lepiej wczesniej spac. wiem, ze masz tyle pracy i nie masz glowy do kaledarza adwentowego.

o polnocy podwiazalam wszystkie paczuszki do choinki, ktora zmajstrowalam rok temu. do kosza obok wlozylam lancuch czerwonych swiatelek.

skoro swit malina przydreptala z adwentowym prezentem "zamiast kalendarza"- ulepila je z papieru, zebysmy mialy dwa swiatelka do sniadania. dwa biale lampiony. sliczne!

byla lekko zaspana i przeszla obok kalendarza zupelnie go nie zauwazajac!

to byl fajny poranek. tatusiowi wyslalysmy zdjecia.

 



poniedziałek, 30 listopada 2015
priorytety w wykonywaniu waznych zadan.

 

nie wiem jak ja ten tydzien przezyje. mam kilka prezentacji w tym jedna w londynie. i wielkie bardzo eleganckie przyjecie (nie tam takie ze zaloze cos czarnego i zrobie wlosy tylko takie na serio) i malina ma tez swoje terminy i maz tez. logistycznie jest to sytuacja niemal nie do pokonania, bo w dodatku sypnelo nam projektami jak swiezym sniegiem. jestem w panice. zamiast przygotowywac prezentacje, przygotowalam woreczki do kaledarza adwentowego. zawisna dzis w nocy, jak tylko malina zasnie.

 

 

 

male katastrofy domowe.

 

moja letnia sukienka w czerwona kratkie zaplatala sie w pralce w bielizna meza i teraz maz jest wlascicielem kilku blado - rozowych t-shirtow. poukladal je rowniutko w szafie:

- teraz jak je bede nosil, to jakbym troche mial ciebie przy sobie. - ucieszyl sie.

 

ulubiony obrus zalalam czerwonym winem - szybko zareagowalam sola i jakos sie spralo. upralam tez dywaniki, takie podluzne, ktore leza zima i zbieraja przy wejsciu kamyki z butow. po wysuszeniu okazalo sie, ze zamiast bieznikow zostaly mi dwie male wycieraczki. w zyciu nie widzialam, zeby cos sie tak skurczylo po praniu.

 

no i wczoraj... no kurcze, wczoraj na weihnachtsmarkt zalalam sobie bladoblekitny kozuszek keczupem. jesli ktos ma pomysl/sposob/dobra rade co zrobic z plamami, ktore ciagna sie jak wzor z gory do dolu, to bardzo prosze!!!

 

poniedziałek, 23 listopada 2015
iskierki.

 

wyslalam mail do kolegi w londynie. odpowiedzial natychmiast: "moge sie tym zajac jutro? ide wlasnie z corka na kolacje i wroce pewnie pozno". w weekend pracowalam z kolegami z brukseli nad projektem. dzis skoro swit przyslali niedopracowane dokumenty. nic nie poprawilam, poslalam dalej, bo i tak jestesmy spoznieni. wielki projekt do nakrecenia w grudniu. rezyser rezygnuje. 16 grudnia jego syn walczy o czarny pas w karate i ojciec obiecal, ze bedzie mu sekundowal. jesli w tym wszystkim zlym co sie teraz dzieje na swiecie mozna znalezc jakas malenka iskierke dobra, to jest wlasnie to: swiat sie nie zatrzymal, ale jednak kreci sie wolniej. szybko przetasowaly sie priorytety. wiekszosc moich znajomych jesli nie zniknela z fb to ich obecnosc jest bardzo ograniczona. terminy sa jak byly - napiete, ale ton rozmow jest inny, pelen zroumienia, serdeczny.

 

weekend spedzilam na scinaniu zielonych galezi roznego rodzaju. malina z przyjaciolka wyprodukowaly dwa piekne wience adwentowe, wiec w przyszla niedziele nie mamy nic do roboty. dziewczyny upiekly ciasteczka i te przeznaczone do dekoracji spsikaly brokatem - efekt genialny.

 

 

 

zycie mogloby byc takie piekne.

 

piątek, 20 listopada 2015
kto kogo?

 

malinowy tatus wstal dzis troche wczesniej i  - ogolony, wyprysznicowany i piekny - polecial po swieze buleczki dla maliny. o 6:10 rano!!!

wczoraj mialam tyle pracy, ze nie zdazylam kupic swiezego chleba.

 - malina, czy ty widzisz jakiego ja ci tatusia znalazlam?

 - boze, co ja z wami mam! tatus uwaza, ze on ciebie mi znalazl!

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 listopada 2015
swiat jest taki piekny.

 

wieczorem maz pojechal po maline. usiadlam na lawce, z winem i orzechami. i tak sie gapilam i gapilam.

trzeba sie szybko cieszyc sie tym co jest. moze niedlugo juz tego wszystkiego nie bedzie?

 

 

 

piątek, 13 listopada 2015
malinowa polszczyzna.

 

malina przerabia fraszki kochanowskiego na sobote. wiele znam na pamiec i moge sie popisac przed wlasnym dzieckiem. nalepiej malina rozumie fraszke na zdrowie.

potem okazuje sie, ze oprocz czasownikow dokonanych i niedokonachy sa tez... czasowniki klopotliwe. myslalam, ze to zart. ja sie o klopotliwych czasownikach nie uczylam. o kurcze.

na koniec dziady cz.II. za nic malina nie moze wymowic "duszyczki w czysccu".

 - mamusiu, co to jest czysccu?

 - no wiesz, jest niebo i pieklo a miedzy nimi? czysciec!

 - aaa! I'm stuck in between, heaven and hell! a to wiem, wiem!

potem tlumaczymy czym jest kadziel, sklepienie, trwoga. duszki dzieci dostaja gorczyce, zeby isc do nieba... czy ja przerabialam dziady jak mielam 13 lat?

 

 

chociaz 13-sty to jednak piatek.

 

noca zapatrzona w gwiazdy, dniem odhaczam projekt za projektem. i nagle? piatek. calkiem niespodziewany piatek zamiast spodziewanego czwartku. chyba kolo srody tak jakos sie zaplatalam. przede mna proste zadania: trzeba malinie kupic buty na zime i ostrzyc plot. to co mnie w mlodosci nudzilo i zloscilo: powtarzajace sie, przyziemne czynnosci, niezbedne do normalnego egzystowania, teraz sprawiaja mi przyjemnosc wlasnie swoja prostota. jasny poczatek i definitywne zakonczenie, piekna kropka uwienczajaca wypelnione zadanie uwalnia we mnie hormon samozadowolenia. prasuje - uprasowane. zamiatam liscie - zamiecione. brakuje mleka - kupione. gotuje jajka - twarde. zapalam swiece - swieci. patrze na swiece i ciesze sie. nic nie czytam, ksiazki mnie nudza, niecierpliwia i mecza. wole patrzec i myslec. jak bede bardzo stara, to bede sobie patrzec przez okno i rozmyslac.

 

 

czwartek, 12 listopada 2015
lylowe teksty.

 

wiele dziennikow do ktorych zagladam przechodzi metamorfoze lub przygotowuje sie do zamkniecia bram. kryzys wirtualnej tozsamosci? chec zmiany bloga spontanicznego na bloga, ktory zarabia pieniadze, wyczerpanie tematu, brak czasu.

nie wiem czy mnie to kiedys dotknie. mysle, ze gdybym miala zarabiac blogiem forse - a ja uwielbiam zarabiac forse! - to by mnie to zestresowalo i paralizowalo. a z drugiej strony samodyscyplina, z gory narzucone ramy i tematy to dobre cwiczenie warsztatu. mysle sobie wtedy o kunst der fuge. albo o solistce w jeziorze labedzim czy o pogorelichu przy fotepianie. kwadratowe ramki, zelazne reguly a jednak wolna sztuka, magia, wlasny charakter.

moje wpisy powstaja w wolnej chwili. kiedy akurat mam czas, pisze to co akurat wlasnie mam w glowie. teraz. nie wczoraj, nie dzis rano. tylko wlasnie teraz. nie planuje wpisow, nie rozmyslam kiedy najlepiej je wstawic, zeby mialy duzo komentarzy. komentuja mnie zyczliwe osoby od lat i zawsze sprawia mi to ogromna przyjemnosc, ze komus sie chce tu cos napisac. uwielbiam pisanie jak jedzenie czekolady. w mojej glowie trwa nieprzerwany monolog, opisy, zachwyty i zlosc, wzruszam sie i wsciekam sie tekstami z wielokropkami, pytajnikami i wykrzyknikami. ale najbardziej lubie kropki. nie ma nic ladniejszego od zgrabnego zdania zakonczonego kropka. taki tekst, refleksje czy komentarz lub opis zapisuje tu jesli akurat siedze pred komputerem. jesli nie, to przeplywa on przez moja glowe i odchodzi w zapomnienie. i nic nie szkodzi, bo zaraz przychodza nowe mysli, emocje, cos sie wydarza. moglabym pisac w zasadzie caly czas. pisze nawet jak nie pisze.

 

 

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum