wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 15 kwietnia 2016
home office

 

zeby mi sie nie nudzilo w czasie dlugiej i nudnej tele-konferencji, wzielam sie za obieranie ziemniakow ze sluchawkami na uszach. tak sie jednak wsluchalam w rozmowe, ze nagle ziemniaki sie skonczyly, wiec obralam szparagi. tez sie nagle skonczyly. rozmowa tez sie skonczyla i wtedy do kuchni wkracza maz:

 - robimy frytki?

z rozpedu obralam 3 kilo ziemniakow i prawie kilogram szparagow. nawet nie wiem kiedy.

 

 

 

 

 

czwartek, 14 kwietnia 2016
malinowy lekarz

 

no wiec poszedl tatus z malina do lekarza. lekarz maline zobaczyl, powiedzial, ze taki wiosenny czas i ze wszystkie dzieci choruja, przepisal trzydniowy antybiotyk i wyslal do lozka.

to ja kurcze nie daje dziecku lekarstawa na zbicie goraczki a ten ja zaraz antybiotykiem traktuje? zapakowalismy maline w samochod i pojechalismy do naszeg bylego lekarza (z czasow mieszkania w chatce). przez korki i odleglosc spedzilismy w jedna strone poltorej godziny w samochodzie i tylez zajal nam powrot. ale chyba oplacalo sie, lekarz przebadal malinie pluca (test z oddychaniem przed i po inhalacji), pobral krew, ktora wykazala, ze chodzi o wirus i zaden antybiotyk nie pomoze. tak wiec dzis malina lezy w lozku i jej glownym zadaniem jest odpoczynek.

co lekarz to diagnoza.

 

 

wtorek, 12 kwietnia 2016
zmeczenie.

 

odkad malina poszla do szkoly przestala chorowac. jakis tam dwudniowy katar i juz. jak wiec wczoraj wrocila ze szkoly blada i z zalzawionymi oczami, wpadlam troche w panike. niby nic, dzieci rzeciez choruja od czasu do czasu, ale niestety malinowy kaszel wywoluje we mnie zapomniany strach i boli jak styropian po szybie. wczoraj w nocy malina miala 40 stopni goraczki a maz z byl w stuttgarcie. cala noc siedzialam i zmienialam jej kompresy, na nozki kladlam termofor z zimna woda. co opadalam z sil i niemal zsypaialam, malina majaczyla w goraczce i to stawialo mnie natychmiast do pionu. zmienialam zimny kompres i od nowa czytalam co ma w sobie lekarstwo na obnizenie goraczki. ta karteczka znow stawiala mnei do pionu. sama siebie zadziwilam, ze o po 2 godzinnym snie o swicie, wstalam zeska i gotowa do pracy. malina wyspana, blada, bez goraczki i silna. zrobilam jej kapiel, zmienilam posciel i pizame. takie dbanie o dziecko daze duzo energii. ciesze sie, ze dalysmy rade bez tabletek ufajac magicznej mocy goraczki. do 15:00 pracowalam jakby nigdy nic. kolo 15:00 telefonowalam jak zwykle maszerujac po domu. pod koniec rozmowy przysiadlam na sofie. skonczylam rozmowe. przechylilam sie w strone poduszki, pomyslalam, ze ogrod ladnie wyglada z tej perspektywy i nie wiadomo kiedy zasnelam jak susel. na szczecie kolo 16:oo zadzwonil maz i uratowal mnie przez zaspaniem na telefoniczna konferencje. o boze jaka jestem zmeczona a konca dnia nie widac. wszyscy na raz czegos chca.

 

czwartek, 07 kwietnia 2016
duzo lepiej.

 

drugi miesiac bezglutenowo i bez mleka schudlam, mam wiecej energii, przestaly mi wypadac wlosy, mam dobry humor, polecialam do portugalii i nawet w drodze powrotnej w rozklekotanym samolocie linii TAP nie mialam ani jednego ataku paniki. nie jest mi juz zimno, nie ciagnie mnie skora wokol oczu, mam ochote na sacery, sport i sile na czytanie ksiazki poznym wieczorem. wszystko poprawilo mi sie na dobre. na bardzo dobre! a jak mi sie pracowac nie chcialo tak nie chce...

 

wtorek, 05 kwietnia 2016
22.

 

kiedy ogladamy jakis film o pieknej milosci, o przyjazni, o szczesciu, z jakas romantyczna scena rzucamy sobie porozumiewawcze spojrzenie: pieknie, ale co oni tam wiedza... ciagle wydaje nam sie, ze wygralismy los na loterii, ze przytrafilismy sie sobie jak slepej kurze ziarno, jak jestesmy jak garnek z pasujaca przykrywka, jak plus i minus, nie mozemy bez siebie zyc jak ogien bez powietrza, jak roslina bez slonca, ciagle wydaje sie nam, ze to sie dopiero co zaczelo i nie do wiary, ze to juz 22 lata.

w sobote malina uraczyla nas domowym sushi, w niedziele swietowalismy we dwoje na tarasie w slocu i liczylismy kiedy byl nasz cywilny slub: 5 czy 7 dni przed koscielnym? w sumie powinnismy swietowac slub cywilny, ktory byl dniem smiechu, radosci, swietnej zabawy i party do rana w moim maciupkim mieszkanku w warszawie. dzien slubu koscielnego byl pelen porazek, wiekszych i mniejszych katastrof i choc dzis swietnie sie to opowiada, to jednak nie bylo tak nam wtedy tak wesolo jak to sie dzis z perpektywy 22 lat wydaje.

 

 

poniedziałek, 04 kwietnia 2016
bez szalu (zaispirowana odpowiedzia aliska) +++ (edytowane: maraton juniorow)+++

 

alisek napisala tu w odpowiedzi czy jej coreczce podobalo sie pierwszy raz na nartach: "ale w ramach jej trzyipolletnich mozliwosci. bez szalu."

i tak przypomnialo mi sie jak zima gadalam sobie z pania masazystka w spa. pani wychowala trzech synow, goralka, nigdy nie widziala morza. zanim zostala matka trenowala narciarstwo, potem uczyla jazdy na nartach, teraz mocnymi ramionami dorabia sobie dwa dni w tygodniu w spa. tak jej opowiadam, ze wkurzaja mnie rodzice, ktorzy zabieraja na 2000-nik malutkie dzieci, ktore jeszcze nie umieja jezdzic na nartach. trzymaja je sobie miedzy nogami i szusuja po oblodzonym stoku. na dwutysieczniku jezdza ludzie ktorzy dobrze jezdza, niektorzy pedza z niemozliwa szybkoscia a ci, ktorzy jeszcze czasem traca panowanie nad nartami na lodzie, zeslizguja sie z panika w ruchach. nie rozumiem dlaczego koniecznie trzeba to dowswiadczenie, to ryzyko dzielic z maciupkim dzieckiem. zalozmy, ze narciarzowi tacie/mamie cos sie stanie, to co? dziecko zeslizgnie sie w przepasc? czy male dziecko potrzebuje takich atrakcji? tej wysokosci? tego pedu?

zaraz sie ugryzlam w jezyk:

 - pani pewnie tez tak robila ze swoimi synami? no bo jako zawodowa narciarka?...

ale pani sie rozpromienila. absolutnie nie! jej synowie szaleli na oslich laczkach, bo dzieci musza same poczuc, ze panuja nad nartami, ze same cos osiagnely i co sezon cos sie zmienia, wieksza gora, czerwone szlaki, czarne szlaki, gleboki snieg, oblodzone stoki. nie ma sensu przekazywac dziecku, ze jest straszno, ze ma sie trzymac, ze ma uwazac, ze mama trzyma na wyciagu, wsadza na krzeselko. wszystko za duze, niebezpieczne. jak dzieci maja sie czuc silne i rozwijac sie? jej chlopcy jezdzili na nartach od 3 roku zycia, pierwsze dwa sezony na oslich laczkach. zeby sie wybawic! i wyhulac w sniegu. bardzo mi sie to spodobalo, bo tak wlasnie myslalam o malinie, ze do jezdzenia na nartach doszla sama. pamietam jak dumnie pokonywala na mini nartkach dwa malutkie pagorki (ostanio pokazalam jej gdzie sie uczyla, hmmmm teraz to wyglada jak nizina:-), ktore dla niej byly skocznia alpejska.

napisalam o tym, bo co roku jak widze tych ambitnych rodzicow na 2000niku to mysle, ze to niezla metafora rodzicielstwa. taki sygnal dla dziecka: jestem twoim silnym ojcem, nie boj sie trzymam cie.

ja wole rodzicielstwo: jestem twoja silna matka a ty jestes moja silna corka, nie musze cie trzymac.

 

------------------

wlasnie natknelam sie na artykul o "juniormarathon in linz", ambitni rodzice wzieli udzial w maratonie razem z dziecmi, niektore dzieci byly na ten maraton za male i slabe: http://m.kurier.at/chronik/oberoesterreich/linzer-juniormarathon-eltern-zerrten-ihre-kinder-ins-ziel/190.897.393

organizatorzy rezygnuja w 2017 z tego maratonu.

 

 

 

wtorek, 29 marca 2016
i po swietach.

 

mam nadzieje, ze wszyscy tu zagladajacy mieli cudne swieta wielkanocne! spoznione, ale serdeczne zyczenia zdrowia i pieknej wiosny!

my sie w tym roku ze swiat wypisalismy, spontanicznie znalezlismy apartment w lizabonie. szesc dni wloczylismy sie bez celu, jedlismy w poleconych przez przyjaciol restauracjach albo samodzielnie odkrytych miejscach. wiatr od atlantyku wyleczyl nasze ciagnace sie od tygodni przeziebienia. pieknie spedzony czas, fajne zlote sandaly dla maliny, nowe ulubione wino, krotkie, kojace zapomnienie.

maz i malina maja jeszcze ferie, ja juz dzis na sluzbie.

 

poniedziałek, 21 marca 2016
malinowy swiety spokoj.

 

w czasie dni zadumy wychowawczyni uroczyscie zebrala wszystkie telefony, ipody i pady i zamknela w specjalnej skrzyni. myslalam, ze malina sie na to oburzy albo przynajamniej bedzie z lekka niezadowolona, ale... dziewczyny zauwazyly, ze trzy dni bez sprawdzania whatapps i youtube sa... swietne!

 - mialysmy swiety spokoj.

rozmowy, zabawy, smiech i lzy, disco, wymyslanie fryzur, nocny spacer z latarkami - normalnie jak za moich czasow.

od dzis malina ma ferie. wlaczyla sluchowisko i produkuje kartki wielkanocne. juz dawo nie widzialam jej w takim swietnym humorze.

 

 

poniedziałek, 14 marca 2016
malinowa obsada zemsty

 

"zemsta" - mimo checi, malina nie dala rady przeczytac na sobote do konca, wiec w piatek uratowalam ja ekranizacja w rezyserii wajdy. malina zakochala sie w podstolinie:

 - boze jaka ona piekna!

 - to jest kasia figura, kiedys byla wielka gwiazda polskiej telewizji.

 - f i g u r a? naprawde sie tak nazywa?

 - tak.

 - to bardzo do niej pasuje, piekna jest! no i ten push up! genialny!

 - to nie jest push up. ona ma takie piersi.

 - swietne!!!! rezyser zle obsadzil jej role. figura powinna grac klare. a papkin powinien byc waclawem!!! to by byla prawdziwa milosc!

 

 

 

 

piątek, 11 marca 2016
wieczor bez maliny.

 

przez te wszystkie chorobska pod koniec roku nie dotarlismy do kina na "spectre". wczoraj wieczorem, korzystajac z nieobecnosci maliny, nadrobilismy te zaleglosc. daniel craig jest dla mnie jedynym seksownym bondem i poniewaz uwielbiam energetyzujaca muzyke z bonda, a zadne dziecko nie spalo na gorze, ogladalismy film z tonem rozkreconamy na caly regulator. mimo, ze muzyka troche mnie rozczarowala, a zbtoksowana twarz craiga prawie nigdy nie zmieniala swego wyrazu, bawilismy sie swietnie. szczeglnie, ze mielismy za soba swietna kolacje z lososiem, jedyna ryba, ktorej malina nie znosi.

kolo 23 sprawdziwlam wiadomosci whatsapp. zadnego dobranoc od maliny. widze, ze od rozmowy telefonicznej o 19:00 (kiedy przyslala tez zdjecie z entuzjastycznym: "tutaj jest swietnei!!!") nie logowala sie telefonicznie. ja sie troche zmartwilam, ale maz stwierdzil, ze tak ma wlasnie byc.

 

 

czwartek, 10 marca 2016
malinowa matka poranna

 

sa takie dni, kiedy bardzo latwo zdobyc medal na matke roku albo chocby kilka plusow czy gwiazdek. i to byl taki dzien.

malina pojechala rano na dni zadumy (refleksji?), bedzie nocowala w bardzo pieknym miejscu, w nocy maja marsz z latarkami i w ogole maja sie zastanawiac jak to z tym zyciem ogolnie jest. malina spakowala wczoraj torbe podrozna, pizame, kosmetyki, ksiazke. rano uplotlam jej dwa francuskie warkocze, zapakowalam dwa zajace z ciasta i orzeszki na droge. wsiadamy do samochodu i ruszamy szybko, bo jednak w tych porannych rytualach troche sie zaplatalysmy a nie bylo tatusia zeby nas popedzil. ale co tam do przystanku mamy 2 minutki a jej busik przyjezdza za 4. i nagle:

 - malina, a zoltego jaska i mimi wzielas?

 - nie! - przerazenie w glosie i z rezygnacja - no trudno...

i wtedy kamera fokus na matke roku:

 - dobra, zawracamy. jak sie spoznimy na busik, to najwyzej zawioze cie prosto do szkoly.

zawracamy z piskiem opon, malina wyskakuje z samochodu, klucz w garsci, ja wykrecam samochod, malina wraca z jaskiem i mimi, wskakuje do samochodu. ha! czujemy sie jak po skutecznym obrabowaniu banku a w dodatku zdazamy na busik. jestem tego ranka najlepiej wysciskana i wycalowana matka na swiecie, a tysiace serduszek i kwiatkow oraz "dziekuje" ktore dostalam przez whatsapp zaraz potem  tylko potwierdzily, ze dzisiesza misja zakonczyla sie sukcesem: nadaje sie na matke!

 

 

 

wtorek, 08 marca 2016
maz lylowy.

 

 

maz mial dzis spotkanie w centralnym biurze bmw. wczoraj bmw ochodzilo hucznie 100 lat istnienia - bylo o tym glosno we wszystkich mediach. dzis maz wrocil wlasnie z rzeczonego spotkania i opowiada:

 - wiesz, ze bmw dzis witalo w drzwiach kazda kobiete czerwona roza. dziwne, co? bo przeciez te setne urodzny byly wczoraj. pewnie chodzi o zachecenie kobiet do kupowania bmw? ale i tak dziwne.

 - a ja mysle, ze dzis jest dzien kobiet.

 - a jest?

 - jest.

 - aaaaa... no to teraz to ma sens!

 

 

 

nichts kommt zweimal

 

siodma klasa jest podobno przelomowa. tak mowili rodzine pod koniec 6 klasy a ja nie wdawalam sie w dyskusje, bo troche przestalam wierzyc w okoliczna legende, ze malinowe gimnazjium ma taki wysoki poziom i ze wiele dzieci nie daje rady dojsc do matury. do siodmej klasy przepchniete zostaly nawet najwieksze klasowe leniuchy a malina nie uczac sie wiele miala drugie najlepsze swiadectwo w klasie. pomyslalam, ze to taka bujda z tym poziomem, szkola jest prywatna, nie wyrzuca sie przeciez zadnego ucznia, ktory regularnie placi czesne. na poczatku 7 klasy, pan dyrektor uprzedzil nas, ze 7 klasa to wielki sprawdzian. chlopcy przestaja biegac z piankowym mieczem i tarcza po ogrodzie, dziewczynki odkrywaja pierwszy krem przeciwzmarszczkowy, caly swiat zaczyna sie krecic w nowym rytmie i niestety odbija sie to na ocenach, niektorzy nie dadza rady na zakrecie. i rzeczywiscie, po feriach klase opuscilo dwoje uczniow, 5 osob jest zagrozonych niezdaniem do nastepnej klasy. repetowaniem jeli nie poprawia sie do konca roku szkolnego. jest powaznie. miesiac temu umarl mnich - ogrodnik. dzieci pozegnaly go modlitwa w krypcie, dla wielu - jak dla maliny - byla to pierwsza stycznosc ze zmarlym czlowiekiem. choroby  w naszej rodzinie, wiadomosci radiowe o zamachach, o wojnie - swiat pokazuje malinie swoje cienie.

wlasnie w 7 klasie dzieci jada w piekne miejsce na dwa dni refleksji, czyli dni zamyslenia - die besinnungstage. dziewczynki najpierw sie ucieszyly, ze to nocowanie z czwartku na piatek, bo... no bo w czwartek jest kolejna edycja germany top model! dobrze, ze nic nie komentowalam, bo sprawa rozwiazala sie sama po przeczytaniu planu tych dwoch dni. w czwartek wieczorem dzieci maja sie cieplo ubrac i ida (ku rozczarowaniu wiekszosci!) na wieczorny spacer. 

 - malina, nie liczylas przeciez, ze ktos pozwoli wam na ogladanie jednego z najglupszych programow w telewizji, jak wy sie macie tam zastanawiac nad sensem zycia.

 - ale ja nie umiem sie zastanawiac nad sensem zycia...

 - oczywiscie, ze umiesz. popatrz, w sobote recytowalas ten wiersz szymborskiej i zastanawialysmy sie co to jest wprawa i rutyna i ze wszystko sie zdarza tylko raz. a nawet jak sie zdarzy drugi raz to tu juz nie jest dokladnie to samo.

 - i to sie liczy jako rozmyslanie o sensie zycia?

 - tak...

wyszukalysmy niemieckie wydanie szymborskiej.

Nichts kommt zweimal vor,
auch wenn es uns anders schiene.
Wir kommen untrainiert zur Welt
und sterben ohne Routine.

malina wlozyla zakladke do ksiazki i postanowila nauczyc sie tego po niemiecku. to bedzie jej glos w dyskusji.

w nocy musialam dwa razy do niej wstawac, bo snily jej sie koszmary. niestety zastanawianie sie nad sensem zycia jest bolesne.

 

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016
Nic dwa razy się nie zdarza

w czwartek malina zadzwonila, ze nie chce isc do polskiej szkoly w sobote, bo nie nauczyla sie wiersza. jakiego wiersza. byle jakiego tylko zeby byl autorstwa wislawy szymborskiej.

 - o! szymborskiej? pieknie!

 - nie pieknie, bo musze sie uczyc matematyki na test i w ogole nie wiem gdzie szukac, bo w ksiazce nie mam zadnego wiersza szymborskiej.

z telefonem przy uchu malina na moja prosbe wedruje do regalu z ksiazkami - pierwsza szafka od sciany po prawej stronie, na tej polce co stoi ten blaszany kurczak.

 - widzisz? - pytam

 -  widze...hmmm.. no ksiazki.

 - czytaj autorow.

 - hmmm... szymborska... szymborska... szymborska.. o! to mamy jakis wiersz co?

 - mamy! - smieje sie - nawet mamy ich niemieckie tlumaczenie!

wybralysmy wiersz:


Nic dwa razy się nie zdarza  
i nie zdarzy. Z tej przyczyny  
zrodziliśmy się bez wprawy  
i pomrzemy bez rutyny.  
 
Choćbyśmy uczniami byli  
najtępszymi w szkole świata,  
nie będziemy repetować  
żadnej zimy ani lata.  
 
Żaden dzień się nie powtórzy,  
nie ma dwóch podobnych nocy,  
dwóch tych samych pocałunków,  
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.  
 
Wczoraj, kiedy twoje imię  
ktoś wymówił przy mnie głośno,  
tak mi było, jakby róża  
przez otwarte wpadła okno.  
 
Dziś, kiedy jesteśmy razem,  
odwróciłam twarz ku ścianie.  
Róża? Jak wygląda róża?  
Czy to kwiat? A może kamień?  
 
Czemu ty się, zła godzino,  
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?  
Jesteś - a więc musisz minąć.  
Miniesz - a więc to jest piękne.  
 
Uśmiechnięci, współobjęci  
spróbujemy szukać zgody,  
choć różnimy się od siebie  
jak dwie krople czystej wody.  


malina przeczytala mi go przez telefon. bardzo sie wzruszylam. w piatek powtorzyla go kilka razy a w sobote dostala szostke z gwiazdka. robie ten wpis sobie ku pamieci, zeby poklepac sie po ramieniu. mysle, ze malina ma swietna pamiec i to jest jej talent, ktory tak zwyczajnie ma, bez wiekszego mojego wplywu. jednak kiedy dzis zobaczylam ten filmik: http://mamatatatablet.pl/ pomyslalam, ze jednak troche w tym naszej zaslugi, ze malinie tak lekko idzie w szkole. fakt, ze film poleca nieuzywanie tabletu przez dzieci 0-2 lat bardzo mnie rozczarowal. taki fajny film a taki glupi na koniec. albo chodzi o wychowywanie dziecka albo nie.

 

 

 

 

sie zmieniam.

 

na ostatnie party zalozylam czarny plaszcz ostro wciety w pasie, czarna bluzke, czarne spodnie przed kostke, czarne buty i ostro kolorowe sparpetki, ktore mialy wystawac z przykrotkich spodni. efekt wyszedl taki sobie, bo spodnie mi sie ciagle zsuwaly, wiec nie bylo widac skarpetek! to taki dodatkowy efekt diety bezglutenowej. nie chudne jakos spektakularnie, tylko powolutku. jem same smaczne rzeczy i nigdy nie jestem glodna.

ale nie tylko to mnie cieszy. w sobote lecialam wielgachnym samolotem (na polnocy niemiec zaczely sie ferie i lotnisko zapelnilo sie dziecmi. juz dawno nie mialam do czynienia z taka iloscia malych dzieci i widze, ze kurcze nic sie nie zmienilo! niemieckie mamy nadal nie wycieraja dzieciom nosow. bleee) i rzucalo nami tak ze stewardesy rozdaly tylko slodkie batoniki i zrezygnowaly z podawania napojow. myslicie ze sie nie balam? balam sie! nie jakos tak panicznie jak zwykle, ze nie moglam oddychac, tylko jak kazdy chyba w czasie turbulencji. jestem ta reakcja zdziwiona i zaskoczona.

spotkalam ostatnio kogos kogo dawno nie widzialam i poszlismy na kawe. ja prosze kawe z mlekiem sojowym, on tez.

 - o! sojowe mleko? smakuje ci, czy poddajesz sie modzie? - pytam wesolo. jako odpowiedz dostaje krotka historie jego choroby, burn out, depresja, lekarstwa na chora dusze. dwa lata temu dostal sie w rece lekarza, ktory obiecal mu wyzwolenie od depresantow, ale musi zrezygnowac z produktow mlecznych i glutenu. nie od razu, ale udalo sie. bral coraz slabsze leki, teraz nie bierze zadnych. czuje sie dobrze, pracuje, rodzina odetchnela ale przede wszystkim odechnal on.

moze to wszystko zbiegi okolicznosci. nie wiem. czuje, ze sie zmieniam.

 

 

wtorek, 01 marca 2016
kobieta upadla.

tydzien temu maz mial spotkanie niedaleko lotniska, wiec przy okazji zawiozl mnie na lotnisko. to oznacza, ze: 1. wstalam odpowiednio punktualnie. 2. moja walizka lezala grzecznie w bagazniku odpowiednio wczesnie. 3. spokojnie podrzucilismy maline do jej autobusu. 4. ruszylismy na lotnisko a maz jak zawsze domagal sie pochwal, ze prosze jak to dobrze tak wczesnie bez paniki, pospiechu i zadyszki zorganizowac sobie poranek. no ma racje, ma racje! jedziemy sobie, mamy mnostwo czasu, moze nawet wypijemy jeszcze wspolna kawe na lotnisku. a nie. kawy nie pije. no dobrze: herbate. gdybym byla sama spedzilabym te 15-20 min raczej dluzej w lozku niz na lotnisku, ale nie narzekam, bo taki poranny nie_pospiech tez ma swoje plusy.

ale nagle. ups! korek. untknelismy na autostradzie. na lotnisko mamy niedaleko. tylko 10 minut! cyk, cyk,cyk...  20 minutowy bufor zaczyna topniec. cyk, cyk, cyk. stoimy jak stalismy. nie mamy szans. zaczyna zblizac sie czas w ktorym musze oddac bagaz. cyk,cyk,...cyyyyk... ok. juz nie moge oddac bagazu. no to koniec, absolutna katastrofa, mimo ze wlasnie korek sie rozproszyk i ruszamy z kopyta. w zyciu mnie z ta waliza i bagazem podrecznym nie wpuszcza do samolotu! w walizce mam kosmetyczke pelna kosmetykow, ktore mi wywala. juz mi smutno. plaszcz zakladam jeszcze w samochodzie. maz wjezdza na parking ale tylko jakos obok, blizej drzwi, wyciaga mi walize bagaznika i musi szybko odjechac, bo tu za nic nie wolno parkowac. od walizki odpada niedawno zreperowane koleczko. nic to i tak musze przeskoczyc niska barierke, lapie walize w garsc. przez ramie mam przewieszona torbe z koputerem. przeskakuje przez barierke, trace rownowage przez ciezka walizke i padam w bloto. wstaje, w moim sercu nadzieja, ze maz juz odjechal i tego nie widzi, ale nawet sie nie odwracam. swinskim truchtem biegne do automatu na bagaz, rzucam walizke na tasme, wstawiam telefon z biletem pod czytnik. czytnik bezdusznie: za pozno! biegne do okienka first class (kiedys mi taki numer przeszedl) - tam niestety siedzi jakas zolza w zlym humorze i odpowiada, ze mam eko i zebym sobie przebukowala lot na pozniejszy. nawet nie slucham jej do konca, tylko znow swinskim truchcikiem, z waliza w garsci, na bezdechu i w zabloconych butach kieruje sie do bramki i tu wpadam w objecia usmiechnietej blondynki z lufthansy. aniol stroz jakis czy co? niestety nie moge mowic, bo jestem w takiej panice i zadyszce, ze ani krzykiem ani szeptem... macham tylko telefonem z wyswietlonym biletem. pani spokojnie wczytuje sie w ekranik:

 - tylko spokojnie, prosze sie nie denerwowac. ma pani jeszcze 20 minut do odlotu.

 - uhuhuhuuu uuu uuu - nie moge zlapac powietrza.

 - prosze tu stanac w kolejce.

 - niestety nie przepuszcza mnie z ta waliza a nie zdazylam jej nadac na bagaz...

pani przymruza oko: niech pani wyciagnie z tej walizki cos grubego, zeby wygladala chudo.

wyciagam grubasny plaszcz. korzystajac z zamieszania z dzieckime ktore nie chce przesc przez przeswietlajaca bramke pakuje moje klamoty w kosze: torbe, komputer i telefon, wlasnie zdjety plaszcz i szal, plaszcz wyciagniety z walizki, buty. ostentacyjnie wyjmuje wielka tube gelu do zmywania makijazu vichy, ze niby tak, tak, tak, no mam plyn... zapomnialam. celniczka kreci ze smutkiem glowa: ale szkoda... i wyrzuca go do kosza. a mi nic a nic nie szkoda bo wlasnie staje sie cud. przepuszczaja mnie z tymi wszelakimi bagazami i kosmetykami w walizie. ufff. i znow truchcikiem, tym razem do gate i znow nikt nie widzi, ze mam za duza walizke. samolot przepelniony, moj sasiad oburza sie ile miejsca zajelam na polce i gniote jego plaszcz. jezu a jak mnie teraz wywala??? nie. nie wawala, bo startujemy.

siedze. dopiero teraz czuje co sobie zafundowalam obciskajacymi majtasami (chcialam byc taka szczupla, bo po ladowaniu czekala mnie sesja zdjeciowa). jestem mokra jakbym wyszla z wanny.

potem juz dzien dzieje sie wedle planu. dopiero w nocy, w lozku czuje jak opuszcza mnie ten poranny upadek z walizka. kazdemu sie moze zdazyc, co? pewnie, ze moze, ale jest to strasznie upadlajace i slabe. bardzo niemile uczucie.

 

 

niedlugo wielkanoc.

poniedziałek, 29 lutego 2016
bezglutenowo i bezmlecznie.

 

wczoraj wieczorem gralismy w scrabble po niemiecku i wygralam. o 19:00. niby nic nadzwyczajnego, ale normalnie o tej porze nie moge grac w zadna intelektualna gre, bo glownie walcze ze snem i wsciekloscia na sama siebie, ze nie moge sie skupic na zabawie z wlasnym dzieckiem. w sobote o 7:30 rano parze sobie herbate w kuchni. pachnie owocowo. maz jeszcze spi, poczytam sobie. z gory drepcze malina z ulubionym kocem i ksiazka. poranny rytual: tatus pije kawe, malina na sofie pod kocykiem czyta ksiazke - ja normalnie spie do 9 lub do 10 i probuje najpierw zimnym prysznicem a potem goraca kawa doprowadzic sie do stanu obudzenia. malina robi okragle oczy:

 - mamusiu???! a co ty tu robisz?

przestalo mnie bolesnie drapac w gardle czyli chyba mija mi alergia na kota, ktorego przeciez nie mam. skora wokol oczu mnie nie ciagnie a nie zmienilam kremu.

minal trzeci tydzien bez glutenu i przetworow mlecznych. jestem niesamowicie zaskoczona, niezmiennie mnie dziwi... poprawa nastroju. czuje jakbym wyszla z zadymionego pokoju wprost do lasu, na swieze powietrze.

od lat lekarze aplikuja mi horrendalnie drogie infuzje zelaza, od niedawna zastrzyki b12, hormony tarczycowe. po tych roznych kuracjach nie spodziewam sie jakiegos tapniecia, ale niechby mi sie choc troche zrobilo lepiej. nic a nic, zadnych efektow. a tu? po trzech tygodniach niespodziewanie zupelnie nastapilo wlasnie tapniecie. jestem bardzo ciekawa co bedzie dalej, czy to sie utrzyma?

wczoraj po sniadaniu wyskoczylysmy z malina na 3 godziny na narty. siedzimy na wyciagu a malina:

 - nie wiem dlaczego, ale jakos sie zmienilas. jestes taka... zadowolona.

no sama nie wiem. cieszy mnie nawet to, ze wieczorem czytam ksiazke. 2015 jest w moim zyciu historycznam rokiem, w ktorym... nie przeczytalam ANI JEDNEJ ksiazki do konca. ani fizycznie ani intelektualnie nie moglam.

wlasnie zaczal sie rok malpy. moj rok.

 

 

 

wtorek, 23 lutego 2016
bezglutenowy chleb z przepisu tessy

tesso, tu mozesz umiescic ten przepis. jak masz po niemiecku to tez!

wiem, ze nie prowadzisz bloga, wiec pomyslalam, ze zrobie na te okazje taki wpis, zeby potem zawsze latwo bylo szukac:-)

niedziela, 21 lutego 2016
lylowa bezglutenowa.

 

sama z siebie przeszlam na diete bezglutenowa. w czasie ferii wpadl mi w rece artykul, ze chorujac na hashimoto powinno sie uwazac na gluten. poniewaz od poczatku grudnia odwiedzam wielu roznych lekarzy, nie chce mi sie isc jeszcze z tego powodu do lekarza. szczegolnie, ze po wielkanocy mam rutynowe badanie tarczycy. mysle, ze kiedys musialo byc trudno gotowac bez glutenu. teraz w kazdym sklepie jest dzial bezgutenowy. po 10 dniach niewiele moge powiedziec. czuje sie lzej. strasznie jestem ciekawa, czy po dluzszej diecie bede sie czula jakos zdecydowanie lepiej.

 

wtorek, 16 lutego 2016
i po feriach.

 

w tym roku nie pojechalysmy o chaty na stoku, bo do konca nie wiedzialam, czy dam rade jezdzic na nartach z chora noga. zdecydowalysmy sie w ostatniej chwili i znalazlysmy pokoj w pieknym hotelu w dolinie pod nasza ulubiona gora. piekne spa, ale bez basenu i korzystanie z niej dozwolone od lat 14 okazalo sie genialnym rozwiazaniem. absolutna bloga cisza i cudowna panorama. po calodziennym bialym szalenstwie lezalysmy sobie na genialnych materacach wypelnionych sianem albo na lozkach-hustawkach. malina miala swoj pierwszy pedicure z masazem stop i zafarbowalysmy jej same koncoweczki wlosow na rudo. bal karnawalowy lekko nas znudzil, wiec zabralysmy ciastka i picie do pokoju, ja wskoczylam do lozka (cale ferie bylym przeziebiona) a malina spiewala mi rozne piosenki i "wystepowala". 9 dlugich dni mialysmy slonce i cudny snieg jak ze reklamy wakacji w austrii. jezdzilysmy codziennie od 9 do 16:15. czuje sie, mimo przeziebienia, odswiezona i przewietrzona. na dwa dni wpadl do nas tatus - dwa dni lezenia z ksiazka w spa dobrze mu zrobily. moje zycie z malina nabiera nowego wymiaru. jestem jak planeta baza. malina jest samodzielna, myslaca, pomyslowa, mala satelitka na swojej wlasnej orbicie, ktora czasem szuka bazy. polroczne swiadectwo rewelacyjne, stosunki towarzyskie kwitna. jest fajnie.

 

 



czwartek, 28 stycznia 2016
masz zielone? mam!

 

kiedys zrobilam o tym wpis, a niedawno rozmawialam o tym z malina: magia slow. slowo mowione i pisane rozwija wyobraznie u dzieci, cwiczy umysl na starosc, pomaga przeniesc sie w wymarzony swiat, zabawic sie rzeczywistoscia.

dlatego wciaz - mimo internetu - agencje reklamowe szanuja reklame radiowa. na przyklad agencja podrozy reklamuje "wakacje twoich marzen" i kazdy intuicyjnie przenosi sie w gory, na morze, lazi z plecakiem po lesie i szuka miejsca na namiot, kolysze sie na wielbladzie, lezy w marmurowej spa i oddaje sie masazom, nurkuje, zegluje, zwiedza ciekawe muzeum... bo dla kazdego wymarzone wakacje sa "jego", wlasne, prywatne z dziecmi lub bez, z rodzina lub z przyjaciolmi, leniwe lub aktywne. a juz ta sama agencja w reklamie telewizyjnej musi skierowac sie do roznych grup docelowych: pokaze obrazek i juz. i nie ma wyjscia - jedni od razu beda chcieli jechac a inni az sie wzdrygna przed tym obrazkiem.

gdybym wczoraj zrobila wpis, ze kupilam sobie genialna, zielona torbe - to bylby energetyczny wpis o wielu pieknych zielonych torbach. ile czytelniczek, tyle toreb. a tak to jest jedna blyszczaca torba i jeden ja lubi inny nie - co tez jest oczywiscie super, bo od razu sobie mozna pogadac w komentarzach, co bardzo lubie.

dla ciekawosci wrzucilam w google haslo: ladna zielona torba i google wyplulo tysiace cudow:

 

 

 

 

zupelnie zwariowalam na punkcie zielonego - wszystkich odcieni. wyremontowany dach podmalowalismy blado zielono, na wiosne w tym samym kolorze przelecimy po drzwiach, tarasie i moze nawet garazu. do kuchni kupilam na jedna sciane zielonkawa tapete. nowy cieniutki zielony paseczek, zielonkawe doniczki na wiosne, zielone supelki w malinowej kamizelce. zielony to kolor nadziei.

 

 

 

środa, 27 stycznia 2016
szukanie energii.

 

ponad 7 tygodni siedzialam glownie z noga na taboreciku i jadlam. humor gorszy z dnia na dzien. a dzisiaj wstalam i poszlam na zakupy. kupilam sobie nocna koszule w panterke, czerwony, energetyczny biustonosz i najbardziej zwariowana torbe od lat. jak placilam, to pani usmiechenla sie z uznaniem:

 - strasznie mi sie ta torba podoba. zazdroszcze, ze ma pani odwage ja kupic. swietna jest!

no taka jestem odwazna, ze bede nosila wsciekle zielona, blyszczaca torbe z czerwonym blyszczacym wnetrzem. tak mnie to zmotywowalo, ze poszlam sie zapisac do naszego klubu sportowego oraz na probna joge. jak sie za siebie nie wezme, to moja rodzina nie da sobie ze mna rady. jestem okropna.

 

 

cudna co?

 

czwartek, 21 stycznia 2016
robotki.

 

to jest wpis - laudatio dla blogow robotkowych!

lubie wszelkie blogi wnetrzarskie i robotkowe, kulinarne mniej. piekne obrazki mnie bardzo mnie motywuja: ja tez tak bym umiala! jak tylko bede miala czas, to tez tak pomaluje szafke, zasieje szczypiorek, wydziergam czapke albo nawet kocyk jakis sliczny. plany pozostaja planami, ale i tak je bardzo lubie.

dzis chcialam wam pokazac te dwa zimowe ocieplaczowe swetry z poprzedniego wpisu, ktore wydziergalam malinie. nie sa to zadne dziela sztuki, prosty kroj, i najprostsze sciegi. zadnych tam warkoczy czy pawich oczek. i po raz kolejny zrozumialam, ze foto-blogi zyja dzieki zdolnym fotografom a nie ich robotkom. zadna sztuka pomachac szydelkiem jak sie umie szydelkowac, ale sfotografowanie koncowego efektu to jest prawdziwa sztuka. przez duze SZ!!!

polozylam te moje dlubanki na stole i fotografuje je z roznych stron. a nawet z uzyciem filtra. przez ten filtr lylowy kolor zrobil sie rozowy. ani jeden ani drugi obrazek nie jest identyczny z kolorem oryginalu. z gory, z boku, z prawa czy lewa sweterki wygladaj szmatlawo. a rzeczywistosci nie sa zadnymi dzielami sztuki rekodziela, ale naprawde sa ladne.

latwiej jest opisac sweter niz go pokazac. ale wiem, wiem. to nie ma przyszlosci. pisanie jest zasciankowe.

 

z jeszcze wiekszym szacunkiem ogladam znane mi robotkowe blogi.

 

 

 

środa, 20 stycznia 2016
malinowa mama

 

wczoraj malina wyciagnela z szafy sweter, ktory zrobilam jej na drutach w tamtym roku pod choinke. rok temu troszke byl za duzy, ale teraz akuracik! gruba turkusowoczarna welna, rozszerzone rekawy-dzwony, wokol szyi wszylam troche maciupkich opalizujacych koralikow turkusowych i czarnych. nie widac ich, dopiero jak blysna w swietle. w szkole malina dostala mnostwo swetrowych komplementow. wieczorem wiec zebralam sie w sobie i wykonczylam zimowa kamizelke tunike. ostro lylowa z zielonymi supelkami, wokol szyi zamiast sciagacza wydziergalam kolnierz-komin z... kordonka w identcznym lylowym kolorze. wiem, wiem, gruba welna i kordonek, co to za polaczenie? wyszlo super.

na zime odnalazlam sliczny malutki termos i zrobilam malinie do szkoly malinowa herbate z malinowym sokiem. dzis rano czuje sie matka doskonala. dziecko zachwycone pomaszerowalo do szkoly na lylowo. i z herbatka.

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum