wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 08 marca 2016
maz lylowy.

 

 

maz mial dzis spotkanie w centralnym biurze bmw. wczoraj bmw ochodzilo hucznie 100 lat istnienia - bylo o tym glosno we wszystkich mediach. dzis maz wrocil wlasnie z rzeczonego spotkania i opowiada:

 - wiesz, ze bmw dzis witalo w drzwiach kazda kobiete czerwona roza. dziwne, co? bo przeciez te setne urodzny byly wczoraj. pewnie chodzi o zachecenie kobiet do kupowania bmw? ale i tak dziwne.

 - a ja mysle, ze dzis jest dzien kobiet.

 - a jest?

 - jest.

 - aaaaa... no to teraz to ma sens!

 

 

 

nichts kommt zweimal

 

siodma klasa jest podobno przelomowa. tak mowili rodzine pod koniec 6 klasy a ja nie wdawalam sie w dyskusje, bo troche przestalam wierzyc w okoliczna legende, ze malinowe gimnazjium ma taki wysoki poziom i ze wiele dzieci nie daje rady dojsc do matury. do siodmej klasy przepchniete zostaly nawet najwieksze klasowe leniuchy a malina nie uczac sie wiele miala drugie najlepsze swiadectwo w klasie. pomyslalam, ze to taka bujda z tym poziomem, szkola jest prywatna, nie wyrzuca sie przeciez zadnego ucznia, ktory regularnie placi czesne. na poczatku 7 klasy, pan dyrektor uprzedzil nas, ze 7 klasa to wielki sprawdzian. chlopcy przestaja biegac z piankowym mieczem i tarcza po ogrodzie, dziewczynki odkrywaja pierwszy krem przeciwzmarszczkowy, caly swiat zaczyna sie krecic w nowym rytmie i niestety odbija sie to na ocenach, niektorzy nie dadza rady na zakrecie. i rzeczywiscie, po feriach klase opuscilo dwoje uczniow, 5 osob jest zagrozonych niezdaniem do nastepnej klasy. repetowaniem jeli nie poprawia sie do konca roku szkolnego. jest powaznie. miesiac temu umarl mnich - ogrodnik. dzieci pozegnaly go modlitwa w krypcie, dla wielu - jak dla maliny - byla to pierwsza stycznosc ze zmarlym czlowiekiem. choroby  w naszej rodzinie, wiadomosci radiowe o zamachach, o wojnie - swiat pokazuje malinie swoje cienie.

wlasnie w 7 klasie dzieci jada w piekne miejsce na dwa dni refleksji, czyli dni zamyslenia - die besinnungstage. dziewczynki najpierw sie ucieszyly, ze to nocowanie z czwartku na piatek, bo... no bo w czwartek jest kolejna edycja germany top model! dobrze, ze nic nie komentowalam, bo sprawa rozwiazala sie sama po przeczytaniu planu tych dwoch dni. w czwartek wieczorem dzieci maja sie cieplo ubrac i ida (ku rozczarowaniu wiekszosci!) na wieczorny spacer. 

 - malina, nie liczylas przeciez, ze ktos pozwoli wam na ogladanie jednego z najglupszych programow w telewizji, jak wy sie macie tam zastanawiac nad sensem zycia.

 - ale ja nie umiem sie zastanawiac nad sensem zycia...

 - oczywiscie, ze umiesz. popatrz, w sobote recytowalas ten wiersz szymborskiej i zastanawialysmy sie co to jest wprawa i rutyna i ze wszystko sie zdarza tylko raz. a nawet jak sie zdarzy drugi raz to tu juz nie jest dokladnie to samo.

 - i to sie liczy jako rozmyslanie o sensie zycia?

 - tak...

wyszukalysmy niemieckie wydanie szymborskiej.

Nichts kommt zweimal vor,
auch wenn es uns anders schiene.
Wir kommen untrainiert zur Welt
und sterben ohne Routine.

malina wlozyla zakladke do ksiazki i postanowila nauczyc sie tego po niemiecku. to bedzie jej glos w dyskusji.

w nocy musialam dwa razy do niej wstawac, bo snily jej sie koszmary. niestety zastanawianie sie nad sensem zycia jest bolesne.

 

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016
Nic dwa razy się nie zdarza

w czwartek malina zadzwonila, ze nie chce isc do polskiej szkoly w sobote, bo nie nauczyla sie wiersza. jakiego wiersza. byle jakiego tylko zeby byl autorstwa wislawy szymborskiej.

 - o! szymborskiej? pieknie!

 - nie pieknie, bo musze sie uczyc matematyki na test i w ogole nie wiem gdzie szukac, bo w ksiazce nie mam zadnego wiersza szymborskiej.

z telefonem przy uchu malina na moja prosbe wedruje do regalu z ksiazkami - pierwsza szafka od sciany po prawej stronie, na tej polce co stoi ten blaszany kurczak.

 - widzisz? - pytam

 -  widze...hmmm.. no ksiazki.

 - czytaj autorow.

 - hmmm... szymborska... szymborska... szymborska.. o! to mamy jakis wiersz co?

 - mamy! - smieje sie - nawet mamy ich niemieckie tlumaczenie!

wybralysmy wiersz:


Nic dwa razy się nie zdarza  
i nie zdarzy. Z tej przyczyny  
zrodziliśmy się bez wprawy  
i pomrzemy bez rutyny.  
 
Choćbyśmy uczniami byli  
najtępszymi w szkole świata,  
nie będziemy repetować  
żadnej zimy ani lata.  
 
Żaden dzień się nie powtórzy,  
nie ma dwóch podobnych nocy,  
dwóch tych samych pocałunków,  
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.  
 
Wczoraj, kiedy twoje imię  
ktoś wymówił przy mnie głośno,  
tak mi było, jakby róża  
przez otwarte wpadła okno.  
 
Dziś, kiedy jesteśmy razem,  
odwróciłam twarz ku ścianie.  
Róża? Jak wygląda róża?  
Czy to kwiat? A może kamień?  
 
Czemu ty się, zła godzino,  
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?  
Jesteś - a więc musisz minąć.  
Miniesz - a więc to jest piękne.  
 
Uśmiechnięci, współobjęci  
spróbujemy szukać zgody,  
choć różnimy się od siebie  
jak dwie krople czystej wody.  


malina przeczytala mi go przez telefon. bardzo sie wzruszylam. w piatek powtorzyla go kilka razy a w sobote dostala szostke z gwiazdka. robie ten wpis sobie ku pamieci, zeby poklepac sie po ramieniu. mysle, ze malina ma swietna pamiec i to jest jej talent, ktory tak zwyczajnie ma, bez wiekszego mojego wplywu. jednak kiedy dzis zobaczylam ten filmik: http://mamatatatablet.pl/ pomyslalam, ze jednak troche w tym naszej zaslugi, ze malinie tak lekko idzie w szkole. fakt, ze film poleca nieuzywanie tabletu przez dzieci 0-2 lat bardzo mnie rozczarowal. taki fajny film a taki glupi na koniec. albo chodzi o wychowywanie dziecka albo nie.

 

 

 

 

sie zmieniam.

 

na ostatnie party zalozylam czarny plaszcz ostro wciety w pasie, czarna bluzke, czarne spodnie przed kostke, czarne buty i ostro kolorowe sparpetki, ktore mialy wystawac z przykrotkich spodni. efekt wyszedl taki sobie, bo spodnie mi sie ciagle zsuwaly, wiec nie bylo widac skarpetek! to taki dodatkowy efekt diety bezglutenowej. nie chudne jakos spektakularnie, tylko powolutku. jem same smaczne rzeczy i nigdy nie jestem glodna.

ale nie tylko to mnie cieszy. w sobote lecialam wielgachnym samolotem (na polnocy niemiec zaczely sie ferie i lotnisko zapelnilo sie dziecmi. juz dawno nie mialam do czynienia z taka iloscia malych dzieci i widze, ze kurcze nic sie nie zmienilo! niemieckie mamy nadal nie wycieraja dzieciom nosow. bleee) i rzucalo nami tak ze stewardesy rozdaly tylko slodkie batoniki i zrezygnowaly z podawania napojow. myslicie ze sie nie balam? balam sie! nie jakos tak panicznie jak zwykle, ze nie moglam oddychac, tylko jak kazdy chyba w czasie turbulencji. jestem ta reakcja zdziwiona i zaskoczona.

spotkalam ostatnio kogos kogo dawno nie widzialam i poszlismy na kawe. ja prosze kawe z mlekiem sojowym, on tez.

 - o! sojowe mleko? smakuje ci, czy poddajesz sie modzie? - pytam wesolo. jako odpowiedz dostaje krotka historie jego choroby, burn out, depresja, lekarstwa na chora dusze. dwa lata temu dostal sie w rece lekarza, ktory obiecal mu wyzwolenie od depresantow, ale musi zrezygnowac z produktow mlecznych i glutenu. nie od razu, ale udalo sie. bral coraz slabsze leki, teraz nie bierze zadnych. czuje sie dobrze, pracuje, rodzina odetchnela ale przede wszystkim odechnal on.

moze to wszystko zbiegi okolicznosci. nie wiem. czuje, ze sie zmieniam.

 

 

wtorek, 01 marca 2016
kobieta upadla.

tydzien temu maz mial spotkanie niedaleko lotniska, wiec przy okazji zawiozl mnie na lotnisko. to oznacza, ze: 1. wstalam odpowiednio punktualnie. 2. moja walizka lezala grzecznie w bagazniku odpowiednio wczesnie. 3. spokojnie podrzucilismy maline do jej autobusu. 4. ruszylismy na lotnisko a maz jak zawsze domagal sie pochwal, ze prosze jak to dobrze tak wczesnie bez paniki, pospiechu i zadyszki zorganizowac sobie poranek. no ma racje, ma racje! jedziemy sobie, mamy mnostwo czasu, moze nawet wypijemy jeszcze wspolna kawe na lotnisku. a nie. kawy nie pije. no dobrze: herbate. gdybym byla sama spedzilabym te 15-20 min raczej dluzej w lozku niz na lotnisku, ale nie narzekam, bo taki poranny nie_pospiech tez ma swoje plusy.

ale nagle. ups! korek. untknelismy na autostradzie. na lotnisko mamy niedaleko. tylko 10 minut! cyk, cyk,cyk...  20 minutowy bufor zaczyna topniec. cyk, cyk, cyk. stoimy jak stalismy. nie mamy szans. zaczyna zblizac sie czas w ktorym musze oddac bagaz. cyk,cyk,...cyyyyk... ok. juz nie moge oddac bagazu. no to koniec, absolutna katastrofa, mimo ze wlasnie korek sie rozproszyk i ruszamy z kopyta. w zyciu mnie z ta waliza i bagazem podrecznym nie wpuszcza do samolotu! w walizce mam kosmetyczke pelna kosmetykow, ktore mi wywala. juz mi smutno. plaszcz zakladam jeszcze w samochodzie. maz wjezdza na parking ale tylko jakos obok, blizej drzwi, wyciaga mi walize bagaznika i musi szybko odjechac, bo tu za nic nie wolno parkowac. od walizki odpada niedawno zreperowane koleczko. nic to i tak musze przeskoczyc niska barierke, lapie walize w garsc. przez ramie mam przewieszona torbe z koputerem. przeskakuje przez barierke, trace rownowage przez ciezka walizke i padam w bloto. wstaje, w moim sercu nadzieja, ze maz juz odjechal i tego nie widzi, ale nawet sie nie odwracam. swinskim truchtem biegne do automatu na bagaz, rzucam walizke na tasme, wstawiam telefon z biletem pod czytnik. czytnik bezdusznie: za pozno! biegne do okienka first class (kiedys mi taki numer przeszedl) - tam niestety siedzi jakas zolza w zlym humorze i odpowiada, ze mam eko i zebym sobie przebukowala lot na pozniejszy. nawet nie slucham jej do konca, tylko znow swinskim truchcikiem, z waliza w garsci, na bezdechu i w zabloconych butach kieruje sie do bramki i tu wpadam w objecia usmiechnietej blondynki z lufthansy. aniol stroz jakis czy co? niestety nie moge mowic, bo jestem w takiej panice i zadyszce, ze ani krzykiem ani szeptem... macham tylko telefonem z wyswietlonym biletem. pani spokojnie wczytuje sie w ekranik:

 - tylko spokojnie, prosze sie nie denerwowac. ma pani jeszcze 20 minut do odlotu.

 - uhuhuhuuu uuu uuu - nie moge zlapac powietrza.

 - prosze tu stanac w kolejce.

 - niestety nie przepuszcza mnie z ta waliza a nie zdazylam jej nadac na bagaz...

pani przymruza oko: niech pani wyciagnie z tej walizki cos grubego, zeby wygladala chudo.

wyciagam grubasny plaszcz. korzystajac z zamieszania z dzieckime ktore nie chce przesc przez przeswietlajaca bramke pakuje moje klamoty w kosze: torbe, komputer i telefon, wlasnie zdjety plaszcz i szal, plaszcz wyciagniety z walizki, buty. ostentacyjnie wyjmuje wielka tube gelu do zmywania makijazu vichy, ze niby tak, tak, tak, no mam plyn... zapomnialam. celniczka kreci ze smutkiem glowa: ale szkoda... i wyrzuca go do kosza. a mi nic a nic nie szkoda bo wlasnie staje sie cud. przepuszczaja mnie z tymi wszelakimi bagazami i kosmetykami w walizie. ufff. i znow truchcikiem, tym razem do gate i znow nikt nie widzi, ze mam za duza walizke. samolot przepelniony, moj sasiad oburza sie ile miejsca zajelam na polce i gniote jego plaszcz. jezu a jak mnie teraz wywala??? nie. nie wawala, bo startujemy.

siedze. dopiero teraz czuje co sobie zafundowalam obciskajacymi majtasami (chcialam byc taka szczupla, bo po ladowaniu czekala mnie sesja zdjeciowa). jestem mokra jakbym wyszla z wanny.

potem juz dzien dzieje sie wedle planu. dopiero w nocy, w lozku czuje jak opuszcza mnie ten poranny upadek z walizka. kazdemu sie moze zdazyc, co? pewnie, ze moze, ale jest to strasznie upadlajace i slabe. bardzo niemile uczucie.

 

 

niedlugo wielkanoc.

poniedziałek, 29 lutego 2016
bezglutenowo i bezmlecznie.

 

wczoraj wieczorem gralismy w scrabble po niemiecku i wygralam. o 19:00. niby nic nadzwyczajnego, ale normalnie o tej porze nie moge grac w zadna intelektualna gre, bo glownie walcze ze snem i wsciekloscia na sama siebie, ze nie moge sie skupic na zabawie z wlasnym dzieckiem. w sobote o 7:30 rano parze sobie herbate w kuchni. pachnie owocowo. maz jeszcze spi, poczytam sobie. z gory drepcze malina z ulubionym kocem i ksiazka. poranny rytual: tatus pije kawe, malina na sofie pod kocykiem czyta ksiazke - ja normalnie spie do 9 lub do 10 i probuje najpierw zimnym prysznicem a potem goraca kawa doprowadzic sie do stanu obudzenia. malina robi okragle oczy:

 - mamusiu???! a co ty tu robisz?

przestalo mnie bolesnie drapac w gardle czyli chyba mija mi alergia na kota, ktorego przeciez nie mam. skora wokol oczu mnie nie ciagnie a nie zmienilam kremu.

minal trzeci tydzien bez glutenu i przetworow mlecznych. jestem niesamowicie zaskoczona, niezmiennie mnie dziwi... poprawa nastroju. czuje jakbym wyszla z zadymionego pokoju wprost do lasu, na swieze powietrze.

od lat lekarze aplikuja mi horrendalnie drogie infuzje zelaza, od niedawna zastrzyki b12, hormony tarczycowe. po tych roznych kuracjach nie spodziewam sie jakiegos tapniecia, ale niechby mi sie choc troche zrobilo lepiej. nic a nic, zadnych efektow. a tu? po trzech tygodniach niespodziewanie zupelnie nastapilo wlasnie tapniecie. jestem bardzo ciekawa co bedzie dalej, czy to sie utrzyma?

wczoraj po sniadaniu wyskoczylysmy z malina na 3 godziny na narty. siedzimy na wyciagu a malina:

 - nie wiem dlaczego, ale jakos sie zmienilas. jestes taka... zadowolona.

no sama nie wiem. cieszy mnie nawet to, ze wieczorem czytam ksiazke. 2015 jest w moim zyciu historycznam rokiem, w ktorym... nie przeczytalam ANI JEDNEJ ksiazki do konca. ani fizycznie ani intelektualnie nie moglam.

wlasnie zaczal sie rok malpy. moj rok.

 

 

 

wtorek, 23 lutego 2016
bezglutenowy chleb z przepisu tessy

tesso, tu mozesz umiescic ten przepis. jak masz po niemiecku to tez!

wiem, ze nie prowadzisz bloga, wiec pomyslalam, ze zrobie na te okazje taki wpis, zeby potem zawsze latwo bylo szukac:-)

niedziela, 21 lutego 2016
lylowa bezglutenowa.

 

sama z siebie przeszlam na diete bezglutenowa. w czasie ferii wpadl mi w rece artykul, ze chorujac na hashimoto powinno sie uwazac na gluten. poniewaz od poczatku grudnia odwiedzam wielu roznych lekarzy, nie chce mi sie isc jeszcze z tego powodu do lekarza. szczegolnie, ze po wielkanocy mam rutynowe badanie tarczycy. mysle, ze kiedys musialo byc trudno gotowac bez glutenu. teraz w kazdym sklepie jest dzial bezgutenowy. po 10 dniach niewiele moge powiedziec. czuje sie lzej. strasznie jestem ciekawa, czy po dluzszej diecie bede sie czula jakos zdecydowanie lepiej.

 

wtorek, 16 lutego 2016
i po feriach.

 

w tym roku nie pojechalysmy o chaty na stoku, bo do konca nie wiedzialam, czy dam rade jezdzic na nartach z chora noga. zdecydowalysmy sie w ostatniej chwili i znalazlysmy pokoj w pieknym hotelu w dolinie pod nasza ulubiona gora. piekne spa, ale bez basenu i korzystanie z niej dozwolone od lat 14 okazalo sie genialnym rozwiazaniem. absolutna bloga cisza i cudowna panorama. po calodziennym bialym szalenstwie lezalysmy sobie na genialnych materacach wypelnionych sianem albo na lozkach-hustawkach. malina miala swoj pierwszy pedicure z masazem stop i zafarbowalysmy jej same koncoweczki wlosow na rudo. bal karnawalowy lekko nas znudzil, wiec zabralysmy ciastka i picie do pokoju, ja wskoczylam do lozka (cale ferie bylym przeziebiona) a malina spiewala mi rozne piosenki i "wystepowala". 9 dlugich dni mialysmy slonce i cudny snieg jak ze reklamy wakacji w austrii. jezdzilysmy codziennie od 9 do 16:15. czuje sie, mimo przeziebienia, odswiezona i przewietrzona. na dwa dni wpadl do nas tatus - dwa dni lezenia z ksiazka w spa dobrze mu zrobily. moje zycie z malina nabiera nowego wymiaru. jestem jak planeta baza. malina jest samodzielna, myslaca, pomyslowa, mala satelitka na swojej wlasnej orbicie, ktora czasem szuka bazy. polroczne swiadectwo rewelacyjne, stosunki towarzyskie kwitna. jest fajnie.

 

 



czwartek, 28 stycznia 2016
masz zielone? mam!

 

kiedys zrobilam o tym wpis, a niedawno rozmawialam o tym z malina: magia slow. slowo mowione i pisane rozwija wyobraznie u dzieci, cwiczy umysl na starosc, pomaga przeniesc sie w wymarzony swiat, zabawic sie rzeczywistoscia.

dlatego wciaz - mimo internetu - agencje reklamowe szanuja reklame radiowa. na przyklad agencja podrozy reklamuje "wakacje twoich marzen" i kazdy intuicyjnie przenosi sie w gory, na morze, lazi z plecakiem po lesie i szuka miejsca na namiot, kolysze sie na wielbladzie, lezy w marmurowej spa i oddaje sie masazom, nurkuje, zegluje, zwiedza ciekawe muzeum... bo dla kazdego wymarzone wakacje sa "jego", wlasne, prywatne z dziecmi lub bez, z rodzina lub z przyjaciolmi, leniwe lub aktywne. a juz ta sama agencja w reklamie telewizyjnej musi skierowac sie do roznych grup docelowych: pokaze obrazek i juz. i nie ma wyjscia - jedni od razu beda chcieli jechac a inni az sie wzdrygna przed tym obrazkiem.

gdybym wczoraj zrobila wpis, ze kupilam sobie genialna, zielona torbe - to bylby energetyczny wpis o wielu pieknych zielonych torbach. ile czytelniczek, tyle toreb. a tak to jest jedna blyszczaca torba i jeden ja lubi inny nie - co tez jest oczywiscie super, bo od razu sobie mozna pogadac w komentarzach, co bardzo lubie.

dla ciekawosci wrzucilam w google haslo: ladna zielona torba i google wyplulo tysiace cudow:

 

 

 

 

zupelnie zwariowalam na punkcie zielonego - wszystkich odcieni. wyremontowany dach podmalowalismy blado zielono, na wiosne w tym samym kolorze przelecimy po drzwiach, tarasie i moze nawet garazu. do kuchni kupilam na jedna sciane zielonkawa tapete. nowy cieniutki zielony paseczek, zielonkawe doniczki na wiosne, zielone supelki w malinowej kamizelce. zielony to kolor nadziei.

 

 

 

środa, 27 stycznia 2016
szukanie energii.

 

ponad 7 tygodni siedzialam glownie z noga na taboreciku i jadlam. humor gorszy z dnia na dzien. a dzisiaj wstalam i poszlam na zakupy. kupilam sobie nocna koszule w panterke, czerwony, energetyczny biustonosz i najbardziej zwariowana torbe od lat. jak placilam, to pani usmiechenla sie z uznaniem:

 - strasznie mi sie ta torba podoba. zazdroszcze, ze ma pani odwage ja kupic. swietna jest!

no taka jestem odwazna, ze bede nosila wsciekle zielona, blyszczaca torbe z czerwonym blyszczacym wnetrzem. tak mnie to zmotywowalo, ze poszlam sie zapisac do naszego klubu sportowego oraz na probna joge. jak sie za siebie nie wezme, to moja rodzina nie da sobie ze mna rady. jestem okropna.

 

 

cudna co?

 

czwartek, 21 stycznia 2016
robotki.

 

to jest wpis - laudatio dla blogow robotkowych!

lubie wszelkie blogi wnetrzarskie i robotkowe, kulinarne mniej. piekne obrazki mnie bardzo mnie motywuja: ja tez tak bym umiala! jak tylko bede miala czas, to tez tak pomaluje szafke, zasieje szczypiorek, wydziergam czapke albo nawet kocyk jakis sliczny. plany pozostaja planami, ale i tak je bardzo lubie.

dzis chcialam wam pokazac te dwa zimowe ocieplaczowe swetry z poprzedniego wpisu, ktore wydziergalam malinie. nie sa to zadne dziela sztuki, prosty kroj, i najprostsze sciegi. zadnych tam warkoczy czy pawich oczek. i po raz kolejny zrozumialam, ze foto-blogi zyja dzieki zdolnym fotografom a nie ich robotkom. zadna sztuka pomachac szydelkiem jak sie umie szydelkowac, ale sfotografowanie koncowego efektu to jest prawdziwa sztuka. przez duze SZ!!!

polozylam te moje dlubanki na stole i fotografuje je z roznych stron. a nawet z uzyciem filtra. przez ten filtr lylowy kolor zrobil sie rozowy. ani jeden ani drugi obrazek nie jest identyczny z kolorem oryginalu. z gory, z boku, z prawa czy lewa sweterki wygladaj szmatlawo. a rzeczywistosci nie sa zadnymi dzielami sztuki rekodziela, ale naprawde sa ladne.

latwiej jest opisac sweter niz go pokazac. ale wiem, wiem. to nie ma przyszlosci. pisanie jest zasciankowe.

 

z jeszcze wiekszym szacunkiem ogladam znane mi robotkowe blogi.

 

 

 

środa, 20 stycznia 2016
malinowa mama

 

wczoraj malina wyciagnela z szafy sweter, ktory zrobilam jej na drutach w tamtym roku pod choinke. rok temu troszke byl za duzy, ale teraz akuracik! gruba turkusowoczarna welna, rozszerzone rekawy-dzwony, wokol szyi wszylam troche maciupkich opalizujacych koralikow turkusowych i czarnych. nie widac ich, dopiero jak blysna w swietle. w szkole malina dostala mnostwo swetrowych komplementow. wieczorem wiec zebralam sie w sobie i wykonczylam zimowa kamizelke tunike. ostro lylowa z zielonymi supelkami, wokol szyi zamiast sciagacza wydziergalam kolnierz-komin z... kordonka w identcznym lylowym kolorze. wiem, wiem, gruba welna i kordonek, co to za polaczenie? wyszlo super.

na zime odnalazlam sliczny malutki termos i zrobilam malinie do szkoly malinowa herbate z malinowym sokiem. dzis rano czuje sie matka doskonala. dziecko zachwycone pomaszerowalo do szkoly na lylowo. i z herbatka.

 

 

wtorek, 19 stycznia 2016
malinowo-lacinskie nudy na pudy.

 

nie moge maliny wspierac w jej szkolnych zmaganiach, bo co ja jej moge pomoc w niemieckim? w matematyce jestem bez szans. w angielskim malina jest wciaz dalej niz program (mysle, ze pomoglo mi kupowanie dziennika cwaniaczka po angielsku oraz pozwalanie na ogladanie unznanych za glupie filmow - jak na przyklad H2O - w oryginale), historii i geografii malina nawet nie przynosi do domu, wszystko odrabia w szkole. w tym roku tylko raz przyniosla do domu fizyke, bo nie zalapala na lekcji i chciala zeby tatus wytlumaczyl. wykazac moge sie tylko w lacinie a i na tym polu tylko w roli przepytywacza. to jest bardzo trudna rola, bo lacina nudzi mnie tak strasznie, ze pod kilku minutach zaczynam ziewac, rozpraszam i demotywuje dziecko. dzis malina ma wielki sprawdzian z 7 rozdzialow. kazdy rozdzial ma kolo 25 slowek, wiele czasownikow ma po 2-4 tlumaczenia, trzeba wiedziec ktora koniugacja, ktora deklinacja. zgodzilam sie na przepytywanie pod warunkiem, ze malina robi mi jednoczesnie masaz plecow - inaczej nie daje rady, umieram z nudow. jedyne co mnie wczoraj podtrzymalo przed zasnieciem to ten masaz i prawdziwie gleboki respekt przed malinowymi umiejetnosciami. z tej listy dlugiej jak stad do krakowa malina znala WSZYSTKIE slowka razem z ich roznymi znaczeniami, rodzajami, odmiana.

 - boze, malina, ty nasz te wszystkie slowka!

 - no! ale trzeba przyznac, ze niektore mielismy juz w tamtym roku...

 

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016
nagłe oswiecenie.

 

w sobote malina zaczela przerabiac w polskiej szkolce krzyzakow. rozmawiamy o bitwie pod grunwaldem i scenie z mieczami.

 - i podarowali im dwa miecze... jak one sie nazywaly? - malinowe czolko sie lekko marszczy.

 - miecze grunwaldzkie?

 - nie, ona mialy taka nazwe. nie moge sobie przypomniec... - zastanawiala sie malina nie przypomniala sobie przez caly weekend.

teraz siedzi w autobusie w drodze do szkoly. i nagle dostaje wiadomosc whatsapp: "wiem teraz na reszcie jak nazywaly sie te miecze: dwie nagłe miecze!"

 

 

niedziela, 10 stycznia 2016
podobno najgorsze wlasnie minelo.

 

 

nie mam cukrzycy. tak mnie ta wiadomosc uskrzydlila, ze zdecydowalam sie na usunecie obumarlej czesci rany bez proponowanej narkozy. niestety na miejscowe znieczulenie moja rana jest zbyt opuchnieta, wiec lekarz zdecydowal sie na jakis usmierzajacy bol psikacz i uprzedzil, ze pewnie bedzie troche bolalo.

 - ej tam. wie pan, ja urodzilam dziecko... - smialam sie. zacisnelam zeby i oczy a pan zerwal zdecydowanym ruchem "zdrewniala" czesc rany a wraz z nia niemaly kawalek miesa. z oczu potoczyly mi sie lzy.

 - ale z pani twarda sztuka. nie sadzilem, ze to jednak tak glebokie... niech pani sobie krzyknie moze?... - zmartwil sie.

patrzymy na swieza dziure.

 - wie pani co? tam jest cialo obce! - pielegniarz natychmiast zapalil mu specjalna lampe zeby lepiej bylo widac. no cos tam jest! cos czarnego, od razu pomyslalam, ze mrowka! taka wielka czarna mrowka. pan zaczal wyciagac ja chirurgiczna penseta, ale zaraz przestal, bo to byla... zyla.

dostalam nowy opatrunek. maz zaprowadzil mnie do samochodu. i cieszylam sie, ze w koncu rane otworzono i przechodzil mnie dreszcz na sama mysl o tym co wlasnie mi sie wydarzylo. przestala dzialac histeryczna adrenalina, zaczelo bolec ale zaraz przestalo, bo zaczal dzialac srodek przeciwbolowy. od piatku siedze z noga oblozona lodem. zeszla mi opuchlizna. chyba sie dobrze goi.

mam nadzieje, ze ta przygoda zmierza ku koncowi. jest mi jakos strasznie ciezko. nie sadzilam, ze taka rana moze tak wplynac na humor.

 

 

 

czwartek, 07 stycznia 2016
lada moment polowa stycznia.

 

moje kochane, wspolnie dziekuje za wszystkie zyczenia i komentarze pod poprzednim wpisem. mam nadzieje, ze macie za soba piekne swieta!

moja rana niestety sie nie goi i wlasnie przechodze badania na cukrzyce. troche mnie to siedzenie u lekarza i w szpitalu lekko zdeprymowalo i nie tryskam dobrym humorem.

dzis malina poszla do szkoly - od wczoraj jest prawdziwa nastolatka, stuknela jej 13-stka. rozni nas tylko 12 cm jesli chodzi o wysokosc, ale juz stopy mamy identyczne. jako rodzice nastrojowo nie dajemy sobie rady z naszymi roznymi smutkami, ale malina swietnie to znosi i wciaz ma dla nas duzo cierpliwosci.

w poniedzialek ide do pracy. niestety ani w humorze, ani wypoczeta, z wyladowanymi bateriami.

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015
2016 - niech nie bedzie gorszy, to wystarczy.

przez prawie miesiac grzecznie chodzilam codziennie na zmiane opatrunku. nie zmieniala mi go pielegniarka tylko pani lekarka nasza wiejska - jeden z 5 lekarzy przyjmujacch tu na wsi, wiec czulam sie dobrze zaopiekowana. raz zastapil ja lekarz i tez zmieniajac opatrunek pochwalil, ze dobrze sie goi, wiec mimo, ze pieklo jak przedtem i bolalo jak nie wiem, mialam pewnosc, ze jestem na dobrej drodze do wyleczenia. wczoraj moja pania zastapila inna pani doktor. wchodze do gabinetu - a! znamy sie - byla przeciez u mnie tamtej nocy jako pogotowie jak mnie cos tak ugryzlo, ze nie moglam wytrzymac z bolu.

 - witam, witam, w czym moge pani pomoc? - pyta milo a ja na to, ze przyszlam na zmiane opatrunku.

 - a jakiego opatrunku?

 - a na na nodze, no wie pani...

 - co to bylam u pani w dom? w nocy?

 - tak.

 - to to sie jeszcze nie zagoilo???!!!

 - nie.

pani zdziwiona rozplatala opatrunek, jeszcze bardziej zdziwiona wykrzyknela: "o matko! a co to jest?" sama na te rane nigdy nie patrze jak mi opatruja, bo brzydka jest jak nie wiem co. pani wziela lupe, swiatelko, pensete i lekko zezloszczona zaczela mi na brzegach tej rany grzebac, myslalam, ze odjade z bolu. dostalam lekki opieprz, ze nie przychodze dopiero teraz. na to ja, ze przeciez jestem tu codziennie. pani zrobila wymaz rany, zadzwonila do szpitala w sasiednim miasteczku czy moga przyjac mnie w sekcji pogotowia. dostalam skierowanie, maz mnie natychmiast zawiozl. tu pani doktor zdjela opatrunk i oznajmila, ze musze zostac na noc zeby mi przeprowdzono wszystkie badania: krew, rentgen, bo rana jest taka, ze zakazenie moglo naruszyc kosc. lzy mi sie potoczyly po twarzy i to chyba pania jakos poruszylo, bo razem z pielegniarka cos poszeptaly, dostalam rurke w zyle i dwa piekne zdjecia rentgenowskie. siedzielismy tam z mezem 4 godziny, co raz telefoniecznie uspokajajac maline w domu, ze jest wszystko jest ok.

i bylo ok. kosc nienaruszona, krew bez zakazenia, specjalny opatrunek zmiekczajacy rane - jutro bedzie rozcinana (?), ale to i tak lepsze niz noccowanie w szpitalu. dzis piecze mnie jak przez ostatni miesiac niezmiennie, humor mam taki sobie, zaraz wybieramy sie do teatru, potem raclette w domu i fajerwerki nad jeziorem.

jakos stracilam nadzieje na lepszy rok 2016, ale niech chociaz nie bedzie gorszy.

 

 

 

 

 

wtorek, 29 grudnia 2015
lepszy rok.

 

nasze swieta: melancholia, patrzenie w niebo pelne gwiazd, zachwyt ksiezycem bialym jak snieg i wlasnym cieniem rzucanym na podloge w srodku nocy. a jakie niby mialy byc te swieta po takim trudnym roku? pamietam jak moja przyjaciolke porzucil maz. zaraz po tym jak stwierdzono u niego nieuleczaknego raka. umarl zanim zdazyli sie rozwiesc. stres, strach i bol wyciagaja z nas prawdziwych nas, nasze prawdziwe "ja". nagle nie da sie wiecej udawac, naciagac, zaklinac rzeczywistosc. tak samo u nas. nasze smutki zblizyly nas do siebie jeszcze bardziej choc zdawaloby sie, ze bardziej juz nie mozna, pomogly oddzielic rzeczy wazne od niewaznych. po ponad 20 wsponych latach od nowa odkrywamy, ze jestesmy dla siebie stworzeni.

zawodowo ten rok - pelen zakretow, porazek, spraw nie do zalatwienia, projektow nie do wygrania - byl ciagiem sukcesow. na bozonarodzeniowej kolacji moj szef dziekujac nam wszystkim powiedzial: "... i dzieki bogu,... i dzieki... lylowej" czym sprawil mi ogromna przyjemnosc, ale wieksza przyjemnosc nawet sprawili mi koledzy, ktorzy spontanicznie mu przytakneli bijax brawo - zawodowo bardzo mily moment. u meza tak samo. w wigiljnej przemowie maz dostal specjalne podziekowania, dzieki jego projektowi firma przechodzi transformacje, skok rozwojowy, ktorego pelnych konsekwencji juz pewnie aktywnie (zawodowo) nie bedziemy juz przezywac, bo to bedzie za 20 lat. malina przed swietami dala w szkole gazu. poprzynosila same jedynki i jakies specjalne pochwaly. pod choinke sprawila nam kilka naprawde pieknych prezentow - kupionych drobiazgow i cudow wlasnej roboty. boze, jacy jestesmy z niej dumni.

moja rana na nodze sie nie goi, moja tesciowa poszla dzis do szpitala i zostanie tam do nowego roku i przejdzie skomplikowana operacje - jak to niestety pasuje do tego okropnego 2015 roku. w azjatyckim sklepie kupowalismy dzis soje i dostalismy w prezencie trzy ciasteczka z wrozba. wszystkie trzy obiecuja dobry rok. niech wiec szybko mina te trzy dni. czekam na ten lepszy rok.

 

 

czwartek, 24 grudnia 2015
wesolych swiat moje kochane!

 

piątek, 18 grudnia 2015
dziura.

 

jak dobrze pojdzie od poniedzialku mam urlop. jak zle to jednak w poniedzialek wlacze sie jeszcze na troche w zwariowany wir projektow.

ten grudzien absolutnie pobil moje dotychczasowe grudnie. co drugi dzien siedzialam w samolocie i nawet wyskoczylam na kilka godzin do londynu. ten lot zapamietam chyba na zawsze. nie, nie bylo turbulencji ani zadnego bombowego alarmu ani nawet nie zginal mi bagaz, bo mialam tylko podreczna torbe z komputerem. do domu wrocilam pozno, malina zaraz poszla spac, maz mial wrocic nastepnego dnia. do spania wzielam sobie termoforek i zasnelam juz o 9 jak susel.

w nocy, spiac jeszcze, ale juz jakby na jawie zaczelam sie z tym termoforkiem meczyc. zaczal mnie parzyc. leniwie, w polsnie przesunelam go na najdalszy skraj lozka i spalam dalej. niedlugo jednak, bo magiczne cieplo termofora docieralo do mnie nawet z daleka, wyciagnelam sie jak moglam i wywalilam go na podloge. coz z tego skoro parzyl mnie nadal w lydke. juz, juz prawie znow zasnelam, kiedy parzenie stalo sie naprawde bolesne. obudzilam sie. zla sama na siebie zapalilam swiatlo: kurcze poparzylam sie termoforem czy co? patrze na lydke i oczom nie wierze. mam wielka czerowna plame i kilka babli i nie wiem czy wciaz snie czy nie, ale te bable rosna i widze jak lacza sie w jeden wielki babel, ktory parzy i boli tak, ze nie moge wytrzymac. jest 2 w nocy, wpadam w panike. co to moze byc? wyglada jak poparzenie, ale przeciez nie mozna poparzyc sie tak termoforem. dzwonie na pogotowie. pan pyta spokojnie czy moze wlasnie wrocilam z jakiejs egzotycznej podrozy. no nie, tylko z londynu. aha - mowi pan i wysyla lekarza. zanim przyjechal lekarz probowalam jakos schlodzic rozogniona noge lodem, ale na nic sie to nie zdalo. czekajac na ratunek wygooglowalam sobie o co chodzi: waglik. i wpadlam w panike. londyn, obylo sie bez bombowego alarmu ale przywiozlam waglika?! o boze.

przyjechal lekarz, obejrzal, wypytal o podroze egzotyczne, wykluczyl zarazenie waglikiem ale nie postawil zadnej diagnozy. przeklul babel wielkosci kurzego jajka, zrobil opatrunek, dal silny srodek przeciwbolowy i odjechal. zgodnie z jego zaleceniem poszlam nastepnego dnia do lekarza, zaintrygowana pani doktor poprosila o konsulatcje kolezanke z pokoju obok. obie panie przygladaly sie dlugo mojej krwawej ranie, wielokrotnie wzruszaly ramionami i krecily glowami. dostalam tabletki przeciwbolowe i opatrunek. bardzo mozliwe, ze w samolocie ugryzla mnie mrowka. podobno w samolotach zyja mrowki, ktore zywia sie resztkami tego co lezy w samolocie i chcac nie chca pochlania srodki dezynfekujace, ktorymi co i raz traktowany jest samolot. ukaszenie takiej mrowki moze spowodowac taka wlasnie silna reakcje alergiczna. od tygodnia zmieniam sobie ten opatrunek, w nodze mam normalnie dziure.

odpedzam od siebie moje 2015 zwatpienie w umiejetnosci niemieckich lekarzy, bo z taki zwatpieniem jest smutno.

 

 

wtorek, 01 grudnia 2015
1 grudnia 2015

wieczorem malina na dobranoc usciskala mnie mowiac:

 - idz lepiej wczesniej spac. wiem, ze masz tyle pracy i nie masz glowy do kaledarza adwentowego.

o polnocy podwiazalam wszystkie paczuszki do choinki, ktora zmajstrowalam rok temu. do kosza obok wlozylam lancuch czerwonych swiatelek.

skoro swit malina przydreptala z adwentowym prezentem "zamiast kalendarza"- ulepila je z papieru, zebysmy mialy dwa swiatelka do sniadania. dwa biale lampiony. sliczne!

byla lekko zaspana i przeszla obok kalendarza zupelnie go nie zauwazajac!

to byl fajny poranek. tatusiowi wyslalysmy zdjecia.

 



poniedziałek, 30 listopada 2015
priorytety w wykonywaniu waznych zadan.

 

nie wiem jak ja ten tydzien przezyje. mam kilka prezentacji w tym jedna w londynie. i wielkie bardzo eleganckie przyjecie (nie tam takie ze zaloze cos czarnego i zrobie wlosy tylko takie na serio) i malina ma tez swoje terminy i maz tez. logistycznie jest to sytuacja niemal nie do pokonania, bo w dodatku sypnelo nam projektami jak swiezym sniegiem. jestem w panice. zamiast przygotowywac prezentacje, przygotowalam woreczki do kaledarza adwentowego. zawisna dzis w nocy, jak tylko malina zasnie.

 

 

 

male katastrofy domowe.

 

moja letnia sukienka w czerwona kratkie zaplatala sie w pralce w bielizna meza i teraz maz jest wlascicielem kilku blado - rozowych t-shirtow. poukladal je rowniutko w szafie:

- teraz jak je bede nosil, to jakbym troche mial ciebie przy sobie. - ucieszyl sie.

 

ulubiony obrus zalalam czerwonym winem - szybko zareagowalam sola i jakos sie spralo. upralam tez dywaniki, takie podluzne, ktore leza zima i zbieraja przy wejsciu kamyki z butow. po wysuszeniu okazalo sie, ze zamiast bieznikow zostaly mi dwie male wycieraczki. w zyciu nie widzialam, zeby cos sie tak skurczylo po praniu.

 

no i wczoraj... no kurcze, wczoraj na weihnachtsmarkt zalalam sobie bladoblekitny kozuszek keczupem. jesli ktos ma pomysl/sposob/dobra rade co zrobic z plamami, ktore ciagna sie jak wzor z gory do dolu, to bardzo prosze!!!

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum