wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 19 stycznia 2016
malinowo-lacinskie nudy na pudy.

 

nie moge maliny wspierac w jej szkolnych zmaganiach, bo co ja jej moge pomoc w niemieckim? w matematyce jestem bez szans. w angielskim malina jest wciaz dalej niz program (mysle, ze pomoglo mi kupowanie dziennika cwaniaczka po angielsku oraz pozwalanie na ogladanie unznanych za glupie filmow - jak na przyklad H2O - w oryginale), historii i geografii malina nawet nie przynosi do domu, wszystko odrabia w szkole. w tym roku tylko raz przyniosla do domu fizyke, bo nie zalapala na lekcji i chciala zeby tatus wytlumaczyl. wykazac moge sie tylko w lacinie a i na tym polu tylko w roli przepytywacza. to jest bardzo trudna rola, bo lacina nudzi mnie tak strasznie, ze pod kilku minutach zaczynam ziewac, rozpraszam i demotywuje dziecko. dzis malina ma wielki sprawdzian z 7 rozdzialow. kazdy rozdzial ma kolo 25 slowek, wiele czasownikow ma po 2-4 tlumaczenia, trzeba wiedziec ktora koniugacja, ktora deklinacja. zgodzilam sie na przepytywanie pod warunkiem, ze malina robi mi jednoczesnie masaz plecow - inaczej nie daje rady, umieram z nudow. jedyne co mnie wczoraj podtrzymalo przed zasnieciem to ten masaz i prawdziwie gleboki respekt przed malinowymi umiejetnosciami. z tej listy dlugiej jak stad do krakowa malina znala WSZYSTKIE slowka razem z ich roznymi znaczeniami, rodzajami, odmiana.

 - boze, malina, ty nasz te wszystkie slowka!

 - no! ale trzeba przyznac, ze niektore mielismy juz w tamtym roku...

 

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016
nagłe oswiecenie.

 

w sobote malina zaczela przerabiac w polskiej szkolce krzyzakow. rozmawiamy o bitwie pod grunwaldem i scenie z mieczami.

 - i podarowali im dwa miecze... jak one sie nazywaly? - malinowe czolko sie lekko marszczy.

 - miecze grunwaldzkie?

 - nie, ona mialy taka nazwe. nie moge sobie przypomniec... - zastanawiala sie malina nie przypomniala sobie przez caly weekend.

teraz siedzi w autobusie w drodze do szkoly. i nagle dostaje wiadomosc whatsapp: "wiem teraz na reszcie jak nazywaly sie te miecze: dwie nagłe miecze!"

 

 

niedziela, 10 stycznia 2016
podobno najgorsze wlasnie minelo.

 

 

nie mam cukrzycy. tak mnie ta wiadomosc uskrzydlila, ze zdecydowalam sie na usunecie obumarlej czesci rany bez proponowanej narkozy. niestety na miejscowe znieczulenie moja rana jest zbyt opuchnieta, wiec lekarz zdecydowal sie na jakis usmierzajacy bol psikacz i uprzedzil, ze pewnie bedzie troche bolalo.

 - ej tam. wie pan, ja urodzilam dziecko... - smialam sie. zacisnelam zeby i oczy a pan zerwal zdecydowanym ruchem "zdrewniala" czesc rany a wraz z nia niemaly kawalek miesa. z oczu potoczyly mi sie lzy.

 - ale z pani twarda sztuka. nie sadzilem, ze to jednak tak glebokie... niech pani sobie krzyknie moze?... - zmartwil sie.

patrzymy na swieza dziure.

 - wie pani co? tam jest cialo obce! - pielegniarz natychmiast zapalil mu specjalna lampe zeby lepiej bylo widac. no cos tam jest! cos czarnego, od razu pomyslalam, ze mrowka! taka wielka czarna mrowka. pan zaczal wyciagac ja chirurgiczna penseta, ale zaraz przestal, bo to byla... zyla.

dostalam nowy opatrunek. maz zaprowadzil mnie do samochodu. i cieszylam sie, ze w koncu rane otworzono i przechodzil mnie dreszcz na sama mysl o tym co wlasnie mi sie wydarzylo. przestala dzialac histeryczna adrenalina, zaczelo bolec ale zaraz przestalo, bo zaczal dzialac srodek przeciwbolowy. od piatku siedze z noga oblozona lodem. zeszla mi opuchlizna. chyba sie dobrze goi.

mam nadzieje, ze ta przygoda zmierza ku koncowi. jest mi jakos strasznie ciezko. nie sadzilam, ze taka rana moze tak wplynac na humor.

 

 

 

czwartek, 07 stycznia 2016
lada moment polowa stycznia.

 

moje kochane, wspolnie dziekuje za wszystkie zyczenia i komentarze pod poprzednim wpisem. mam nadzieje, ze macie za soba piekne swieta!

moja rana niestety sie nie goi i wlasnie przechodze badania na cukrzyce. troche mnie to siedzenie u lekarza i w szpitalu lekko zdeprymowalo i nie tryskam dobrym humorem.

dzis malina poszla do szkoly - od wczoraj jest prawdziwa nastolatka, stuknela jej 13-stka. rozni nas tylko 12 cm jesli chodzi o wysokosc, ale juz stopy mamy identyczne. jako rodzice nastrojowo nie dajemy sobie rady z naszymi roznymi smutkami, ale malina swietnie to znosi i wciaz ma dla nas duzo cierpliwosci.

w poniedzialek ide do pracy. niestety ani w humorze, ani wypoczeta, z wyladowanymi bateriami.

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015
2016 - niech nie bedzie gorszy, to wystarczy.

przez prawie miesiac grzecznie chodzilam codziennie na zmiane opatrunku. nie zmieniala mi go pielegniarka tylko pani lekarka nasza wiejska - jeden z 5 lekarzy przyjmujacch tu na wsi, wiec czulam sie dobrze zaopiekowana. raz zastapil ja lekarz i tez zmieniajac opatrunek pochwalil, ze dobrze sie goi, wiec mimo, ze pieklo jak przedtem i bolalo jak nie wiem, mialam pewnosc, ze jestem na dobrej drodze do wyleczenia. wczoraj moja pania zastapila inna pani doktor. wchodze do gabinetu - a! znamy sie - byla przeciez u mnie tamtej nocy jako pogotowie jak mnie cos tak ugryzlo, ze nie moglam wytrzymac z bolu.

 - witam, witam, w czym moge pani pomoc? - pyta milo a ja na to, ze przyszlam na zmiane opatrunku.

 - a jakiego opatrunku?

 - a na na nodze, no wie pani...

 - co to bylam u pani w dom? w nocy?

 - tak.

 - to to sie jeszcze nie zagoilo???!!!

 - nie.

pani zdziwiona rozplatala opatrunek, jeszcze bardziej zdziwiona wykrzyknela: "o matko! a co to jest?" sama na te rane nigdy nie patrze jak mi opatruja, bo brzydka jest jak nie wiem co. pani wziela lupe, swiatelko, pensete i lekko zezloszczona zaczela mi na brzegach tej rany grzebac, myslalam, ze odjade z bolu. dostalam lekki opieprz, ze nie przychodze dopiero teraz. na to ja, ze przeciez jestem tu codziennie. pani zrobila wymaz rany, zadzwonila do szpitala w sasiednim miasteczku czy moga przyjac mnie w sekcji pogotowia. dostalam skierowanie, maz mnie natychmiast zawiozl. tu pani doktor zdjela opatrunk i oznajmila, ze musze zostac na noc zeby mi przeprowdzono wszystkie badania: krew, rentgen, bo rana jest taka, ze zakazenie moglo naruszyc kosc. lzy mi sie potoczyly po twarzy i to chyba pania jakos poruszylo, bo razem z pielegniarka cos poszeptaly, dostalam rurke w zyle i dwa piekne zdjecia rentgenowskie. siedzielismy tam z mezem 4 godziny, co raz telefoniecznie uspokajajac maline w domu, ze jest wszystko jest ok.

i bylo ok. kosc nienaruszona, krew bez zakazenia, specjalny opatrunek zmiekczajacy rane - jutro bedzie rozcinana (?), ale to i tak lepsze niz noccowanie w szpitalu. dzis piecze mnie jak przez ostatni miesiac niezmiennie, humor mam taki sobie, zaraz wybieramy sie do teatru, potem raclette w domu i fajerwerki nad jeziorem.

jakos stracilam nadzieje na lepszy rok 2016, ale niech chociaz nie bedzie gorszy.

 

 

 

 

 

wtorek, 29 grudnia 2015
lepszy rok.

 

nasze swieta: melancholia, patrzenie w niebo pelne gwiazd, zachwyt ksiezycem bialym jak snieg i wlasnym cieniem rzucanym na podloge w srodku nocy. a jakie niby mialy byc te swieta po takim trudnym roku? pamietam jak moja przyjaciolke porzucil maz. zaraz po tym jak stwierdzono u niego nieuleczaknego raka. umarl zanim zdazyli sie rozwiesc. stres, strach i bol wyciagaja z nas prawdziwych nas, nasze prawdziwe "ja". nagle nie da sie wiecej udawac, naciagac, zaklinac rzeczywistosc. tak samo u nas. nasze smutki zblizyly nas do siebie jeszcze bardziej choc zdawaloby sie, ze bardziej juz nie mozna, pomogly oddzielic rzeczy wazne od niewaznych. po ponad 20 wsponych latach od nowa odkrywamy, ze jestesmy dla siebie stworzeni.

zawodowo ten rok - pelen zakretow, porazek, spraw nie do zalatwienia, projektow nie do wygrania - byl ciagiem sukcesow. na bozonarodzeniowej kolacji moj szef dziekujac nam wszystkim powiedzial: "... i dzieki bogu,... i dzieki... lylowej" czym sprawil mi ogromna przyjemnosc, ale wieksza przyjemnosc nawet sprawili mi koledzy, ktorzy spontanicznie mu przytakneli bijax brawo - zawodowo bardzo mily moment. u meza tak samo. w wigiljnej przemowie maz dostal specjalne podziekowania, dzieki jego projektowi firma przechodzi transformacje, skok rozwojowy, ktorego pelnych konsekwencji juz pewnie aktywnie (zawodowo) nie bedziemy juz przezywac, bo to bedzie za 20 lat. malina przed swietami dala w szkole gazu. poprzynosila same jedynki i jakies specjalne pochwaly. pod choinke sprawila nam kilka naprawde pieknych prezentow - kupionych drobiazgow i cudow wlasnej roboty. boze, jacy jestesmy z niej dumni.

moja rana na nodze sie nie goi, moja tesciowa poszla dzis do szpitala i zostanie tam do nowego roku i przejdzie skomplikowana operacje - jak to niestety pasuje do tego okropnego 2015 roku. w azjatyckim sklepie kupowalismy dzis soje i dostalismy w prezencie trzy ciasteczka z wrozba. wszystkie trzy obiecuja dobry rok. niech wiec szybko mina te trzy dni. czekam na ten lepszy rok.

 

 

czwartek, 24 grudnia 2015
wesolych swiat moje kochane!

 

piątek, 18 grudnia 2015
dziura.

 

jak dobrze pojdzie od poniedzialku mam urlop. jak zle to jednak w poniedzialek wlacze sie jeszcze na troche w zwariowany wir projektow.

ten grudzien absolutnie pobil moje dotychczasowe grudnie. co drugi dzien siedzialam w samolocie i nawet wyskoczylam na kilka godzin do londynu. ten lot zapamietam chyba na zawsze. nie, nie bylo turbulencji ani zadnego bombowego alarmu ani nawet nie zginal mi bagaz, bo mialam tylko podreczna torbe z komputerem. do domu wrocilam pozno, malina zaraz poszla spac, maz mial wrocic nastepnego dnia. do spania wzielam sobie termoforek i zasnelam juz o 9 jak susel.

w nocy, spiac jeszcze, ale juz jakby na jawie zaczelam sie z tym termoforkiem meczyc. zaczal mnie parzyc. leniwie, w polsnie przesunelam go na najdalszy skraj lozka i spalam dalej. niedlugo jednak, bo magiczne cieplo termofora docieralo do mnie nawet z daleka, wyciagnelam sie jak moglam i wywalilam go na podloge. coz z tego skoro parzyl mnie nadal w lydke. juz, juz prawie znow zasnelam, kiedy parzenie stalo sie naprawde bolesne. obudzilam sie. zla sama na siebie zapalilam swiatlo: kurcze poparzylam sie termoforem czy co? patrze na lydke i oczom nie wierze. mam wielka czerowna plame i kilka babli i nie wiem czy wciaz snie czy nie, ale te bable rosna i widze jak lacza sie w jeden wielki babel, ktory parzy i boli tak, ze nie moge wytrzymac. jest 2 w nocy, wpadam w panike. co to moze byc? wyglada jak poparzenie, ale przeciez nie mozna poparzyc sie tak termoforem. dzwonie na pogotowie. pan pyta spokojnie czy moze wlasnie wrocilam z jakiejs egzotycznej podrozy. no nie, tylko z londynu. aha - mowi pan i wysyla lekarza. zanim przyjechal lekarz probowalam jakos schlodzic rozogniona noge lodem, ale na nic sie to nie zdalo. czekajac na ratunek wygooglowalam sobie o co chodzi: waglik. i wpadlam w panike. londyn, obylo sie bez bombowego alarmu ale przywiozlam waglika?! o boze.

przyjechal lekarz, obejrzal, wypytal o podroze egzotyczne, wykluczyl zarazenie waglikiem ale nie postawil zadnej diagnozy. przeklul babel wielkosci kurzego jajka, zrobil opatrunek, dal silny srodek przeciwbolowy i odjechal. zgodnie z jego zaleceniem poszlam nastepnego dnia do lekarza, zaintrygowana pani doktor poprosila o konsulatcje kolezanke z pokoju obok. obie panie przygladaly sie dlugo mojej krwawej ranie, wielokrotnie wzruszaly ramionami i krecily glowami. dostalam tabletki przeciwbolowe i opatrunek. bardzo mozliwe, ze w samolocie ugryzla mnie mrowka. podobno w samolotach zyja mrowki, ktore zywia sie resztkami tego co lezy w samolocie i chcac nie chca pochlania srodki dezynfekujace, ktorymi co i raz traktowany jest samolot. ukaszenie takiej mrowki moze spowodowac taka wlasnie silna reakcje alergiczna. od tygodnia zmieniam sobie ten opatrunek, w nodze mam normalnie dziure.

odpedzam od siebie moje 2015 zwatpienie w umiejetnosci niemieckich lekarzy, bo z taki zwatpieniem jest smutno.

 

 

wtorek, 01 grudnia 2015
1 grudnia 2015

wieczorem malina na dobranoc usciskala mnie mowiac:

 - idz lepiej wczesniej spac. wiem, ze masz tyle pracy i nie masz glowy do kaledarza adwentowego.

o polnocy podwiazalam wszystkie paczuszki do choinki, ktora zmajstrowalam rok temu. do kosza obok wlozylam lancuch czerwonych swiatelek.

skoro swit malina przydreptala z adwentowym prezentem "zamiast kalendarza"- ulepila je z papieru, zebysmy mialy dwa swiatelka do sniadania. dwa biale lampiony. sliczne!

byla lekko zaspana i przeszla obok kalendarza zupelnie go nie zauwazajac!

to byl fajny poranek. tatusiowi wyslalysmy zdjecia.

 



poniedziałek, 30 listopada 2015
priorytety w wykonywaniu waznych zadan.

 

nie wiem jak ja ten tydzien przezyje. mam kilka prezentacji w tym jedna w londynie. i wielkie bardzo eleganckie przyjecie (nie tam takie ze zaloze cos czarnego i zrobie wlosy tylko takie na serio) i malina ma tez swoje terminy i maz tez. logistycznie jest to sytuacja niemal nie do pokonania, bo w dodatku sypnelo nam projektami jak swiezym sniegiem. jestem w panice. zamiast przygotowywac prezentacje, przygotowalam woreczki do kaledarza adwentowego. zawisna dzis w nocy, jak tylko malina zasnie.

 

 

 

male katastrofy domowe.

 

moja letnia sukienka w czerwona kratkie zaplatala sie w pralce w bielizna meza i teraz maz jest wlascicielem kilku blado - rozowych t-shirtow. poukladal je rowniutko w szafie:

- teraz jak je bede nosil, to jakbym troche mial ciebie przy sobie. - ucieszyl sie.

 

ulubiony obrus zalalam czerwonym winem - szybko zareagowalam sola i jakos sie spralo. upralam tez dywaniki, takie podluzne, ktore leza zima i zbieraja przy wejsciu kamyki z butow. po wysuszeniu okazalo sie, ze zamiast bieznikow zostaly mi dwie male wycieraczki. w zyciu nie widzialam, zeby cos sie tak skurczylo po praniu.

 

no i wczoraj... no kurcze, wczoraj na weihnachtsmarkt zalalam sobie bladoblekitny kozuszek keczupem. jesli ktos ma pomysl/sposob/dobra rade co zrobic z plamami, ktore ciagna sie jak wzor z gory do dolu, to bardzo prosze!!!

 

poniedziałek, 23 listopada 2015
iskierki.

 

wyslalam mail do kolegi w londynie. odpowiedzial natychmiast: "moge sie tym zajac jutro? ide wlasnie z corka na kolacje i wroce pewnie pozno". w weekend pracowalam z kolegami z brukseli nad projektem. dzis skoro swit przyslali niedopracowane dokumenty. nic nie poprawilam, poslalam dalej, bo i tak jestesmy spoznieni. wielki projekt do nakrecenia w grudniu. rezyser rezygnuje. 16 grudnia jego syn walczy o czarny pas w karate i ojciec obiecal, ze bedzie mu sekundowal. jesli w tym wszystkim zlym co sie teraz dzieje na swiecie mozna znalezc jakas malenka iskierke dobra, to jest wlasnie to: swiat sie nie zatrzymal, ale jednak kreci sie wolniej. szybko przetasowaly sie priorytety. wiekszosc moich znajomych jesli nie zniknela z fb to ich obecnosc jest bardzo ograniczona. terminy sa jak byly - napiete, ale ton rozmow jest inny, pelen zroumienia, serdeczny.

 

weekend spedzilam na scinaniu zielonych galezi roznego rodzaju. malina z przyjaciolka wyprodukowaly dwa piekne wience adwentowe, wiec w przyszla niedziele nie mamy nic do roboty. dziewczyny upiekly ciasteczka i te przeznaczone do dekoracji spsikaly brokatem - efekt genialny.

 

 

 

zycie mogloby byc takie piekne.

 

piątek, 20 listopada 2015
kto kogo?

 

malinowy tatus wstal dzis troche wczesniej i  - ogolony, wyprysznicowany i piekny - polecial po swieze buleczki dla maliny. o 6:10 rano!!!

wczoraj mialam tyle pracy, ze nie zdazylam kupic swiezego chleba.

 - malina, czy ty widzisz jakiego ja ci tatusia znalazlam?

 - boze, co ja z wami mam! tatus uwaza, ze on ciebie mi znalazl!

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 listopada 2015
swiat jest taki piekny.

 

wieczorem maz pojechal po maline. usiadlam na lawce, z winem i orzechami. i tak sie gapilam i gapilam.

trzeba sie szybko cieszyc sie tym co jest. moze niedlugo juz tego wszystkiego nie bedzie?

 

 

 

piątek, 13 listopada 2015
malinowa polszczyzna.

 

malina przerabia fraszki kochanowskiego na sobote. wiele znam na pamiec i moge sie popisac przed wlasnym dzieckiem. nalepiej malina rozumie fraszke na zdrowie.

potem okazuje sie, ze oprocz czasownikow dokonanych i niedokonachy sa tez... czasowniki klopotliwe. myslalam, ze to zart. ja sie o klopotliwych czasownikach nie uczylam. o kurcze.

na koniec dziady cz.II. za nic malina nie moze wymowic "duszyczki w czysccu".

 - mamusiu, co to jest czysccu?

 - no wiesz, jest niebo i pieklo a miedzy nimi? czysciec!

 - aaa! I'm stuck in between, heaven and hell! a to wiem, wiem!

potem tlumaczymy czym jest kadziel, sklepienie, trwoga. duszki dzieci dostaja gorczyce, zeby isc do nieba... czy ja przerabialam dziady jak mielam 13 lat?

 

 

chociaz 13-sty to jednak piatek.

 

noca zapatrzona w gwiazdy, dniem odhaczam projekt za projektem. i nagle? piatek. calkiem niespodziewany piatek zamiast spodziewanego czwartku. chyba kolo srody tak jakos sie zaplatalam. przede mna proste zadania: trzeba malinie kupic buty na zime i ostrzyc plot. to co mnie w mlodosci nudzilo i zloscilo: powtarzajace sie, przyziemne czynnosci, niezbedne do normalnego egzystowania, teraz sprawiaja mi przyjemnosc wlasnie swoja prostota. jasny poczatek i definitywne zakonczenie, piekna kropka uwienczajaca wypelnione zadanie uwalnia we mnie hormon samozadowolenia. prasuje - uprasowane. zamiatam liscie - zamiecione. brakuje mleka - kupione. gotuje jajka - twarde. zapalam swiece - swieci. patrze na swiece i ciesze sie. nic nie czytam, ksiazki mnie nudza, niecierpliwia i mecza. wole patrzec i myslec. jak bede bardzo stara, to bede sobie patrzec przez okno i rozmyslac.

 

 

czwartek, 12 listopada 2015
lylowe teksty.

 

wiele dziennikow do ktorych zagladam przechodzi metamorfoze lub przygotowuje sie do zamkniecia bram. kryzys wirtualnej tozsamosci? chec zmiany bloga spontanicznego na bloga, ktory zarabia pieniadze, wyczerpanie tematu, brak czasu.

nie wiem czy mnie to kiedys dotknie. mysle, ze gdybym miala zarabiac blogiem forse - a ja uwielbiam zarabiac forse! - to by mnie to zestresowalo i paralizowalo. a z drugiej strony samodyscyplina, z gory narzucone ramy i tematy to dobre cwiczenie warsztatu. mysle sobie wtedy o kunst der fuge. albo o solistce w jeziorze labedzim czy o pogorelichu przy fotepianie. kwadratowe ramki, zelazne reguly a jednak wolna sztuka, magia, wlasny charakter.

moje wpisy powstaja w wolnej chwili. kiedy akurat mam czas, pisze to co akurat wlasnie mam w glowie. teraz. nie wczoraj, nie dzis rano. tylko wlasnie teraz. nie planuje wpisow, nie rozmyslam kiedy najlepiej je wstawic, zeby mialy duzo komentarzy. komentuja mnie zyczliwe osoby od lat i zawsze sprawia mi to ogromna przyjemnosc, ze komus sie chce tu cos napisac. uwielbiam pisanie jak jedzenie czekolady. w mojej glowie trwa nieprzerwany monolog, opisy, zachwyty i zlosc, wzruszam sie i wsciekam sie tekstami z wielokropkami, pytajnikami i wykrzyknikami. ale najbardziej lubie kropki. nie ma nic ladniejszego od zgrabnego zdania zakonczonego kropka. taki tekst, refleksje czy komentarz lub opis zapisuje tu jesli akurat siedze pred komputerem. jesli nie, to przeplywa on przez moja glowe i odchodzi w zapomnienie. i nic nie szkodzi, bo zaraz przychodza nowe mysli, emocje, cos sie wydarza. moglabym pisac w zasadzie caly czas. pisze nawet jak nie pisze.

 

 

 

 

 

środa, 11 listopada 2015
znaki na niebie.

 

nie moglam dzis spac. zasloniete okna przepuszczaly biale swiatlo, wiec pomyslalam, ze jest jakas niesamowita pelnia. wyszlam na taras. jaka ciepla noc. w listopadzie stalam boso i bez szlafroka i nie marzlam. jasno jakby byla pelnia, rzucalam soba cien na deski tarasu, ale ksiezyca nie widac z zadnej strony nieba. za to gwiazdy! tylu gwiazd na raz nie widzialam nawet w sierpniu. wielki woz, ktory normalnie wisi nad naszym domem, wisial za laka nad domem sasiadow. pewnie jesienne niebo jest inne niz letnie. nigdy tego nie zauwazylam. no i bach! spada gwiazda. i bach druga! myslalam, ze gwiazdy spadaja tylko latem, wiec tak z zaskoczenia nawet sobie nie zdazylam zamarzyc. poczulam, ze jest dziwnie, wrocilam do lozka. zasnelam w zlym humorze i w takimze humorze sie rano obudzilam. od rana mecze sie ze soba.

 

wtorek, 10 listopada 2015
krol jest jeden!

gosci lubie niespodziewanych. wyjscia na kolacje spontaniczne. kwiaty bez powodu. nie lubie dalekosieznych planow, bo z powodu charakteru mojej pracy nigdy nie wiem czy dotrzymam terminu, czy bede miala czas, czy bede tu czy tam i w ogole. biletly kupione z duzym wyprzedzeniem staja mi czesto koscia w gardle i sa strata pieniedzy, bo jakos nigdy nie udaje nam sie ich komus odsprzedac. dlatego wlasnie nie mielismy wiekszej szansy na pojscie na "könig der löwen" w hamburgu. przedstawienie od lat cieszy sie niezmienna popularnoscia. ilosc przedstawien - a tym samym ilosc sprzedanych biletow - pobila rekord "cats". bilety na dobre miejsca trzeba kupic z 2-3 miesiace wczesniej. tym razem bylo podobnie: sprawdzilismy jakie resztki zostaly i niestety same takie z ograniczona widocznoscia. znalazlam jedno dobre miejsce i jedno takie z boku. malina jest duza, nie musimy przeciez siedziec razem, ona dostanie to super miejsce, ja usiade na tym z boku, pewnie za kolumna:-) malinowy tatus, ktory poslubil mnie MIMO musicalowej pasji, zaoferowal sie, ze nas podwiezie do teatru, bilety kupimy w kasie a on sam pojdzie sobie do sauny i odpocznie. a jak nie dostaniemy biletow to wszyscy pojdziemy do sauny i tez bedzie fajnie.

do teatru plynie sie malym promem (jakies 3 minuty:-) malina i ja na wszelki wypadek troche sie wystroilysmy. do kasy dotarlismy 40 minut przed przedstawieniem. widok hamburga z tej perspektywy zapiera dech w piersiach, wiec nawet jakby nie udalo sie z biletami cieszylam sie, ze malina i maz to zobaczyli. pani w kasie milo nas przywitala i zaczela grzebac w komputerze. na krocej niz godzine przed rozpoczeciem spektaklu, zwalnia sie 5 miejsc automatycznie zarezerwowanych dla managementu teatru i specjalnych gosci. moze chcielibysmy trzy z tych pieciu? najlepsze miejsca w teatrze na cene trzeciej kategorii. co? no pewnie, ze chcemy! maz nawet nie zdazyl porzadnie sie sprzeciwic, bo pani juz robila wydruk:

 - dam jeszcze panstwu znizke rodzinna, dobrze?

no pewnie, ze dobrze! bardzo dobrze:-) pani sie usmiechnela i dodala, ze juz dawno nikt tak tak sie u niej nie cieszyl z biletow.

przedstawienie jest absolutnie niesamowite. historia banalna jak to w musicalu i znana chyba kazdemu dziecku, ale kostiumy i scenografia to absolutne dzielo sztuki i nie umiem tego porownac z niczym, co widzialam do tej pory, choc widzialam prawie wszystkie popularne musicale. dodatkowym plusem krola lwow jest fakt, ze czesc tekstu spiewana jest w jezyku zulu. niestety niemiecki nie nadaje sie moim zdaniem do musicalu:-) zeby nie wiem co.

w przerwie maz zaprosil nas na szmapana przy wczesniej zarezerwowanym stoliku i tak sobie podziwialismy olbrzymie obrazy na scianach teatru i... niesamowite pomieszanie strojow wsrod publicznosci. jedni w eleganckich strojach jak do teatru, inni z plecaczkami i w sportowych kurtkach jakby wlasnie zrobili sobie przerwe w gorskiej wspinaczce - ci w przewadze. oczywiscie, ze musical to kultura niskich lotow, ale jednak jest to jakas okazja, zeby wyrwac sie z codziennosci, szczegolnie jesli idzie sie z dzieckiem. w niemczech duzo sie teraz dyskutuje o europejskiej kulturze i o jej zagrozeniu. ale gdzie ta kultura? maniery? dobre wychowanie? rozmowa? tradycja? chcialam cos dodac o dzieciach i iphonach, ale daruje sobie, dobrze?

przedstawienie jest dlugie, ma moral, genialne stroje, niesamowicie fantazyjna scenografie i choreografie. natomiast nie ma kluczowego hitu, piosenki, ktora sie nuci po wyjsciu (jak duch w operze albo miss saigon, czy chorus line) moj ulubiony muzycznie moment to walka lwow z hienami:

https://www.youtube.com/watch?v=Crm2VfqzgIk

ale to pewnie dlatego, ze kilka lat temu malina tanczyla do tej muzyki na szkolnym przedstawieniu.

 

historia dla dzieci, ale realizacja bardzo interesujaca takze dla doroslych. nawet dla mojego meza!

przeplyniecie elba jest prawdziwa atrakcja i w dzien i wieczorem. szkoda, ze takie krotkie.

 

 

 

 

poniedziałek, 09 listopada 2015
prawie dwa tygodnie w drodze.

 

mamy za soba bardzo intensywne ferie. tatus z malina feriowali na calego, ja pracowalam a wieczorami do nich dolaczalam. zaliczony musical "król lwów" ("könig der löwen"), miniaturowy swiat w hamburgu i blue man, galeria figur woskowych w berlinie. w miedzyczasie smakolyki, zakupy i plywanie w syrenim ogonem w basenie. wrocilismy wczoraj wieczorem i w jakims szalonym transie rozpakowalismy wszystko, powrzucalismy do pralki, poukladalismy w szafach, walizki do schowka, zeby jeszcze przez chwile pocieszyc sie byciem w domu. mimo tempa i mimo, ze nie mialam wolnego czuje sie naladowana dobra energia. prawdziwy urlop, to przewietrzenie glowy. 

 

wtorek, 20 października 2015
poszla baba do lekarza

 

wyczekany termin. dlugie czekanie w kolejce. w koncu moja kolej. hurra! najpierw badanie sluchu, bo jakos czuje, ze mniej slysze niz zwykle. mile mlode pani badaja mnie dosc dlugo: wysokie, niskie tony, sluchawki takie, sluchawki siakie, jakies czopki, wtyczki, zatyczki. a ja sie wkurzam sama na siebie, ze taka jestem hypochondryczka, no przeciez slysze przeciez wszystko, na co mi to bylo? no ale nic, grzecznie, zgodnie z zaleceniem, przyciskam niebieski guziczek kiedy slysze ton.

5 minut pozniej przyjmuje mnie lekarz i juz na powitanie kreci glowa. w jednym uchu 75% sluchu, w drugim 80% - jak na moj wiek za malo. no ale przynajmniej bede miala na papierze, ze niedoslysze i maz przestanie sie wkurzac na moje nieustajace: - wie bitte?

nie mialam czasu sie martwic, bo zaczelo sie badanie jak ta lala! na wszystkie strony! wszystkie dziurki w glowie, plus usg. pan ciagle wtykal mi do gardla jakies patyczki, rurki a jedna nawet z kamera. patyczki wysle do laboratorium i powiedza mi pojutrze jakby jakas okropna bakteria mi sie tam zagniezdzila. okazalo sie, ze ogolnie sprawa spowodowana jest typowa, silna alergia i kwasnym organizmem. no ale ja nie mam zadnych alergii... a to zobaczymy.

w pokoju obok pani pomalowala mi oba ramiona cyframi od 1 do chyba 20, kazda cyferke skroplila jakims swinstwem i kazda kropelke naklula igla. po 15 minutach nic, tylko jedno miesce spuchlo mi jak pol sliwki. a! - ucieszyl sie pan doktor - i jestesmy w domu! silna alergia na kota! b-a-r-d-z-o silna alergia na kota. no niestety musi sie pani pozbyc kota. dostalam krople/spray do nosa z kortyzonem i jakies lekarstwo na odkwaszenie oragnizmu. za 4 tygodnie mam nastepny termin.

wsiadlam do samochodu i ruszylam do domu. szkoda, ze nie mam zadnego kota, bo zaraz bym sie go pozbyla.

no mozna sie zniechecic, prawda?

 

 

taki poranek.

 

od ponad 4 tygodni jestem z lekka chora. wstaje z obolalym, spuchnietym i swedzacym gardlem, kicham, wszystko mnie boli, nie moge lykac bez bolu. boli mnie glowa, jestem zmeczona. juz nawet zostalam kilka dni w lozku. bez szans. bylam u lekarza i u drugiego. proszki na goraczke, pastylki do ssania, gardlo plukac sola. przelecialam sie po internetowych stronach - co one na ten temat? moge miec raka gardla, raka jezyka albo strun glosowych. dzis nadszedl jednak ten dzien. dlugo wyczekiwana wizyta u lekarza - dzis o 11:00. wczoraj wieczorem niemal sie cieszylam, ze w koncu ktos mnie obejrzy, obada nie tylko gardlo ale i uszy. tak!

a dzis wstaje raniutko, myje wlosy, ubieram sie i... nic. no poprostu zadnego bolu ani kataru. wielkie NIC. no mozna sie zniechecic, co?

 

poniedziałek, 19 października 2015
malinowe uszki.

 

od 2 i pol roku malina miala z mojej strony zielone swiatlo, bo moj warunek brzmial: jak skonczysz podstawowke, ok? ok.

i malina i chciala i nie chciala. decydowala sie i rezygnowala. juz. juz byla gotowa i ... no jednak nie.

a  sobote wstala i powiedziala: dzis.

dlatego zaraz po polskiej szkole pojechalismy z malina do miasta, malina wybrala kolczyki, ja sfotografowalam jeszcze malinowe uszki i trach! - bardzo mila pani zrobila w tych uszkach dziurki. zeby to uczcic poszlismy na indyjska kolacje w miescie. malina wniebowzieta, z wrazenia nie mogla zasnac. jak w koncu zasnela to cos mi sie tak zrobilo smutno, ze nie wiem. o ludzie, nie moglam uwierzyc, ze osobiscie pozwolilam takie sliczne, rozowe, malinowe uszy przedziurkowac. maz mnie najpierw pocieszal a potem wpadl na pomysl, ze jak tak mam przezywac i sie meczyc, to mozemy w nocy te kolczyki malinie wyjac a rano w zamian obiecac nie wiadomo co (psa?) a dziurki zarosna.

zanim ten cudowny plan zrealizowalismy, usnelismy i malina ma teraz przeklute uszy i jest najszczesliwszym czlowiekiem pod sloncem.

 

 

 

inside out

 

dziennikowe, blogowe i fb - dyskusje wciaz ucza mnie i od nowa zaskakuja. zebym nie wiem jak mocno byla przekonana, ze mam racje i ze tylko i jedynie moja intuicja jest nieomylna (jak kiedys papiez) i ze wszyscy oczywiscie mysla tak samo jak ja, to zawsze znajdzie sie ktos, kto nie dosc, ze mysli inaczej, to w dodatku czasami wrecz mysli... zupelnie dowrotnie! tak. tak.

i przypomnialo mi sie jak przed laty siedzialam w kinie na filmie w kolorze rozowym: lily fee. rozowy film dozwolony oczywiscie od wieku zero, bo czegoz mozna sie zlego spodziewac po infantylnej, rozowej krolewnie z wytrzeszczem oczu? 6 czy 7 letnia malina byla zachwycona filmem, ale juz nasza kinowa siasiadka nie dala rady przy scenie, kiedy rozowy, rozany ogrod zarasta czarnymi kolcami. dla 3 letniego dziecka to byl szok, dziecko zaczelo strasznie plakac i chcialo wyjsc. naladowana jeszcze swiezo waldorwska ideologia, zwrocilam matce uwage, zeby dala dziecku spokoj i wyszla z kina. wkurzona mama powiedziala, ze film jest od 0 i tylko sie przesiadla.

lata pozniej, a dokladnie wczoraj siedze z malina i mezem w kinie. ogladamy najnowsza produkcje pixar inside out. dozwolona od 0. piekny film o emocjach, wspomnieniach, okazywaniu uczuc i tych smutnych i tych wesolych, strachu i zlosci. film jest wesoly dopoki opowiada o dziecinstwie glownej bohaterki. w swiecie jej emocji buduje sie strefa przyjazni, rodziny, wyglupow, strefa hobby - obrazowo przedstawione jak mini planety, czy statki kosmiczne. jak najwieksze skarby, diamenty czy zlote kule przechowywane sa wspomnienia pieknych chwil z rodzicami, z przyjaciolka, ze sportowa druzyna. jednak rodzice postanawiaja sprzedac dom, przenosza sie do miasta i caly ten kolorowy, radosny swiat zaczyna sie cegielka po cegielce rozpadac. niesamowite metafory no i podobienstwa do naszej przeprowadzki sprzed 3 lat sprawily, ze co i raz chlipalysmy z malina jak wariatki a tatus tylko dostarczal nam swieze chusteczki.

film jest 3d, wiec sceny kiedy w czarna przepasc zapomnienia spada ulubiony slon, kiedy rozpada sie swiat zaufania, swiat przyjazni sa naprawde przerazajace. kilkuletni chlopiec rzad wczesniej od polowy filmu sciagal okulary 3 d proszac mame zeby wyjsc, bo mu sie film nie podoba. mama z uporem maniaka wkladala mu okulary i uspoajala, ze ta scena zaraz sie skonczy i ze film jest super. kiedy zawalil sie "pociag mysli" (gedankenzug), chlopiec zaczal plakac, mama wziela go na kolana. no zeby sie nie bal, co? i znow wcisnela mu okulary. zeby lepiej widzial, co? scena z monstrualnym klownem - nawet mnie przeszedl dreszcz. chlopiec zrzucil okulary na podloge, mama sie wkurzyla (pewnie chce go wychowac na twardziela, bo mieczaki to nie maja w zyciu szans, co?), w ciemnosciach znalazla okulary i odeslala synka do ojca. en jeszcze dobry kwardrans staral sie zmusic dziecko do ogladania filmu az jakas pani nie wytrzymala i poprosila ich o opuszczcenie kina, bo przeszkadzaja. ha! i to nie bylam ja! jestem wyluzowana, co? bo kazdy wychowuje jak chce i nic mi do tego amen.

 

(ps: mama obejrzala film do konca)

(ps2: z tego wszystkiego nie wiem czy to napisalam, ale film warto obejrzec. szczegolnie z prawie-13latka! w drodze do domu dyskutowalysmy w przyjaznej atmosferze i obopolnym zrozumieniu)

 

 

środa, 14 października 2015
nice and polite

 

widzialam dzis dyskusje na fb o byciu grzecznym. (wszystko przez ciebie zielona!:-) :-)

autorke wpisu wkurzaja dzieciece wierszyki, w ktorych powtarzaja sie frazy w stylu "jestem grzeczny". pod wpisem pojawilo sie wiele komentarzy o tym, ze grzeczne dzieci nie maja szans w zyciu, bo... sa grzeczne. grzeczne dzieci nie sa kreatywne, nie umieja miec wlasnego zdania i siedza w ostatnim rzedzie niezauwazone i pewnie tak im zostanie na cale zycie. grzeczne dzieci, wychowane pod linijke, nie moga sie w dziecinstwie wyszalec, byc soba i cieszyc sie dziecieca wolnoscia. a wszystko przez szkole. przez glupie wierszyki i akademie.

dla mnie czlowiek grzeczny to czlowiek uprzejmy. mam wrazenie, ze w wielu komentarzach jednak "grzeczny" rozumiane jest jako: potulny, ulegly, lizus. jak dzieci maja byc grzeczne, jesli ich rodzice stawiaja znk rownosci miedzy "grzeczny" a "looser". wiele mam juz teraz martwi sie o kariery swoich dzieci, ktore dopiero co poszly do szkoly. malina tez recytuje w szkole takie wierszyki, ale jakos nie widze w jej klasie/szkole (ani w zadnej z poprzednich szkol) zadnych potulnych barankow. to czy dziecko ma swoje zdanie, czy umie je wyrazic, czy jest kreatywne czy nie nie zalezy od wierszykow i akademii. zalezy raczej od tego jak rozmawia sie w domu, jakich uzywa sie argumentow, w jakim tonie i jak akceptuje sie poglady/prawa dziecka w domu. 6-7 latkowie na poczatku szkoly sa niesamowita wizytowka swoich domow. pewnie, ze szkola ma potem na to jakis wplyw, ale jak widze dzieci wokol mojej corki, to uwazam, ze ten wplyw jest niewielki. chcemy czy nie, to nadal my rodzice jestesmy odpowiedzialni za zachowanie i rozwoj naszych dzieci.

w takiej dyskusji mam wrazenie, ze wiele mam, ktorym w zyciu sie nie udalo, uwaza, ze to dlatego, ze byly zbyt grzeczne. smutne, prawda?

 

 

Archiwum