wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 23 listopada 2015
iskierki.

 

wyslalam mail do kolegi w londynie. odpowiedzial natychmiast: "moge sie tym zajac jutro? ide wlasnie z corka na kolacje i wroce pewnie pozno". w weekend pracowalam z kolegami z brukseli nad projektem. dzis skoro swit przyslali niedopracowane dokumenty. nic nie poprawilam, poslalam dalej, bo i tak jestesmy spoznieni. wielki projekt do nakrecenia w grudniu. rezyser rezygnuje. 16 grudnia jego syn walczy o czarny pas w karate i ojciec obiecal, ze bedzie mu sekundowal. jesli w tym wszystkim zlym co sie teraz dzieje na swiecie mozna znalezc jakas malenka iskierke dobra, to jest wlasnie to: swiat sie nie zatrzymal, ale jednak kreci sie wolniej. szybko przetasowaly sie priorytety. wiekszosc moich znajomych jesli nie zniknela z fb to ich obecnosc jest bardzo ograniczona. terminy sa jak byly - napiete, ale ton rozmow jest inny, pelen zroumienia, serdeczny.

 

weekend spedzilam na scinaniu zielonych galezi roznego rodzaju. malina z przyjaciolka wyprodukowaly dwa piekne wience adwentowe, wiec w przyszla niedziele nie mamy nic do roboty. dziewczyny upiekly ciasteczka i te przeznaczone do dekoracji spsikaly brokatem - efekt genialny.

 

 

 

zycie mogloby byc takie piekne.

 

piątek, 20 listopada 2015
kto kogo?

 

malinowy tatus wstal dzis troche wczesniej i  - ogolony, wyprysznicowany i piekny - polecial po swieze buleczki dla maliny. o 6:10 rano!!!

wczoraj mialam tyle pracy, ze nie zdazylam kupic swiezego chleba.

 - malina, czy ty widzisz jakiego ja ci tatusia znalazlam?

 - boze, co ja z wami mam! tatus uwaza, ze on ciebie mi znalazl!

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 listopada 2015
swiat jest taki piekny.

 

wieczorem maz pojechal po maline. usiadlam na lawce, z winem i orzechami. i tak sie gapilam i gapilam.

trzeba sie szybko cieszyc sie tym co jest. moze niedlugo juz tego wszystkiego nie bedzie?

 

 

 

piątek, 13 listopada 2015
malinowa polszczyzna.

 

malina przerabia fraszki kochanowskiego na sobote. wiele znam na pamiec i moge sie popisac przed wlasnym dzieckiem. nalepiej malina rozumie fraszke na zdrowie.

potem okazuje sie, ze oprocz czasownikow dokonanych i niedokonachy sa tez... czasowniki klopotliwe. myslalam, ze to zart. ja sie o klopotliwych czasownikach nie uczylam. o kurcze.

na koniec dziady cz.II. za nic malina nie moze wymowic "duszyczki w czysccu".

 - mamusiu, co to jest czysccu?

 - no wiesz, jest niebo i pieklo a miedzy nimi? czysciec!

 - aaa! I'm stuck in between, heaven and hell! a to wiem, wiem!

potem tlumaczymy czym jest kadziel, sklepienie, trwoga. duszki dzieci dostaja gorczyce, zeby isc do nieba... czy ja przerabialam dziady jak mielam 13 lat?

 

 

chociaz 13-sty to jednak piatek.

 

noca zapatrzona w gwiazdy, dniem odhaczam projekt za projektem. i nagle? piatek. calkiem niespodziewany piatek zamiast spodziewanego czwartku. chyba kolo srody tak jakos sie zaplatalam. przede mna proste zadania: trzeba malinie kupic buty na zime i ostrzyc plot. to co mnie w mlodosci nudzilo i zloscilo: powtarzajace sie, przyziemne czynnosci, niezbedne do normalnego egzystowania, teraz sprawiaja mi przyjemnosc wlasnie swoja prostota. jasny poczatek i definitywne zakonczenie, piekna kropka uwienczajaca wypelnione zadanie uwalnia we mnie hormon samozadowolenia. prasuje - uprasowane. zamiatam liscie - zamiecione. brakuje mleka - kupione. gotuje jajka - twarde. zapalam swiece - swieci. patrze na swiece i ciesze sie. nic nie czytam, ksiazki mnie nudza, niecierpliwia i mecza. wole patrzec i myslec. jak bede bardzo stara, to bede sobie patrzec przez okno i rozmyslac.

 

 

czwartek, 12 listopada 2015
lylowe teksty.

 

wiele dziennikow do ktorych zagladam przechodzi metamorfoze lub przygotowuje sie do zamkniecia bram. kryzys wirtualnej tozsamosci? chec zmiany bloga spontanicznego na bloga, ktory zarabia pieniadze, wyczerpanie tematu, brak czasu.

nie wiem czy mnie to kiedys dotknie. mysle, ze gdybym miala zarabiac blogiem forse - a ja uwielbiam zarabiac forse! - to by mnie to zestresowalo i paralizowalo. a z drugiej strony samodyscyplina, z gory narzucone ramy i tematy to dobre cwiczenie warsztatu. mysle sobie wtedy o kunst der fuge. albo o solistce w jeziorze labedzim czy o pogorelichu przy fotepianie. kwadratowe ramki, zelazne reguly a jednak wolna sztuka, magia, wlasny charakter.

moje wpisy powstaja w wolnej chwili. kiedy akurat mam czas, pisze to co akurat wlasnie mam w glowie. teraz. nie wczoraj, nie dzis rano. tylko wlasnie teraz. nie planuje wpisow, nie rozmyslam kiedy najlepiej je wstawic, zeby mialy duzo komentarzy. komentuja mnie zyczliwe osoby od lat i zawsze sprawia mi to ogromna przyjemnosc, ze komus sie chce tu cos napisac. uwielbiam pisanie jak jedzenie czekolady. w mojej glowie trwa nieprzerwany monolog, opisy, zachwyty i zlosc, wzruszam sie i wsciekam sie tekstami z wielokropkami, pytajnikami i wykrzyknikami. ale najbardziej lubie kropki. nie ma nic ladniejszego od zgrabnego zdania zakonczonego kropka. taki tekst, refleksje czy komentarz lub opis zapisuje tu jesli akurat siedze pred komputerem. jesli nie, to przeplywa on przez moja glowe i odchodzi w zapomnienie. i nic nie szkodzi, bo zaraz przychodza nowe mysli, emocje, cos sie wydarza. moglabym pisac w zasadzie caly czas. pisze nawet jak nie pisze.

 

 

 

 

 

środa, 11 listopada 2015
znaki na niebie.

 

nie moglam dzis spac. zasloniete okna przepuszczaly biale swiatlo, wiec pomyslalam, ze jest jakas niesamowita pelnia. wyszlam na taras. jaka ciepla noc. w listopadzie stalam boso i bez szlafroka i nie marzlam. jasno jakby byla pelnia, rzucalam soba cien na deski tarasu, ale ksiezyca nie widac z zadnej strony nieba. za to gwiazdy! tylu gwiazd na raz nie widzialam nawet w sierpniu. wielki woz, ktory normalnie wisi nad naszym domem, wisial za laka nad domem sasiadow. pewnie jesienne niebo jest inne niz letnie. nigdy tego nie zauwazylam. no i bach! spada gwiazda. i bach druga! myslalam, ze gwiazdy spadaja tylko latem, wiec tak z zaskoczenia nawet sobie nie zdazylam zamarzyc. poczulam, ze jest dziwnie, wrocilam do lozka. zasnelam w zlym humorze i w takimze humorze sie rano obudzilam. od rana mecze sie ze soba.

 

wtorek, 10 listopada 2015
krol jest jeden!

gosci lubie niespodziewanych. wyjscia na kolacje spontaniczne. kwiaty bez powodu. nie lubie dalekosieznych planow, bo z powodu charakteru mojej pracy nigdy nie wiem czy dotrzymam terminu, czy bede miala czas, czy bede tu czy tam i w ogole. biletly kupione z duzym wyprzedzeniem staja mi czesto koscia w gardle i sa strata pieniedzy, bo jakos nigdy nie udaje nam sie ich komus odsprzedac. dlatego wlasnie nie mielismy wiekszej szansy na pojscie na "könig der löwen" w hamburgu. przedstawienie od lat cieszy sie niezmienna popularnoscia. ilosc przedstawien - a tym samym ilosc sprzedanych biletow - pobila rekord "cats". bilety na dobre miejsca trzeba kupic z 2-3 miesiace wczesniej. tym razem bylo podobnie: sprawdzilismy jakie resztki zostaly i niestety same takie z ograniczona widocznoscia. znalazlam jedno dobre miejsce i jedno takie z boku. malina jest duza, nie musimy przeciez siedziec razem, ona dostanie to super miejsce, ja usiade na tym z boku, pewnie za kolumna:-) malinowy tatus, ktory poslubil mnie MIMO musicalowej pasji, zaoferowal sie, ze nas podwiezie do teatru, bilety kupimy w kasie a on sam pojdzie sobie do sauny i odpocznie. a jak nie dostaniemy biletow to wszyscy pojdziemy do sauny i tez bedzie fajnie.

do teatru plynie sie malym promem (jakies 3 minuty:-) malina i ja na wszelki wypadek troche sie wystroilysmy. do kasy dotarlismy 40 minut przed przedstawieniem. widok hamburga z tej perspektywy zapiera dech w piersiach, wiec nawet jakby nie udalo sie z biletami cieszylam sie, ze malina i maz to zobaczyli. pani w kasie milo nas przywitala i zaczela grzebac w komputerze. na krocej niz godzine przed rozpoczeciem spektaklu, zwalnia sie 5 miejsc automatycznie zarezerwowanych dla managementu teatru i specjalnych gosci. moze chcielibysmy trzy z tych pieciu? najlepsze miejsca w teatrze na cene trzeciej kategorii. co? no pewnie, ze chcemy! maz nawet nie zdazyl porzadnie sie sprzeciwic, bo pani juz robila wydruk:

 - dam jeszcze panstwu znizke rodzinna, dobrze?

no pewnie, ze dobrze! bardzo dobrze:-) pani sie usmiechnela i dodala, ze juz dawno nikt tak tak sie u niej nie cieszyl z biletow.

przedstawienie jest absolutnie niesamowite. historia banalna jak to w musicalu i znana chyba kazdemu dziecku, ale kostiumy i scenografia to absolutne dzielo sztuki i nie umiem tego porownac z niczym, co widzialam do tej pory, choc widzialam prawie wszystkie popularne musicale. dodatkowym plusem krola lwow jest fakt, ze czesc tekstu spiewana jest w jezyku zulu. niestety niemiecki nie nadaje sie moim zdaniem do musicalu:-) zeby nie wiem co.

w przerwie maz zaprosil nas na szmapana przy wczesniej zarezerwowanym stoliku i tak sobie podziwialismy olbrzymie obrazy na scianach teatru i... niesamowite pomieszanie strojow wsrod publicznosci. jedni w eleganckich strojach jak do teatru, inni z plecaczkami i w sportowych kurtkach jakby wlasnie zrobili sobie przerwe w gorskiej wspinaczce - ci w przewadze. oczywiscie, ze musical to kultura niskich lotow, ale jednak jest to jakas okazja, zeby wyrwac sie z codziennosci, szczegolnie jesli idzie sie z dzieckiem. w niemczech duzo sie teraz dyskutuje o europejskiej kulturze i o jej zagrozeniu. ale gdzie ta kultura? maniery? dobre wychowanie? rozmowa? tradycja? chcialam cos dodac o dzieciach i iphonach, ale daruje sobie, dobrze?

przedstawienie jest dlugie, ma moral, genialne stroje, niesamowicie fantazyjna scenografie i choreografie. natomiast nie ma kluczowego hitu, piosenki, ktora sie nuci po wyjsciu (jak duch w operze albo miss saigon, czy chorus line) moj ulubiony muzycznie moment to walka lwow z hienami:

https://www.youtube.com/watch?v=Crm2VfqzgIk

ale to pewnie dlatego, ze kilka lat temu malina tanczyla do tej muzyki na szkolnym przedstawieniu.

 

historia dla dzieci, ale realizacja bardzo interesujaca takze dla doroslych. nawet dla mojego meza!

przeplyniecie elba jest prawdziwa atrakcja i w dzien i wieczorem. szkoda, ze takie krotkie.

 

 

 

 

poniedziałek, 09 listopada 2015
prawie dwa tygodnie w drodze.

 

mamy za soba bardzo intensywne ferie. tatus z malina feriowali na calego, ja pracowalam a wieczorami do nich dolaczalam. zaliczony musical "król lwów" ("könig der löwen"), miniaturowy swiat w hamburgu i blue man, galeria figur woskowych w berlinie. w miedzyczasie smakolyki, zakupy i plywanie w syrenim ogonem w basenie. wrocilismy wczoraj wieczorem i w jakims szalonym transie rozpakowalismy wszystko, powrzucalismy do pralki, poukladalismy w szafach, walizki do schowka, zeby jeszcze przez chwile pocieszyc sie byciem w domu. mimo tempa i mimo, ze nie mialam wolnego czuje sie naladowana dobra energia. prawdziwy urlop, to przewietrzenie glowy. 

 

wtorek, 20 października 2015
poszla baba do lekarza

 

wyczekany termin. dlugie czekanie w kolejce. w koncu moja kolej. hurra! najpierw badanie sluchu, bo jakos czuje, ze mniej slysze niz zwykle. mile mlode pani badaja mnie dosc dlugo: wysokie, niskie tony, sluchawki takie, sluchawki siakie, jakies czopki, wtyczki, zatyczki. a ja sie wkurzam sama na siebie, ze taka jestem hypochondryczka, no przeciez slysze przeciez wszystko, na co mi to bylo? no ale nic, grzecznie, zgodnie z zaleceniem, przyciskam niebieski guziczek kiedy slysze ton.

5 minut pozniej przyjmuje mnie lekarz i juz na powitanie kreci glowa. w jednym uchu 75% sluchu, w drugim 80% - jak na moj wiek za malo. no ale przynajmniej bede miala na papierze, ze niedoslysze i maz przestanie sie wkurzac na moje nieustajace: - wie bitte?

nie mialam czasu sie martwic, bo zaczelo sie badanie jak ta lala! na wszystkie strony! wszystkie dziurki w glowie, plus usg. pan ciagle wtykal mi do gardla jakies patyczki, rurki a jedna nawet z kamera. patyczki wysle do laboratorium i powiedza mi pojutrze jakby jakas okropna bakteria mi sie tam zagniezdzila. okazalo sie, ze ogolnie sprawa spowodowana jest typowa, silna alergia i kwasnym organizmem. no ale ja nie mam zadnych alergii... a to zobaczymy.

w pokoju obok pani pomalowala mi oba ramiona cyframi od 1 do chyba 20, kazda cyferke skroplila jakims swinstwem i kazda kropelke naklula igla. po 15 minutach nic, tylko jedno miesce spuchlo mi jak pol sliwki. a! - ucieszyl sie pan doktor - i jestesmy w domu! silna alergia na kota! b-a-r-d-z-o silna alergia na kota. no niestety musi sie pani pozbyc kota. dostalam krople/spray do nosa z kortyzonem i jakies lekarstwo na odkwaszenie oragnizmu. za 4 tygodnie mam nastepny termin.

wsiadlam do samochodu i ruszylam do domu. szkoda, ze nie mam zadnego kota, bo zaraz bym sie go pozbyla.

no mozna sie zniechecic, prawda?

 

 

taki poranek.

 

od ponad 4 tygodni jestem z lekka chora. wstaje z obolalym, spuchnietym i swedzacym gardlem, kicham, wszystko mnie boli, nie moge lykac bez bolu. boli mnie glowa, jestem zmeczona. juz nawet zostalam kilka dni w lozku. bez szans. bylam u lekarza i u drugiego. proszki na goraczke, pastylki do ssania, gardlo plukac sola. przelecialam sie po internetowych stronach - co one na ten temat? moge miec raka gardla, raka jezyka albo strun glosowych. dzis nadszedl jednak ten dzien. dlugo wyczekiwana wizyta u lekarza - dzis o 11:00. wczoraj wieczorem niemal sie cieszylam, ze w koncu ktos mnie obejrzy, obada nie tylko gardlo ale i uszy. tak!

a dzis wstaje raniutko, myje wlosy, ubieram sie i... nic. no poprostu zadnego bolu ani kataru. wielkie NIC. no mozna sie zniechecic, co?

 

poniedziałek, 19 października 2015
malinowe uszki.

 

od 2 i pol roku malina miala z mojej strony zielone swiatlo, bo moj warunek brzmial: jak skonczysz podstawowke, ok? ok.

i malina i chciala i nie chciala. decydowala sie i rezygnowala. juz. juz byla gotowa i ... no jednak nie.

a  sobote wstala i powiedziala: dzis.

dlatego zaraz po polskiej szkole pojechalismy z malina do miasta, malina wybrala kolczyki, ja sfotografowalam jeszcze malinowe uszki i trach! - bardzo mila pani zrobila w tych uszkach dziurki. zeby to uczcic poszlismy na indyjska kolacje w miescie. malina wniebowzieta, z wrazenia nie mogla zasnac. jak w koncu zasnela to cos mi sie tak zrobilo smutno, ze nie wiem. o ludzie, nie moglam uwierzyc, ze osobiscie pozwolilam takie sliczne, rozowe, malinowe uszy przedziurkowac. maz mnie najpierw pocieszal a potem wpadl na pomysl, ze jak tak mam przezywac i sie meczyc, to mozemy w nocy te kolczyki malinie wyjac a rano w zamian obiecac nie wiadomo co (psa?) a dziurki zarosna.

zanim ten cudowny plan zrealizowalismy, usnelismy i malina ma teraz przeklute uszy i jest najszczesliwszym czlowiekiem pod sloncem.

 

 

 

inside out

 

dziennikowe, blogowe i fb - dyskusje wciaz ucza mnie i od nowa zaskakuja. zebym nie wiem jak mocno byla przekonana, ze mam racje i ze tylko i jedynie moja intuicja jest nieomylna (jak kiedys papiez) i ze wszyscy oczywiscie mysla tak samo jak ja, to zawsze znajdzie sie ktos, kto nie dosc, ze mysli inaczej, to w dodatku czasami wrecz mysli... zupelnie dowrotnie! tak. tak.

i przypomnialo mi sie jak przed laty siedzialam w kinie na filmie w kolorze rozowym: lily fee. rozowy film dozwolony oczywiscie od wieku zero, bo czegoz mozna sie zlego spodziewac po infantylnej, rozowej krolewnie z wytrzeszczem oczu? 6 czy 7 letnia malina byla zachwycona filmem, ale juz nasza kinowa siasiadka nie dala rady przy scenie, kiedy rozowy, rozany ogrod zarasta czarnymi kolcami. dla 3 letniego dziecka to byl szok, dziecko zaczelo strasznie plakac i chcialo wyjsc. naladowana jeszcze swiezo waldorwska ideologia, zwrocilam matce uwage, zeby dala dziecku spokoj i wyszla z kina. wkurzona mama powiedziala, ze film jest od 0 i tylko sie przesiadla.

lata pozniej, a dokladnie wczoraj siedze z malina i mezem w kinie. ogladamy najnowsza produkcje pixar inside out. dozwolona od 0. piekny film o emocjach, wspomnieniach, okazywaniu uczuc i tych smutnych i tych wesolych, strachu i zlosci. film jest wesoly dopoki opowiada o dziecinstwie glownej bohaterki. w swiecie jej emocji buduje sie strefa przyjazni, rodziny, wyglupow, strefa hobby - obrazowo przedstawione jak mini planety, czy statki kosmiczne. jak najwieksze skarby, diamenty czy zlote kule przechowywane sa wspomnienia pieknych chwil z rodzicami, z przyjaciolka, ze sportowa druzyna. jednak rodzice postanawiaja sprzedac dom, przenosza sie do miasta i caly ten kolorowy, radosny swiat zaczyna sie cegielka po cegielce rozpadac. niesamowite metafory no i podobienstwa do naszej przeprowadzki sprzed 3 lat sprawily, ze co i raz chlipalysmy z malina jak wariatki a tatus tylko dostarczal nam swieze chusteczki.

film jest 3d, wiec sceny kiedy w czarna przepasc zapomnienia spada ulubiony slon, kiedy rozpada sie swiat zaufania, swiat przyjazni sa naprawde przerazajace. kilkuletni chlopiec rzad wczesniej od polowy filmu sciagal okulary 3 d proszac mame zeby wyjsc, bo mu sie film nie podoba. mama z uporem maniaka wkladala mu okulary i uspoajala, ze ta scena zaraz sie skonczy i ze film jest super. kiedy zawalil sie "pociag mysli" (gedankenzug), chlopiec zaczal plakac, mama wziela go na kolana. no zeby sie nie bal, co? i znow wcisnela mu okulary. zeby lepiej widzial, co? scena z monstrualnym klownem - nawet mnie przeszedl dreszcz. chlopiec zrzucil okulary na podloge, mama sie wkurzyla (pewnie chce go wychowac na twardziela, bo mieczaki to nie maja w zyciu szans, co?), w ciemnosciach znalazla okulary i odeslala synka do ojca. en jeszcze dobry kwardrans staral sie zmusic dziecko do ogladania filmu az jakas pani nie wytrzymala i poprosila ich o opuszczcenie kina, bo przeszkadzaja. ha! i to nie bylam ja! jestem wyluzowana, co? bo kazdy wychowuje jak chce i nic mi do tego amen.

 

(ps: mama obejrzala film do konca)

(ps2: z tego wszystkiego nie wiem czy to napisalam, ale film warto obejrzec. szczegolnie z prawie-13latka! w drodze do domu dyskutowalysmy w przyjaznej atmosferze i obopolnym zrozumieniu)

 

 

środa, 14 października 2015
nice and polite

 

widzialam dzis dyskusje na fb o byciu grzecznym. (wszystko przez ciebie zielona!:-) :-)

autorke wpisu wkurzaja dzieciece wierszyki, w ktorych powtarzaja sie frazy w stylu "jestem grzeczny". pod wpisem pojawilo sie wiele komentarzy o tym, ze grzeczne dzieci nie maja szans w zyciu, bo... sa grzeczne. grzeczne dzieci nie sa kreatywne, nie umieja miec wlasnego zdania i siedza w ostatnim rzedzie niezauwazone i pewnie tak im zostanie na cale zycie. grzeczne dzieci, wychowane pod linijke, nie moga sie w dziecinstwie wyszalec, byc soba i cieszyc sie dziecieca wolnoscia. a wszystko przez szkole. przez glupie wierszyki i akademie.

dla mnie czlowiek grzeczny to czlowiek uprzejmy. mam wrazenie, ze w wielu komentarzach jednak "grzeczny" rozumiane jest jako: potulny, ulegly, lizus. jak dzieci maja byc grzeczne, jesli ich rodzice stawiaja znk rownosci miedzy "grzeczny" a "looser". wiele mam juz teraz martwi sie o kariery swoich dzieci, ktore dopiero co poszly do szkoly. malina tez recytuje w szkole takie wierszyki, ale jakos nie widze w jej klasie/szkole (ani w zadnej z poprzednich szkol) zadnych potulnych barankow. to czy dziecko ma swoje zdanie, czy umie je wyrazic, czy jest kreatywne czy nie nie zalezy od wierszykow i akademii. zalezy raczej od tego jak rozmawia sie w domu, jakich uzywa sie argumentow, w jakim tonie i jak akceptuje sie poglady/prawa dziecka w domu. 6-7 latkowie na poczatku szkoly sa niesamowita wizytowka swoich domow. pewnie, ze szkola ma potem na to jakis wplyw, ale jak widze dzieci wokol mojej corki, to uwazam, ze ten wplyw jest niewielki. chcemy czy nie, to nadal my rodzice jestesmy odpowiedzialni za zachowanie i rozwoj naszych dzieci.

w takiej dyskusji mam wrazenie, ze wiele mam, ktorym w zyciu sie nie udalo, uwaza, ze to dlatego, ze byly zbyt grzeczne. smutne, prawda?

 

 

wtorek, 13 października 2015
malinowe nutki

sms:

"mam moje wlasne Weihnachtsoratorium!!!"

malina spiewa w chorze.

 


piątek, 09 października 2015
i prosze:

 

cale lata moja kuchnia (kiedys w chatce jak i tu teraz) niby ambona jest miejscem gdzie wznosze sie na dostepne mi wyzyny retoryki umoralniajacej. ilekroc mam z tego powodu wyrzuty sumienia to mysle sobie, ze inne dzieci maja gorzej. jakies kary, punkty, a moze nawet lanie? malina na swoim czerwonym krzesle (to krzeslo ma juz ponad 12 lat!) slucha tych moich monologow mniej lub bardziej zainteresowana, czasem lekko spiaca nad porannym sniadaniem a czasem lekko zirytowana po kolacji. czasem mysle sama o sobie: o boze, juz daj spokoj, dobrze?

niestety nie udaje mi sie wypowiedziec krotko, taka matczyna misja, jeszcze piec zdan, dwie madrosci, jedna przestorga, jakis przykladzik z zycia wziety, co?

ale przychodzi taki moment. taki moment, ktory - naprawde - mozna troche porownac do pierwszych krokow, pierszego jedzenia lyzeczka, pierszego okraglego zdania - kiedy malina siedzi, cos opowiada i dodaje swoj komentarz albo tez relacjonuje swoja reakcje. i to jest (niemcy maja na to genialne okreslenie "sternstunde") taki moment, kiedy czlowiek (matka) odczuwa ulge: tak, te monologi, to kiwanie palcem, te metafory, te przyklady, ta kuchenna litania ma sens! tak. przynosi owoce. czlowiek zasial nasionko i prosze: wykluwa sie roslinka.

 

 

 

 

 

czwartek, 08 października 2015
swiatlo

 

postawilam w kuchni cala mise tych winogron. male czarne kuleczki. pachnie w calym domu. owocowo i jesiennie. czytam wiadomosci i czuje, ze jestesmy w samym srodku historii, ktora niespodziewanie przewraca nasz swiat do gory nogami. bardzo dziekuje za zainteresowanie skasowanym wpisem. dostalam wiele maili i wiadomosci na fb od osob, ktorych od dawna nie podejrzewalam o czytanie tego bloga. wpis byl o moich smutkach zainspirowanych sytuacja polityczna. wczoraj kanclerz niemiec powiedziala: ta sytuacja jest tu. no wlasnie jest tu, bardzo blisko, za plotem juz. i nie wiadomo co myslec, co robic. ten rok zaczal sie zle, rozwijal sie jeszcze gorzej a kto wie jak sie skonczy. kupilam piekna zielona latarnie, postawilam przed drzwiami i co wieczor zapalam swiece. jak podziemny skarbnik ide w ciemnosci do bramy i tam zapalam drzy male latarenki. ciesze sie kazdym wieczorem. a jak mi sie cieszenie nie wychodzi, to sie do niego zmuszam. 

 

 

wielkie rozczarowanie

 

jeszcze z chatki przywiozlam (wykopana w ostatniej chwili) mala winorosl. zeby zmiescila mi sie bagazniku, obcielam ja niemal do stopki i posadzilam kolo tarasu, liczac na pare fajnych listkow ku ozdobie. pierwszy rok strasznie sie ta winosrosl meczyla i nawet pomyslalam, ze trzeba bylo ja kolo chatki, gdzie ladnie rosla, zostawic naszym nastepcom. co za pazerna baba ze mnie! jednak nastepnego roku urodzily sie pierwsze winogrona a w tym roku zarosla cala sciana. winogrona sa czarne, smaczne, piekne ale znikaja w natychmiastowym tempie, bo zywia sie nimi okoliczne ptaki. same z tego klopoty, bo jest tych ptakow coraz wiecej i niestety ich rozowe od czarnych winogron odchody zmieniaja estetyke wszystkich ogrodowych melbli, furtki, plotu i tarasu. ptaki siedza wsrod lisci i nic sobie z mojego machania, tupania itp nie robia, chyba moglabym nawet je poglaskac. powiesilam kokardki, ale ptaki uznaly je chyba za ozdobe. biala sciana opryskana jest sokiem z winogron i nie wiem czy uda sie ja domyc, pewnie trzeba bedzie malowac. dzis stracilam cierpliwosc, wzielam wiadro i sekatorem uwolnilam cala sciane od owocow. nie wiem co zrobic z taka iloscia winogron. 

ta radykalna akcja zrobilam ptakom pradziwa przykrosc! jeden siedzi teraz na stole, z zadarta glowka obserwuje sciane pelna lisci i wypatruje winogron. a tu nic. wfruwa miedzy liscie, szpera, szpera a tu nic! wraca na stol, zadziera glowke i szuka winogron. nic! nie wiem jak zinterpretowac jego wloty i wyloty z klebu pnaczy i lisci. jest wkurzony czy rozczarowany? pewnie i to i to!

 

wtorek, 06 października 2015
a to dopiero poczatek!

niedawno malina miala jakis slaby, lzawy wieczor. no ale, ze co? z jednej strony bym chciala pocieszyc, z drugiej jestem ciekawa, bo z mojego punktu widzenia malina ma super zycie i ogolnie jest bardzo zadowolona. ale wiadomo, perspektywa rodzica czesto jest zamglona. no wiec co? - wierce dziure w malinowym brzuchu. dostaje historyjke o... ksiazce, ze tak na nia czekala (4 czesc) a tu raz, ze ksiazkedostala na kindle (chcialam byc nowoczesna matka i w wakacje jeszcze kindle byl cool?) a dwa, ze historia rozpoczyna sie wyadkiem motocyklowym i w dodatku okazuje sie, ze motocykl byl skradziony. no to co to za historia? - i malinie plyna lzy jak groch. ale nie ze mna takie numery. obiecuje, ze jesli zostanie wydana 5-ta czesc ksiazki, to kupimy ja w wersji papierowej. a smutny poczatek? no w koncu w wypadku nikt nie zginal, a z ta kradzieza to moze sie jeszcze wyjasni? (dwa dni pozniej okazalo sie- uffff!!! - ze sie wyjasnilo). tak sobie wiec dalej rozmawiamy o zyciu, swiecie i szkole az w koncu dochodzimy do sedna sprawy. dwie kolezanki w klasie sa zakochane. tylko dwie? no przeciez tam ciagle kazda panna, wlacznie z malina, jest w kims zakochana. tym razem jednak dwie kolazanki sa zakochane... ze wzajemnoscia. czyli... maja przyjaciela. znaczy sie chlopaka maja!

 - mysle, ze we mnie nikt sie nigdy nie zakocha... - i znowu lzy jak groch.

juz mialam maline zapewnic, ze ja ja strasznie kocham i tatus tez, ale jakos udalo mi sie tego nie powiedziec, tylko:

 - oczywiscie, ze sie zakocha! i to nie raz! i to nie jeden chlopak. lepiej sie ciesz, ze na razie masz swiety spokoj, bo z chlopakami to same klopoty!

i tu malina wytarla lzy, bo rzeczywiscie same klopoty. na przyklad taki l. wyslal do swojej ukochanej serduszko na dobranoc, przez whatsup. ona pol nocy nie spala z radosci, ale jak mu nastepnego dnia podziekowala, to on sie ostentacyjnie zdziwil i pokazal jej swoj whatsup: nic takiego nie wysylal!!! no skasowal pewnie, klamczuch jeden. tak. tak. same klopoty... i jakos nam sie udalo przejsc na wesole tematy.

 

a tu wczoraj malina wraca ze szkoly totalnie zbulwersowana. kreci glowka i nie wie jak zaczac. no wiec, no wiec. no wiec n., ktora jest rok starsza od swoich kolezanenk (czyli ma..13 lat!) od tygodni chodzi z kolega z rownoleglej klasy. nawet calowali sie - tak zeby kolezanki widzialy i zazdroscily. pamietam jak malina opowiadala o tym jakby chodzilo o zachod slonca albo lody waniliowe. no wiec ten ukochany i jego kolega zostali zaproszeni na urodziny do n. a to sa urodziny z noclegiem. zawachlowalam uszami (ale tak zeby malina nie widziala!!!), bo n. jest bardziej wychowywana przez siostre niz samotna, wciaz chorujaca mame i wolno jej wiecej niz pozostalym dziewczynkom: makijaz, manicure, narzeczona. czy ja bym chciala zeby malina nocowala na prywatce z chlopakami? no nie wiem, nie wiem... a raczej: wiem!

malina gestykuluje:

 - wyobraz sobie, ze jego ojciec zabronil mu u niej nocowac! i w ogole zabronil mu sie z nia spotykac!!! i teraz oni tylko wysylaja sobie wiadomosci, rozmawiaja przez skype... okropne, co?

 - dlaczego okropne? bardzo romantyczne!

niestety malina ma zupelnie inny poglad na te sytuacje. i tak troche dyskutujemy o tym nocowaniu a malina:

 - dobrze, ze ja nie mam takiego problemu!

no ja tez sie ciesze, ze ja tez nie mam, choc zaraz mi mija dobry humor, bo malina dodaje:

- ... bo ty mi pozwalasz na wszystko i kazdy moze u nas nocowac!

 

 

 

 

 

 

 

środa, 30 września 2015
przyjaciele.

 

z urodzinowymi zyczeniami zadzwonil przedwczorej przyjaciel meza. razem studiowali a potem jakos tak sie ukladalo, ze w podobnych momentach zmienialo sie ich zycie. pierwsza praca, wielka milosc, slub, dziecko, domek, nastepna praca, kolejna praca, dom, skok w karierze. tak sobie gadaja i gadaja. moze spontanicznie spotkamy sie w weekend? maz odklada sluchawke i zamysla sie:

 

 - i wiesz o czym rozmawialismy? hm? no, ze oni wlasnie od tygodni dyskutuja o nowym stanowisku m.

 - to pewnie. to prawdziwy skok!

 - oczywiscie, ale nadchodzi w momencie, kiedy oni glownie mysla o downsizing i downgrading. 

 

jak zawsze idziemy podobna droga.

 

 

 

wtorek, 29 września 2015
no tak.

 

tak sobie miedzynarodowo obgadujemy ludzi z branzy. moja kolezanka i ja. raz pozytywnie raz negatywnie az dochodzimy do wspolnej znajomej i tu nasza opinia jest jednoznaczna: boze, co ona ma za pozytywna energie! no swietna jest. zawsze taka do przodu. i ja sie tak zatrzymuje na chwile:

 - boze, jak ja bym chciala byc taka pozytywna i zadowolona z zycia.

 - nie wyglupiaj sie. ona ma 30 lat.

 - tak?

 - no!

 - aha.

 

w przelocie.

 

na urodziny tatusia upieklam czekoladowo- marcepanowy tort, ktory wygladal fatalnie ale smakowal fantastycznie i krewetki w sosie kokosowym mleku. prezenty bardzo sie udaly, bylo i wesolo i sentymentalnie. urodziny rozpoczely poprzedniej nocy pokazem ksiezycowym, ktory na moj wlasny uzytek biore za szczesliwy znak.

w monachium czas oktoberfest. malina jak co roku wyciagnela dirndl. ups! za ciasny. uroczyscie pojechalismy kupic nowy. po przymierzeniu 14 roznych modeli dalismy spokoj. malina jest dluga i chuda. waskie modele sa za krotkie, dlugie zbyt wyprofilowane wokol dekoltu. postanowilismy poczekac z kupnem dirndla na przyszly rok. malina przymierzyla chlopiece tradycyjne, czarne, skorzane spodnie z bufiasta bluzka w zielona kratke. do tego aksamitno filcowy tradycyjny zielony medalion. sprzedajace panie sie zachwycily a mloda dziewczyna z kabiny obok natychmiast postanowila sprawdzic, czy sa spodnie w jej rozmiarze. dzis malina tak wystrojona pomaszerowala do szkoly bo maja trachten-tag. zaplotlam jej piekna, misterna fryzure "w koszyczek" a sama zaraz lece do hamburga.

taka piekna jesien a ja nie mam kiedy posiedziec w domu.

 

poniedziałek, 21 września 2015
piekna ona, piekny on.

 

 

on byl cale lata redaktorem naczelnym jednego z najwiekszych niemieckich wydawnictw (dzienniki, magazyny, ksiazki), ona mloda dziennikarka. moglaby byc jego corka. jakby sie postaral to nawet moze i wnuczka? dokladnie nie wiem. on brzydki jak noc, ale inteligentny, czarujacy, pelen energii. ona wiotka, smukla blondynka i blekitnych oczach. zakochali sie w sobie jak wiariaci. dookola wszyscy dobrze wiedzieli o co chodzi - romans z takim facetem to gwarantowana kariera dla mlodziutkiej dziennikarki. na pohybel wszelkim dulskim pobrali sie, oboje rzucili dziennikarstwo, z jego oszczednosci kupili zapuszczony gaj oliwny w toskanii. kilka lat sami doprowadzali ruine do stanu uzywalnosci. z wlasnej oliwy zaczeli produkowac kosmetyki. urodzila sie pierwsza coreczka, druga coreczka i nagle zatesknili za ojczyzna. wrocili, wzieli kredyt, otworzyli restauracje nad jeziorem. na dzien dobry czestuja wlasna oliwa z sola i cieplym chlebem. miesiac temu on dostal zawalu serca, lekarz przybyl pozno, wezwano helikopter, serce stanelo i nie wiadomo bylo czy akcja reanimacyjna sie powiedzie. powiodla sie. wczoraj spotkalismy ich nad jeziorem. powolutku, krok za krokiem, spacerowali sobie ze starsza corka. przywitalismy sie:

 - i jak?

 - no zobaczymy. wracam do gry. - usmiecha sie jak maly chlopiec.

"zeby wszyscy sie tak kochali, swiat bylby lepszy", mysle sobie... czytam o slubie marka kondrata i antoniny turnau. i mysle sobie: na pohybel paniom dulskim.

 

piątek, 18 września 2015
malinowy pierwszy tydzien szkoly

 

we wtorek zaczela sie szkola. po dwoch latach w gimnazjum zmieniaja sie wszyscy nauczyciele, wychowawca, sala, prefekt. potencjalny stres. od razu we wtorek pani od angielskiego zapowiedziala klasowke. miedzy rodzicami zaczely krazyc wieczorem maile. no bo jeszcze nawet nie ma nowej ksiazki ani zeszytu a tu klasowka. w srode rzeczywiscie klasowka. nie ma zmiluj. wieczorem maile, ze co to jest, ze w ten sposob nie motywuje sie dzieci, ze przedwczoraj jeszcze wakacje a tu takie cos! jak obuchem w leb! w czwartek pani oddala klasowki i okazalo sie, ze bardzo zle oceny. w mailach zawrzalo: jeszcze sie dobrze szkola nie zaczela a tu juz zle stopnie. malina nic w domu nie mowila a ze bylam w berlinie to nawet nie mialam kiedy sprawdzic co sie dzieje. dzis mi sie przypomnialo i niby nic zapytalam czy juz mieli jakies testy albo przepytywanki albo co?

 - nie. nic specjalnego. tylko z angielskiego test, ale latwy. dostalam jedynke i zapomnialam ci powiedziec.

dobrze, ze sie w te maile nie wtracalam.

 

jutro powinna zaczac sie polska szkolka, ale sa jakies problemy z lokacja. jestem wdzieczna - bo sama nie mam na to czasu - ze sa rodzice, ktorzy bardzo sie w te szkolke angazuja. nawet ksiazki bedzie mozna kupic w klasie. dla mnie wazne, bo nie bylam w te wakacje w polsce. zla wiadomosc, to fakt, ze zajecia trwaja do 16:00. wiecej do nauki. i jak tu sprzedac dziecku fakt, ze i w niemieckiej i w sobotniej szkolce wiecej zajec? gadalam ze znajoma mama, ze bedziemy chowac zegarki w soboty - moze nie zauwaza? wiele dzieci pozegnalo sie ze szkola przy rozdaniu swiadectw. po tygodniu normalnej szkoly nie chca spedzac soboty w szkole. trzeba tez przyznac, ze budynek jest tak obskorny, ze dostaje gesiej skorki jak tam wchodzimy. ciekawa jestem jak duza bedzie klasa. pewnie ok. 7-10 dzieci. na razie jutrzejsze zajecia sa odwolane, spimy do oporu a potem tatus wraca z wielkiego trzydniowego meetingu i robimy ognisko.

 

dobranoc.

buju buju.

 

jesli chodzi o moje zycie prywatne, to ono jest bardzo proste. robie co moge, zeby byc szczesliwa. mam takiego meza i takie dziecko, ze nie musze sie zbytnio wysilac by osiagac ten stan: szczescie. jesli chodzi o moje zycie zywodowe, to ono nie ma nic wspolnego ani z moimi marzeniami, ani z moim wyksztalceniem, ani planami. i jak mnie ponosi to bym wszystko rzucila i wziela sie za ogrod. a jak sie uspokajam i mi ta zadyszka przechodzi to jest mi wstyd, ze narzekam. i tak sie bujam. przemawiam sobie do rozsadku i dochodze sama z soba do porozumienia.

 

 

 

Archiwum