wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 12 maja 2006
brak zrozumienia - problem stary jak swiat
siedzimy przy stole. zmeczeni. nic nie rozumiem. ja to mialam stres caly dzien. ale moj maz? meine liebe hausfrau?
 - pomogl w przedszkolu kilka stolikow przeniesc, na jutrzejszy fest wiosenny
 - przywiozl domek ogrodkowy ze sklepu (prezent imieninowy dla maliny)
 - kupil zapas bialego wina
 - nowe kolo do motoru
 - zabawa w piaskownicy
 - lezenie na lezaku i popijanie coli, kiedy malina lezy na lawce i przeglada ksiazeczki
 - zakupienie szparagow.
 - jeden telefon sluzbowy z pozytywna wiadomoscia.
to co on taki zmeczony? no co?
meine hausfrau
maz pracuje dzis w domu. ani garnituru ani krawata. ja padnieta po wczorajszych wieczoprnych internetowych przygodach: prywatnie w dziennikach zlodziejsko, zawodowo z pewna koza z LA. maz myje z malina zeby, zaklada jej rajstopki. mnie wspiera mocna kawa, maline herbatka malinowa i chrupkami na mleku. zawiazuje malinie chusteczke pod brods, wrecza mi torbe z laptopem i pomaga dotrzec do drzwi. po drodze zabiera torbe ze smieciami i odprowadza nas do samochodu. zamyka drzwiczki i machajac reka do maliny obok mnie mowi rozmarzony:
- ist das schöööönnnn. so ab und zu hausfrau zu sein.....
czwartek, 11 maja 2006
zdrada, kradziez, klamstwo. czy przestaja byc grzechem po wyznaniu prawdy? wedle praw chrzescijanskich, spowiedz, zal i postanowienie poprawy wymazuja wine. a czy wyznanie prawdy tylko, bez zalu wystarczy? drobiazgowe opowiesci o szczegolach wciaz trwajacego procederu maja pewnie moc wentyla i bielinki dla autorki wynurzen. brak im jednak prawdziwej mocy oczyszczajacej.
jesli bycie kochanka porowna sie do kradziezy to opisy wesolej seksualnej akrobatyki z zonatymi facetami na wakacjach lub w przerwach miedzy praca mozna opisac na przyklad tak wyciagniecie staruszce portfela z torby...
macho.
moze ja mam zly charakter a moze poprostu alergicznie reaguje na facetow macho, ktorzy mysla, ze jak maja czarne wlosy, czarne auto i 20-letnia kochanke to sa juz krolami swiata i wszystkie pozostale kobiety placza po nocach, ze nie maja u nich szans. a on nie w moim typie i prywatnie mi go niemal zal, bo nie odnosi zadnych sukcesow, nie daje sobie rady, tyle ze nikt nie ma odwagi powiedziec, ze krol jest nagi. wiec niech nie bedzie taki wazny, bo w koncu wybuchne. kurcze. zeby nie byl jednym z moich szefow, to bym sobie wybuchla a tak, zaciskam zeby i usmiecham sie serdecznie.

środa, 10 maja 2006
kolacja nudna.
nieciekawa kolezanka, nieciekawy klient. caly wieczor w panice szukalam tematow, wyciagalam je z rekawa jak czarodziej. a kazdy temat byl z lekka przybrudzony, zmietolony, zalatywal potem, strzepil sie na brzegach i zaraz bylo trzeba szperac w poszukiwaniu nastepnego. boze jak ja sie dzis wymeczylam, sfrustrowalam, podlamalam. nawet nie chce mi sie zmyc makijazu.
a trzeba isc spac choc ta decyzja przybliza jutro, ktore nie bedzie lepsze. tylko moze jutro nie pokloce sie z szefem. tak mi dopomoz bog.
wtorek, 09 maja 2006
kolory
jedyna polka w niemieckim przedszkolu, oprocz maliny, ma sliwkowe imie, ciemna karnacje, orzechowe oczeta i przesliczne czarne loczki. z nazwiska hiszpanka, z imienia owoc, po mamie mala poleczka. malina zafascynowana jest jest karnacja kolezanki. jedziemy do domu. malina opowiada przejeta:
 - mirabelka jest brazowa.
 - tak. ma sliczna, ciemniejsza skore. pewnie jej tata jest hiszpanem.
 - panem? i dlatego ona jest brazowa?
 - hiszpanem. z hiszpanii. tak jak ja jestem z polski. i babcia jest z polski. a tatus mirabelki moze jest z hiszpanii.
 - aha. i ona jest brazowa. a my... ty i ja... my jestesmy rozowe. dwie.
przyjecie dla lalek
bez wahania moge powiedziec ktore ksiazki malina uwielbia. wskazac jej ukochany samochodzik, ulubiona ukladanke. dwa miski, duzy i malutki, ktore malina obdarzyla miloscia od pierwszego wejrzenia. ale... zadna z czterech lalek nie cieszy sie wiekszym zainteresowaniem. ani szmacianka przytulanka, ani kasia z dlugimy wlosami, ani dzidzius. przez pewien czas malina chodzila spac z urwana noga barbi, ale to sie chyba nie liczy.
a dzis w przedzkolu jest przyjecie dla lalek. kazdy ma przyniesc ukochana lalke i bedzie degustacja ciatek, taniec i soczki. hmmm... pytam maline w piatek ktora lalke zabierze na przyjecie. ku mojemu zdziwieniu malina bez zastanowiena odpowiada:
- ale wezme. lylowa ale.
ala to pierwsza lalka, ktora kupilam malinie jak jeszcze miala roczek. nieduza szmaciana lalka z gumowa glowka i warkoczykami, w fioletowej sukience. malina hustala sie z nia przez kilka zimowych miesiecy na malutkiej hustaweczce w pokoju. dwa dni szukalysmy tej lali. przy porannej kawie opowiadamy, ze pewnie bedzie fajna zabawa, a moze nawet spiewy. malina na to:
 - ala nie powie nic. nie moze.
 - dlaczego nie? - pytam
 - bo ala ma buzie szeroko zamknieta.

jedziemy do przedszkola. po raz dziesiaty chyba pytam maline jak sie nazywa jej lalka. w koncu nie widzialy sie dobre dwa lata!
 - ala.
pytam znow, bo boje sie, ze zapomni. w koncu zniecierpliwiona malina mowi:
 - nie pytaj mnie ciagle i znowu, ciagle i znowu, bo mi braknie powietrza.
poniedziałek, 08 maja 2006
kiedy to jest???
 - mamusiu, kiedy jest ten festiwal lalek?
 - jutro.
 - aha. to teraz?
 - nie. jutro.
 - aha. a... kiedy jest jutro? dzisiaj?
 - nie... JUTRO!
 - aha...
mezczyzni
niestety, niestety. mezczyzni nie maja szans na poprawe ich sytuacji spolecznej. pewnie jeszcze pokolenie maliny bedzie mniej wiecej rownouprawnione. ale zaraz potem mezczyzni beda musieli sie podporzadkowac kobietom. oni sa tak niezorganizowani, umyslowo powolni, kontrolowani przez wlasna pyche, kompleksy, seksualny poped i walke o plemienna wyzszosc wyznaczana przez dlugosc penisa. wroze im smutna przyszlosc.

(reflekcje biurowe)
marzenie malinowe
- ile masz lat?
malina zawsze wyciaga trzy paluszki i dumnie odpowiada: tyle lat! tsy!
zabieram ja dzis z przedszkola. malina zamyslona. wyciaga raczke z rozcapierzonymi paluszkami.
 - mamusia, widzis?
 - tak.
 - tyle chce miec lat. tyle!
niedziela, 07 maja 2006
smiejemy sie na siebie
 - mamusia, smiejesz sie na mnie?
 - tak!!!
 - jak tez sie smieje na ciebie! a wiesz dlaczego?
 - dlaczego?
 - bo my jestesmy dwa wesole delfiny!!!

to byl piekny dzien.
malinowy kicz wiosenny
malina lata po ogrodzie w wianuszku. uplotlysmy go ze stokrotek zebranych w ogrodku. tyle mamy z tego, ze tatusiowi nie chcialo sie sciac trawy. bialo od stokrotek, zolto od mleczy. laka normalnie.
sobota, 06 maja 2006
tulipany malinowe
pojechalismy na pole tulipanow i zonkili. na brzegu pola stoi puszka na monetki i wisi kilka nozykow. trzeba kupowac po 10 sztuk, samemu sobie naciac i zaplacic. totalna samoobsluga. pojechalam tam w celu edukacyjnym, zeby malina zobaczyla, ze sa specjalne miejsca do scinania kwiatow. liczylam, ze da spokoj naszemu grodkowi. bylo fantastycznie. wybralysmy wszystkie odcienie liliowe, bordowe i rozowe. cudo. malina skaczaca wsrod kwiatow, piszczaca ze szczescia. w samochodzie sciskala te tulipany jak ukochana lalke, dziw, ze dozyly do wazonu. malina pierwszy raz w zyciu obslugiwala prawdziwe, duze, ostre nozyczki. przy kazdym przycietym ogonku powtarzala:
 - jestem duza.
a ja potwierdzalam. kilka zaniosla sobie w dzbanuszku do namiotu na tarasie a reszte wspolnie ulozylysmy w wazonie na stole. alez bylam dumna, ze tak sprytnie pouczylam maline w sprawie ogrodu. kilka minut pozniej malina stala w kuchni z peczkiem tulipanow z ogrodu. z dumy dziecko przestepuje z nozki na nozke:
 - mamusiu! niebieskie kwiatki juz nie zrywam. tylko te TULPANY. tylko zolte, bo my mamy tylko rozowe.
malina w przedszkolu.
do przedszkola malina poszla z kilku powodow wczesniej niz to mialam w planach:
- wyrzucilam nianie na zbity pysk i teraz mi wstyd, ze w ogole tak dlugo z nami byla
- malina jest samotnica i ja jestem samotnica. ja sie nie umiem bawic i malina tez nie. zeby malina nauczyla sie bawic, kleic, malowac a nie tylko spiewac koledy calymi dniami
- malina jest jedynaczka ia tak juz zostanie, wiec zeby miala towarzystwo i uczyla sie stosunkow w grupie.
- zeby miala ciekawie i wesolo. i zeby sie uczyla, ze inne dzieci tez maja swoje racje i nie caly swiat jest zorganizowany na zyczenie maliny.
bilans po miesiacu jest nie do konca zachwycajacy. malina zaczela pokrzykiwac w domu. dotad oddawala na placu zabaw zabawki obcym dzieciom, teraz zabiera mi widelec i wola: "moje!" ciagle na wszystko mowi: "glupie", w przedszkolu zas argumenty werbalne popiera szczypaniem i popychaniem. wczoraj zamyslona patrzyl w okno i mowi:
- dzieci nie chca sie ze mna bawic.
serce mi w gardle stanelo, maz spojrzal na mnie przestraszony. tego sie obawialismy: malina doszla do grupy, ktora istnieje juz pol roku, jest nowa. niby nigdy nic zaczelismy ja wypytywac o ulubione kolezanki. okazalo sie, ze dwie czy trzy bawia sie z nia w sklepiku i domku lalek. a luc i moritz ciagle chca ja calowac, ale ona nie chce. napiecie sie rozladowalo. pytamy czy ja bija.
- tak.
- a ty kogos bijesz?
- tak ale tylko jedna kolezanke.
kolezanka jest jedyna, procz maliny, polka w niemieckim przedszkolu i malina niszczy tu moje przekonanie, ze mity o wrogo do siebie nastawionych polakach zagranica sa nieprawdziwe. bardzo bym chciala jakos maline wesprzec w tym jej pierwszym kontakcie ze swiatem.
- jak chcesz to zaprosimy mirabele do nas. bedziecie sie mogly pobawic w ogrodku.
- nie. nie chce. - odpowiada malina stanowczo.
- a kogo chcesz? - pytam
- siebie. zapros mnie do mojego ogrodka.
nie wiem jak to zinterpretowac. malna chetnie chodzi i do polskiego i niemieckiego przedszkola. przynosi sliczne rysunki, jest wesola. ale takie rozmowy mnie niepokoja.

czwartek, 04 maja 2006
do domu.
odebralam samochod za pozno, nie mieli juz mojej klasy, wiec dali mi dwie klasy wyzej, sportowa wersje z silnikiem czolgowym. nie dyskutowalam. wzielam i juz. malina zachwycona i zdziwiona.
 - skad masz ten samochod?
 - z pracy.
przy odbiorze obecny byl moj kolega axel. my w droge do monachium, axel do hambruga. pedzimy i nic nie czujemy jak pedzimy. malina zamyslona, lize bialego lizaka.
 - podoba mi sie to auto twojego axela. - dobrze, ze nie wjechalam w row ze smiechu.
ogrod zamienil sie w bukiet kwiatow. malina biega teraz i sprawdza wszystkie kaciki. i czy hustawka jeszcze sie husta. i zjezdzalnia dziala. dziala.

środa, 03 maja 2006
kolacja
zaraz wskakuje do wanny i pod prysznic. musze umyc wlosy i co sie da. ciuchy wystawilam za okno. przesiaklam tajlandzka restauracja. siedzialysmy przy oknie. szeroko otworzone. klade komorke i zaraz ja przekladam na stol. okno jest przy ulicy. boje sie, ze ktos zgarnie telefon. nie zal mi aparatu, ale w nim zawartych skarbow, numerkow. zaraz robi mi sie wstyd. zwariowalam? frankfurt to nie jest miasto zlodziei! wszedzie mogli mnie napasc. moja klientka bez namyslu stawia na oknie torebke. przychodzi mila kelnerka i niesprawna niemczyzna prosi o zdjecie torby z okna, bo zaraz ktos z ulicy ukradnie. zlapie i ucieknie, bo okno niskie. smieje sie nerwowo. moze jednak nie zwariowalam? pewnie nie przyjade tu znow przez rok. ide wywiesic plaszcz na balkon, bo nie zasne. smierdzi jak nie wiem. ale bylo pysznie. i wesolo. i pozegnalysmy sie o cywilizowanej porze. jako matki i doswiadczone businesswoman nie musimy zarywac nocy zeby pokazac jak bardzo dla siebie jestesmy wazne. najgorsze sa obiady z singlami, ktore boja sie powrotu do pustego domu. wtedy czuje, ze jestem stara i juz nie mam sily.
pol dnia za mna
jedna paszcza zaliczona. zyje. bylo fantastycznie. malina u dziadkow zadowolona z zycia. tesciowa zadzwonila z pretensja, ze zostawilam same piekne spodenki i malina nie ma w czym isc do lasu. a ja zostawilam 5 par spodni na dwa dni, wiec mnie zatkalo. nie masz problemu? zglos sie do mojej tesciowej juz ona znajdzie ci cos ciekawego i to tam gdzie nie ma NIC. spodenki sa do ogrodu, przedszkola, wiec do lasu tez. i daj mi swiety spokoj kobieto bo chyba wrzasne albo co.


***

teraz i druga czesc oficjalna z mna. wskakuje pod prysznic i lece jesc. z mila klientka, wiec bez stresu. po tajwansku. postanowilysmy cos z kwiatkami i duzo alkoholu, bo ona tez miala stres calodniowy. pracujace mamusie laczmy sie i bawmy sie razem.
w poludnie siedzialam na pieknym placu, pilam prosecco i nie wiedzialam co robic, bo klientka wyciagala ze mnie plotki i obgadywala konkurentki. i zupelnie nie moglam sie zorientowac czy sprawdza mnie czy jestem idiotka ptasiplotka czy tez rzeczywiscie tak strasznie ja to pasjonuje. pocilam sie wiec podwojnie. w sloncu, w kozakach i welnianej spodnicy oraz przez moralne katusze.
jutro wynajelam sobie samochod, bo nie wiadomo o ktorej skoncza sie spotkania, wiec nie moge rezerwowac zadnego biletu. odbiore maline od oma i opa, puscimy sobie ladna muzyczke i poturlamy sie wesolo do monachium. 4 godziny jazdy. ciekawe ile koled przespiewamy...
za godzine zaczyna sie cyrk.
zaraz ide zagladac w paszcze lwa. klapnie ta paszcza czy nie klapnie? wyjde calo czy w kawalkach?  biala bluzka na bacznosc czeka, buty i torba. zbedny bagaz: worki pod oczyma, metlik w glowie, ciezkie stopy, ciezkie serce, dwa kilo niepotrzebnego zmeczenia. ide na dol. niech mnie ktos uratuje mocna kawa. i... pewnie bialym lizakiem.
antyk
pokrywam sie patyna i glaszcze sie codziennie jak ukochany antyk. nie o urode juz walka ale o urok. jak sie nie smieje i w odpowiednim stoje swietle to az tak bardzo zmarszczek nie widac. ale ja sie smieje czesto i glosno i o kazdej porze swietlnej.
wtorek, 02 maja 2006
historia sprzed lat (pewna krakowianka zainspirowana)
moja siostrzenica ma 4 lata. my mlodzi, zwariowani robimy kariere, pieniadze zarabiamy i sie bawimy. tesciowie, szwagierka z mezem czyli rodzice siostrzenicy sa u nas na weekend. przyjechali wszyscy. z roznych stron niemiec. mysla o nas zle, bo juz 8 lat po slubie a my tylko sie wyglupiamy i o dzieciach nie myslimy.

nie? no jak to nie? wlasnie siostrzenica placze okropnie. zeby ja zabawic daje jej do dyspozycji wszystkie skladniki do sosow foundie. zaluje kilka minut pozniej: czterolatka gotuje gorzej niz ja. a myslalam, ze gorzej juz sie nie da.
i znow placz. przemykam do sypialni. stoja tam trzy zielonokremowe stoliczki z malutkimi szufladkami. do LEWEGO chowam gumowe misie i gwizdek. tlumacze mezowi zeby przyniosl srodkowy stoliczek z pustymi szufkladkami i LEWY z misiami i gwizdkiem do salonu. przynosi.
tlumaczymy malej, ze bedzie fokus pokus. kazemy otworzyc szufladke. co jest? kazdy widzi: puste! a teraz? fooookuuuus - pooookuuuuus. oczy zmkniete. dziecko nie widzi, ze stoliczki sa podmienione. oczy otwiera i przed cala rodzina jak widownia, podekscytpwane do granic wytrzymalosci czteroletniego czlowieczka, wyjmuje z szufladki... sliczne ... prezerwatywy. rodzina peka ze smiechu, my ze wstydu, dziecko nie wie o co chodzi.
 - slodkie? cukierki?
 - ... no... hmmm... nie wiem!!!
czy ja moglam wiedziec, ze wyszlam za maz za czowieka, ktory LEWEJ od PRAWEJ nie odroznia?
w bialej restauracji
siedze sama w bialej restauracji. jem cos tak ostrego, ze mi lzy przeslaniaja ekran. do tego przepyszne wino, ale - jakby moj maz sie zmartwil - na prozno. moglabym pic piwo bo jame ustna mam wypalona chilli. przedemna komputer. kiedys to by bylo nie do pomyslenia: czlowiek z komputerem w restauracji.
dyskutuje sobie i sie wyglupiam wirtualnie. obok siedzi b. elegancki mlodzieniec. juz po raz czwarty dzwoni do kogos i opieprza kogos przez telefon za spoznienie. popedza. ciekawe kto przyjdzie. kobieta czy mezczyzna? mlodzieniec jest piekny. moze byc i jedno i drugie. jeszcze przed miesiacem slowo "pieprze" nie przeszloby mi przez gardlo. oto co uczynila (odczynila?) z mojego zycia pani peszek.

we miescie bylam tylko godzinke-kosmetyki niezbedne kupilam i juz. i trzymalam torbe jak skarb. i balam sie. nie moglam tego powstrzymac choc wiedzialam, ze to glupie. wszedzie mozna byc napadnietym. ale ja bylam wlasnie tu . rok temu.
o dziennikach TS - rozne moje wpisy skopiowane
dzienniki sa ciekawym cwiczeniem na intuicje. wczesniej czy pozniej mozna sprawdzic czy sie mialo racje. w zlosci czy z innych powodow oliwa sprawiedliwa, chcac nie chcac i szydlo z worka. gdzie indziej mozna te nasza nieopisana, kobieca, niesamowita intuicje tak przetestowac? wlasnie tu.
(wpis z 25.04.2006)

nie wiem. pewnie sie nie dowiem. ani zadna z nas do konca nie bedzie wiedziala. przerozne nicki, charaktery, osobowosci ciekawe i mniej. prawdziwe, wykreowane, szczere, obludne, wesole i smutne. wszystkie przypadki dziennikow dziwne powinny byc nauka: nie wiesz, kto to jest, kto z toba rozmawia, nawet jesli go dotknelas reka. nie wiesz. warto chronic adresy mailowe, telefony. chronic siebie. teksty tu zamieszczane nie sa niczyja wlasnoscia. moga jutro zniknac jesli tak zadecyduje TS. moga byc cytowane np. w TS bez pytania o zgode. dystans pomoze cieszyc sie ta dziennikowa zabawa. anonimowosc niech bedzie chroniona. nieprzyjemnosci omijane. omijane z daleka. na wszelki wypadek i dla spokoju duszy. dobranoc.
(wpis z 24.04.2006)
dialogi malinowe
- a gdzie jest moja pomaranczowa balona?
- pomaranczowy balon?
- tak.
- nie wiem.
- pewnie peknela.
- ...pewnie pekl. balon.
- taaak. no sukam i sukam. balooona, gdzie jestes?... nie ma. moze druga balona jest. baloooona druga, gdzie jestes?
- mowi sie balon.
- tak. ale nie ma. druga tez peknela.

(wpis z 27.04.2006)



czesc kwiatkow wyskubanych z ogrodka staram sie choc na kilka dni uratowac w wazonie. wiedna szybko. malina smuci sie:
- wszystie moje kwiatki... sie.. po---... sie ... popsu... nie ... sie ... poplakaly.
ale jutro znow bede ja gonila i przepedzala jak kurke po podworku.

(wpis z 26.04.2006)

poszlismy na pizze. wchodzimy do restauracji: sucho. wychodzimy: leje. rozochocona zabawa z kelnerami malina rozklada raczki:
- i co my teraz zrobimy. strasnie pada!
tatus spokojnie:
- pojedziemy do domu.
- ale tam tez pada!
tatus:
- ale tam mamy dom nad glowa.
- ale ten dach jest mokry.
no ma racje. i burza. i zle wiadomosci zawodowe. lepiej bylo zostac w restauracji.
(wpis z 24.04.2006)
bialo
mieszkam w hotelu, w ktorym poza bialym kolorem nie ma nic. nawet lizaki kojaki sa biale jak snieg. tak jakby po wielkim deszczu zmylo wszystkie kolory. a w recepcji bardzo mily pan, ogolony na lyso bez brwi i rzes. biala karta otwieram bialy pokoj. biale sciany i meble. w lazience... pomaranczowe swiatlo. nawet malina zrozumiala dowcim i sie smieje: poooo - maaaa - rancoooowe? rzucamy walizke i idziemy z tesciem i malina na lunch.. mozaPella smakuje malinie jak zawsze. popijamy soczki i wode na sloncu. z tesciem i malina nawet frankfurt wydaje sie wesoly i ladny. tesciowa z nami nie przyjechala, bo pomysl z malina na lunch uwaza za glupawy. co ma takie male dziecko do szukania w restauracji? we wszystkim mamy dokladnie odwrotne zdanie. czasami juz tylko zeby bylo odwrotne, przeciwne, niezgodne, inne. meczace to jest, ale nie do zmiany. chyba.
malina dostala bialego lizaka na droge i pojechali do domu - godzina drogi stad. pomachala lapka i zapytala jeszcze czy wieczorem wroce. a ja nie wroce. dopiero w czwartek wsiadziemy razem do ICE i pognamy do monachium. bez lez sie pewnie nie obedzie.
siedze sobie w bieli i planuje nadchodzace dwa dni.

poniedziałek, 01 maja 2006
dwa dziewczynki

na wszystkie nasze smutki powszednie poszlysmy sobie z malina na typowa kobieca pocieszanke: na zakupy. malina gdzies sie chyba reklam proszku do prania, kawy i innych margaryn naogladala i postanowila stworzyc z nas pare idealna. trzyma mnie za raczke a jak sie gdzies oddali w sklepie to zaraz przybiega i usmiecha sie uroczo:
- zgubilas sie mamusiu?
przytula sie, caluje i nazywa mnie ciagle mamusia, co mnie zupelnie rozkleja i mysle, ze ona to robi celowo. szczegolnie jak tak przy tym w oczy zaglada. no wiec idziemy sobe tak za raczki i widzimy na przeciw tez jakas mamusie z corka za raczke. dziecko w wieku mniej wiecej maliny. malina tez je widzi i mowi:
- mamusiu zobac. tez takie dwa ladne dziewcynki. jak my.
o jezu jak mi sie zrobilo. poszlysmy sobie wiec zaraz - dwa ladne dziewcynki - na lody, bo inaczej mojego wzruszenia nie moglam wyrazic.

(wpis z 20 kwietnia)

Archiwum