wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 16 maja 2006
deszcz ogrodopsuj
pogoda zwariowala. deszczysko, slonce, grad.  w ogrodzie wyraznie spustoszenia: jablonki wczoraj jeszcze umajone jak panny mlode w bieli i rozu stoja gole i potargane. wracamy z przedszkola, droga okrezna zahaczajac o lodziarnie. malina biegnie do okna. leje i wieje jakby to mial byc koniec swiata w filmie rolanda emmericha. malina wola zrozpacziona:
 - co sie stalo z MOIMI kwiatkami???!
tlumacze jej, ze spadl deszcz i oberwal tulipanom platki.
 - glupi descu - wola malina do zaplakanej szyby - nie psuj mojego dzewa!!!!
i odwaraca sie do mnie wkurzona jak nigdy:
 - mamusia, popats, wsytko popsute... - i juz nie wiem co wieksze: krople deszczu na szybie czy malinowe lzy.
dobry duch.
deszczowy, szary poranek. maz juz w drodze. malina jeszcze w lozku. na stole goraca kawa. maz zrobil ja przed wyjsciem, zebym miala powod do wstania. wczoraj wieczorem zonglowalam telefonami, stukalam maile, szczebiotalam w kamerke. on wyczuwa, kiedy sie pali i nieomylnie, hamonijnie jak dobry duch wplata sie moje zycie. myje malinie zabki, czesze wloski, bajeczka na dobranoc i caluski.
za kariera kazdej kobiety stoi madry mezczyzna.
poniedziałek, 15 maja 2006
w biurze
kobieta, ktora mowi obrazonym tonem, stroi fachy dachy i ma muchy w nosie nazywa sie po niemiecku ziege. czyli koza. nie znosze takich kobiet, takiego tonu i takiego stylu bycia. ale jak sie nie napusze, nie obraze, nie uniose lekko glosu to jestem postrzegana jako sierotka marysia, ktorej kazdy moze wejsc na glowe. kazdy facet. a ze nie lubie facetow na glowie, to od czasu do czasu jestem eine ziege i... to pomaga. zalosne.

zicke, tu tez mowi sie zicke. i jest sie zickig...:-)
stolik pomaranczowy (imieniny 1.)
przyjecie ma sie odbyc w kuchni, na wszelki wypadek. gdyby mialo dojsc do rzucania tortem, bo nie smakuje lub koreczkami, bo smiesznie. znowsze wiec pomaranczowy stolik, ktory od poltora roku stoi w maliny pokoju razem z czerwona laweczka. malina przyglada sie stolikowi:
- jaki sliczny. nigdy takiego slicznego stolu nie wiedzialam!
 - dotalas go pod choinke juz dawno temu!
 - taaaak?!
robimy koreczki. ustawiamy kubeczki z kubusiem puchatkiem. po jakiejs godzinie szukamy czegos w pokoju maliny. malina staje w drzwiach wyraznie zdezorientowana:
 - nie ma stolika. mamusia, nie ma stolika! nie ma!!!
 - no... nie... ma... - potwierdzam i pytam:
 - wiesz gdzie jest?
 - nieeee. posukam.
i malina pada na podloge i szuka stolu pod lozkiem, potem w szafie, potem za komoda:
 - stooool! gdzie jestes? no nie ma. mamusiu? widzisz? nie ma.
a potem przyszli goscie...
niedziela, 14 maja 2006
gospodyni i goscie.
wyprawilysmy imieniny. po wyjsciu gosci nic juz nie bylo takie samo: hustanie nudne, malowanie nudne, zjezdzanie po  schodach tez bez uroku. kolacja. malina siedzi smutna jakas. pytam czy fajnie bylo.
 - fajnie.
ja na to, ze mnie tez sie podbalo, tylko nieladnie, ze malina nie zawsze daje sie bawic jej zabawkami. a to sa kolezanki i w dodatku goscie.
 - goscie? - pyta malina z niedowierzaniem.
 - goscie. i gosciom to trzeba dawac zaabwki, bo goscie przyszli w odwiedziny specjalnie do ciebie.
 - a... dlacego?
cos tu sie malinie nie podoba ta opowiesc. tlumacze wiec, ze goscie byli zaproszeni na jej imieniny a ona byla gospodynia. jako gospodyni przyjmowala gosci. zaproszonych. tego bylo malinie za duzo. broda jej sie zatrzesla, oczy wielkie, okragle i lezki jak groch. cierpi w milczeniu i pyta smutno:
- ja tez bylam zaproszona. bylam?
- ty zaprosilas. a zaproszone byly kolezanki.
beeeeee... malina wdrapala sie na moje kolana zeby wyplakac caly smutek z serca. moze w przyszlym roku powinnam wyprawic imieniny gdzies w parku? i
tatus zlodziej.
stoje pod prysznicem a malina przybiega co chwile i niecierpliwie pyta kiedy zejde na dol, ze kawa gotowa, zebym juz zeszla, no kiedy w koncu... schodze wiec z mokra glowa, ale w pelnym rynsztunku. na stole szafirki w kieliszku z woda i raczka maliny odcisnieta w gipsie i pomalowana na zolto.
- to dla ciebie i kocham cie.
oznajmia malina. a z dumy i podniecenia ledwie mowi.
- a kwiatki ukradl tatus w ogrodku - dodaje szybko, zebym nie miala watpliwosci kto dewastuje ogrod: NIE ONA! ale co mam sie zloscic. jest dzien matki, o ktorym kompletnie zapomnialam, bo pierwszy raz obchodze to swieto.
sobota, 13 maja 2006
sobota pracowita
rano jedziemy do polskiego przedszkola. ja zaspana. malina jak skowronek.
- co ci sie snilo dzis, malinko?
- gwiazdka.
- gwiazdka?
gwiazdka wpadla do pokoju maliny przez okno. malina zlapala ja w raczki. potem rzucila ja do mnie. a potem ja do niej. i znow... i znow...
- oj! to snilo ci sie, ze sie bawilysmy gwiazdka?
- tak. ty i ja.
- to piekna zabawa. - podsumowuje
- tak. zolta.

+++

kilka godzin pozniej odbieram maline. pani agnieszka cala w zachwytach. o wyobrazni maliny, o wrazliwosci. strasznie mi cieplo sie na sercu zrobilo, bo ciagle sie boje, ze jak pani chce ze mna rozmawiac, to zeby poskarzyc, ze malina kogos popchnela. a malina wymyslila dzis zabawe dwoch konikow. jeden plakal i byl samotny. ale zaraz znalazl sie drugi i zaraz sie zaczely bawic i bylo im wesolo. konikami byly rakietki do ping-ponga. pani nie moze sie nadziwic, ze malina ciagle cos pisze i ze te literki maja sens. cala powrotna droge malina nie wydusila z siebie ani slowa z dumy, bo pani chwalila ja w jej obecnosci.

+++

godzine pozniej bylysmy w niemieckim przedszkolu. wiosenny fest. sprzedawane byly cuda wyczarowane rekami mamus a zebrane pieniadze beda sluzyc na przedszkolne wydatki. piekne filcowe zworzatka, ozdoby, torby, fartuszki...
ja mialam upiec ciasto "suche" do kafejki festynowej. ani nie umiem piec, ani nie mam czasu, wiec chcialam poleciec do znajomego cukiernika po jakas babke piaskowa co by wygladala na "hand made". i tu... no i tu maz popsul mi opinie na cala ulice. wczoraj bawil sie w hausfrau i przyszedl mu do glowy zupelnie beznadziejny pomysl. pozyczyl od sasiadki foremke. kupil ciasto marmurkowe dr.oetker w proszku. wymieszali to z malina z jajkami i maslem i... upiekli ciasto! chodzili dzis dumni od rana. w domu pachnialo genialnie. ale jak dojechalismy do przedszkola, szczeka nam opadla. nasze kwadratowe ciasto wygladalo jak uboga krewna obok genialnych tortow, sernikow i babeczek. i tak tez zostalo schowane gdzies w kacie stolu. hmmmm... co powiemy malinie, ze nikt nie chcial jej ciasta? maz sie ucieszyl, ze... zabierzemy je do domu. na to ja, ze opuscimy festyn cichcem i nie przyznamy sie, ze to nasze. przyszlismy na tyle wczesnie, ze niemal nikt nie wie ktore nasze. ku mojemu zdziwieni nasz marmurek... sprzedal sie jako pierwszy i zostaly tylko okruszki. ostentacyjnie zabralam podstawke, zeby wszyscy wiedzieli, ze to maliny mamusia jest tym geniuszem piekarskim.

dzien zakonczyl sie szparagowa kolacja. ostatni szparag wystaje mi uchem. ide spac. jutro przyjmujemy dwoch imieninowych gosci maliny. malina wybrala talerzyki z misiem uszatkiem. nie wie jeszcze, ze w piwnicy tatus od dwoch dni maluje dla niej domek do ogrodka. jezu juz sie ciesze na jej ucieche.
piątek, 12 maja 2006
bilans zmeczony
1.wypadek na autostradzie - samochod do kasacji, siostra meza tylko potluczona
2.malina pobila sie z kolezanka w piaskownicy i ma rozwalony z lekka paznokiec, boli.
3.przez caly dzien powstrzymywalam sie zeby nie pojsc i nie wymowic pracy
4.zadzwonilam do mamy, zeby jej zdac relacje, ale ona miala tyle do powiedzenia o pogodzie w warszawie, ze po pol godzinie dalam spokoj i skonczylam rozmowe.
5.zjadlam ze smutku pol lodowki lodow i nawet tego nie zauwazylam.
6.jestem tak zmeczona, ze nie mam sily isc na gore.

jedyny plus: za godzine ten dzien sie nareszcie skonczy a ja juz moze nareszcie bede w lozku.
brak zrozumienia - problem stary jak swiat
siedzimy przy stole. zmeczeni. nic nie rozumiem. ja to mialam stres caly dzien. ale moj maz? meine liebe hausfrau?
 - pomogl w przedszkolu kilka stolikow przeniesc, na jutrzejszy fest wiosenny
 - przywiozl domek ogrodkowy ze sklepu (prezent imieninowy dla maliny)
 - kupil zapas bialego wina
 - nowe kolo do motoru
 - zabawa w piaskownicy
 - lezenie na lezaku i popijanie coli, kiedy malina lezy na lawce i przeglada ksiazeczki
 - zakupienie szparagow.
 - jeden telefon sluzbowy z pozytywna wiadomoscia.
to co on taki zmeczony? no co?
meine hausfrau
maz pracuje dzis w domu. ani garnituru ani krawata. ja padnieta po wczorajszych wieczoprnych internetowych przygodach: prywatnie w dziennikach zlodziejsko, zawodowo z pewna koza z LA. maz myje z malina zeby, zaklada jej rajstopki. mnie wspiera mocna kawa, maline herbatka malinowa i chrupkami na mleku. zawiazuje malinie chusteczke pod brods, wrecza mi torbe z laptopem i pomaga dotrzec do drzwi. po drodze zabiera torbe ze smieciami i odprowadza nas do samochodu. zamyka drzwiczki i machajac reka do maliny obok mnie mowi rozmarzony:
- ist das schöööönnnn. so ab und zu hausfrau zu sein.....
czwartek, 11 maja 2006
zdrada, kradziez, klamstwo. czy przestaja byc grzechem po wyznaniu prawdy? wedle praw chrzescijanskich, spowiedz, zal i postanowienie poprawy wymazuja wine. a czy wyznanie prawdy tylko, bez zalu wystarczy? drobiazgowe opowiesci o szczegolach wciaz trwajacego procederu maja pewnie moc wentyla i bielinki dla autorki wynurzen. brak im jednak prawdziwej mocy oczyszczajacej.
jesli bycie kochanka porowna sie do kradziezy to opisy wesolej seksualnej akrobatyki z zonatymi facetami na wakacjach lub w przerwach miedzy praca mozna opisac na przyklad tak wyciagniecie staruszce portfela z torby...
macho.
moze ja mam zly charakter a moze poprostu alergicznie reaguje na facetow macho, ktorzy mysla, ze jak maja czarne wlosy, czarne auto i 20-letnia kochanke to sa juz krolami swiata i wszystkie pozostale kobiety placza po nocach, ze nie maja u nich szans. a on nie w moim typie i prywatnie mi go niemal zal, bo nie odnosi zadnych sukcesow, nie daje sobie rady, tyle ze nikt nie ma odwagi powiedziec, ze krol jest nagi. wiec niech nie bedzie taki wazny, bo w koncu wybuchne. kurcze. zeby nie byl jednym z moich szefow, to bym sobie wybuchla a tak, zaciskam zeby i usmiecham sie serdecznie.

środa, 10 maja 2006
kolacja nudna.
nieciekawa kolezanka, nieciekawy klient. caly wieczor w panice szukalam tematow, wyciagalam je z rekawa jak czarodziej. a kazdy temat byl z lekka przybrudzony, zmietolony, zalatywal potem, strzepil sie na brzegach i zaraz bylo trzeba szperac w poszukiwaniu nastepnego. boze jak ja sie dzis wymeczylam, sfrustrowalam, podlamalam. nawet nie chce mi sie zmyc makijazu.
a trzeba isc spac choc ta decyzja przybliza jutro, ktore nie bedzie lepsze. tylko moze jutro nie pokloce sie z szefem. tak mi dopomoz bog.
wtorek, 09 maja 2006
kolory
jedyna polka w niemieckim przedszkolu, oprocz maliny, ma sliwkowe imie, ciemna karnacje, orzechowe oczeta i przesliczne czarne loczki. z nazwiska hiszpanka, z imienia owoc, po mamie mala poleczka. malina zafascynowana jest jest karnacja kolezanki. jedziemy do domu. malina opowiada przejeta:
 - mirabelka jest brazowa.
 - tak. ma sliczna, ciemniejsza skore. pewnie jej tata jest hiszpanem.
 - panem? i dlatego ona jest brazowa?
 - hiszpanem. z hiszpanii. tak jak ja jestem z polski. i babcia jest z polski. a tatus mirabelki moze jest z hiszpanii.
 - aha. i ona jest brazowa. a my... ty i ja... my jestesmy rozowe. dwie.
przyjecie dla lalek
bez wahania moge powiedziec ktore ksiazki malina uwielbia. wskazac jej ukochany samochodzik, ulubiona ukladanke. dwa miski, duzy i malutki, ktore malina obdarzyla miloscia od pierwszego wejrzenia. ale... zadna z czterech lalek nie cieszy sie wiekszym zainteresowaniem. ani szmacianka przytulanka, ani kasia z dlugimy wlosami, ani dzidzius. przez pewien czas malina chodzila spac z urwana noga barbi, ale to sie chyba nie liczy.
a dzis w przedzkolu jest przyjecie dla lalek. kazdy ma przyniesc ukochana lalke i bedzie degustacja ciatek, taniec i soczki. hmmm... pytam maline w piatek ktora lalke zabierze na przyjecie. ku mojemu zdziwieniu malina bez zastanowiena odpowiada:
- ale wezme. lylowa ale.
ala to pierwsza lalka, ktora kupilam malinie jak jeszcze miala roczek. nieduza szmaciana lalka z gumowa glowka i warkoczykami, w fioletowej sukience. malina hustala sie z nia przez kilka zimowych miesiecy na malutkiej hustaweczce w pokoju. dwa dni szukalysmy tej lali. przy porannej kawie opowiadamy, ze pewnie bedzie fajna zabawa, a moze nawet spiewy. malina na to:
 - ala nie powie nic. nie moze.
 - dlaczego nie? - pytam
 - bo ala ma buzie szeroko zamknieta.

jedziemy do przedszkola. po raz dziesiaty chyba pytam maline jak sie nazywa jej lalka. w koncu nie widzialy sie dobre dwa lata!
 - ala.
pytam znow, bo boje sie, ze zapomni. w koncu zniecierpliwiona malina mowi:
 - nie pytaj mnie ciagle i znowu, ciagle i znowu, bo mi braknie powietrza.
poniedziałek, 08 maja 2006
kiedy to jest???
 - mamusiu, kiedy jest ten festiwal lalek?
 - jutro.
 - aha. to teraz?
 - nie. jutro.
 - aha. a... kiedy jest jutro? dzisiaj?
 - nie... JUTRO!
 - aha...
mezczyzni
niestety, niestety. mezczyzni nie maja szans na poprawe ich sytuacji spolecznej. pewnie jeszcze pokolenie maliny bedzie mniej wiecej rownouprawnione. ale zaraz potem mezczyzni beda musieli sie podporzadkowac kobietom. oni sa tak niezorganizowani, umyslowo powolni, kontrolowani przez wlasna pyche, kompleksy, seksualny poped i walke o plemienna wyzszosc wyznaczana przez dlugosc penisa. wroze im smutna przyszlosc.

(reflekcje biurowe)
marzenie malinowe
- ile masz lat?
malina zawsze wyciaga trzy paluszki i dumnie odpowiada: tyle lat! tsy!
zabieram ja dzis z przedszkola. malina zamyslona. wyciaga raczke z rozcapierzonymi paluszkami.
 - mamusia, widzis?
 - tak.
 - tyle chce miec lat. tyle!
niedziela, 07 maja 2006
smiejemy sie na siebie
 - mamusia, smiejesz sie na mnie?
 - tak!!!
 - jak tez sie smieje na ciebie! a wiesz dlaczego?
 - dlaczego?
 - bo my jestesmy dwa wesole delfiny!!!

to byl piekny dzien.
malinowy kicz wiosenny
malina lata po ogrodzie w wianuszku. uplotlysmy go ze stokrotek zebranych w ogrodku. tyle mamy z tego, ze tatusiowi nie chcialo sie sciac trawy. bialo od stokrotek, zolto od mleczy. laka normalnie.
sobota, 06 maja 2006
tulipany malinowe
pojechalismy na pole tulipanow i zonkili. na brzegu pola stoi puszka na monetki i wisi kilka nozykow. trzeba kupowac po 10 sztuk, samemu sobie naciac i zaplacic. totalna samoobsluga. pojechalam tam w celu edukacyjnym, zeby malina zobaczyla, ze sa specjalne miejsca do scinania kwiatow. liczylam, ze da spokoj naszemu grodkowi. bylo fantastycznie. wybralysmy wszystkie odcienie liliowe, bordowe i rozowe. cudo. malina skaczaca wsrod kwiatow, piszczaca ze szczescia. w samochodzie sciskala te tulipany jak ukochana lalke, dziw, ze dozyly do wazonu. malina pierwszy raz w zyciu obslugiwala prawdziwe, duze, ostre nozyczki. przy kazdym przycietym ogonku powtarzala:
 - jestem duza.
a ja potwierdzalam. kilka zaniosla sobie w dzbanuszku do namiotu na tarasie a reszte wspolnie ulozylysmy w wazonie na stole. alez bylam dumna, ze tak sprytnie pouczylam maline w sprawie ogrodu. kilka minut pozniej malina stala w kuchni z peczkiem tulipanow z ogrodu. z dumy dziecko przestepuje z nozki na nozke:
 - mamusiu! niebieskie kwiatki juz nie zrywam. tylko te TULPANY. tylko zolte, bo my mamy tylko rozowe.
malina w przedszkolu.
do przedszkola malina poszla z kilku powodow wczesniej niz to mialam w planach:
- wyrzucilam nianie na zbity pysk i teraz mi wstyd, ze w ogole tak dlugo z nami byla
- malina jest samotnica i ja jestem samotnica. ja sie nie umiem bawic i malina tez nie. zeby malina nauczyla sie bawic, kleic, malowac a nie tylko spiewac koledy calymi dniami
- malina jest jedynaczka ia tak juz zostanie, wiec zeby miala towarzystwo i uczyla sie stosunkow w grupie.
- zeby miala ciekawie i wesolo. i zeby sie uczyla, ze inne dzieci tez maja swoje racje i nie caly swiat jest zorganizowany na zyczenie maliny.
bilans po miesiacu jest nie do konca zachwycajacy. malina zaczela pokrzykiwac w domu. dotad oddawala na placu zabaw zabawki obcym dzieciom, teraz zabiera mi widelec i wola: "moje!" ciagle na wszystko mowi: "glupie", w przedszkolu zas argumenty werbalne popiera szczypaniem i popychaniem. wczoraj zamyslona patrzyl w okno i mowi:
- dzieci nie chca sie ze mna bawic.
serce mi w gardle stanelo, maz spojrzal na mnie przestraszony. tego sie obawialismy: malina doszla do grupy, ktora istnieje juz pol roku, jest nowa. niby nigdy nic zaczelismy ja wypytywac o ulubione kolezanki. okazalo sie, ze dwie czy trzy bawia sie z nia w sklepiku i domku lalek. a luc i moritz ciagle chca ja calowac, ale ona nie chce. napiecie sie rozladowalo. pytamy czy ja bija.
- tak.
- a ty kogos bijesz?
- tak ale tylko jedna kolezanke.
kolezanka jest jedyna, procz maliny, polka w niemieckim przedszkolu i malina niszczy tu moje przekonanie, ze mity o wrogo do siebie nastawionych polakach zagranica sa nieprawdziwe. bardzo bym chciala jakos maline wesprzec w tym jej pierwszym kontakcie ze swiatem.
- jak chcesz to zaprosimy mirabele do nas. bedziecie sie mogly pobawic w ogrodku.
- nie. nie chce. - odpowiada malina stanowczo.
- a kogo chcesz? - pytam
- siebie. zapros mnie do mojego ogrodka.
nie wiem jak to zinterpretowac. malna chetnie chodzi i do polskiego i niemieckiego przedszkola. przynosi sliczne rysunki, jest wesola. ale takie rozmowy mnie niepokoja.

czwartek, 04 maja 2006
do domu.
odebralam samochod za pozno, nie mieli juz mojej klasy, wiec dali mi dwie klasy wyzej, sportowa wersje z silnikiem czolgowym. nie dyskutowalam. wzielam i juz. malina zachwycona i zdziwiona.
 - skad masz ten samochod?
 - z pracy.
przy odbiorze obecny byl moj kolega axel. my w droge do monachium, axel do hambruga. pedzimy i nic nie czujemy jak pedzimy. malina zamyslona, lize bialego lizaka.
 - podoba mi sie to auto twojego axela. - dobrze, ze nie wjechalam w row ze smiechu.
ogrod zamienil sie w bukiet kwiatow. malina biega teraz i sprawdza wszystkie kaciki. i czy hustawka jeszcze sie husta. i zjezdzalnia dziala. dziala.

środa, 03 maja 2006
kolacja
zaraz wskakuje do wanny i pod prysznic. musze umyc wlosy i co sie da. ciuchy wystawilam za okno. przesiaklam tajlandzka restauracja. siedzialysmy przy oknie. szeroko otworzone. klade komorke i zaraz ja przekladam na stol. okno jest przy ulicy. boje sie, ze ktos zgarnie telefon. nie zal mi aparatu, ale w nim zawartych skarbow, numerkow. zaraz robi mi sie wstyd. zwariowalam? frankfurt to nie jest miasto zlodziei! wszedzie mogli mnie napasc. moja klientka bez namyslu stawia na oknie torebke. przychodzi mila kelnerka i niesprawna niemczyzna prosi o zdjecie torby z okna, bo zaraz ktos z ulicy ukradnie. zlapie i ucieknie, bo okno niskie. smieje sie nerwowo. moze jednak nie zwariowalam? pewnie nie przyjade tu znow przez rok. ide wywiesic plaszcz na balkon, bo nie zasne. smierdzi jak nie wiem. ale bylo pysznie. i wesolo. i pozegnalysmy sie o cywilizowanej porze. jako matki i doswiadczone businesswoman nie musimy zarywac nocy zeby pokazac jak bardzo dla siebie jestesmy wazne. najgorsze sa obiady z singlami, ktore boja sie powrotu do pustego domu. wtedy czuje, ze jestem stara i juz nie mam sily.
pol dnia za mna
jedna paszcza zaliczona. zyje. bylo fantastycznie. malina u dziadkow zadowolona z zycia. tesciowa zadzwonila z pretensja, ze zostawilam same piekne spodenki i malina nie ma w czym isc do lasu. a ja zostawilam 5 par spodni na dwa dni, wiec mnie zatkalo. nie masz problemu? zglos sie do mojej tesciowej juz ona znajdzie ci cos ciekawego i to tam gdzie nie ma NIC. spodenki sa do ogrodu, przedszkola, wiec do lasu tez. i daj mi swiety spokoj kobieto bo chyba wrzasne albo co.


***

teraz i druga czesc oficjalna z mna. wskakuje pod prysznic i lece jesc. z mila klientka, wiec bez stresu. po tajwansku. postanowilysmy cos z kwiatkami i duzo alkoholu, bo ona tez miala stres calodniowy. pracujace mamusie laczmy sie i bawmy sie razem.
w poludnie siedzialam na pieknym placu, pilam prosecco i nie wiedzialam co robic, bo klientka wyciagala ze mnie plotki i obgadywala konkurentki. i zupelnie nie moglam sie zorientowac czy sprawdza mnie czy jestem idiotka ptasiplotka czy tez rzeczywiscie tak strasznie ja to pasjonuje. pocilam sie wiec podwojnie. w sloncu, w kozakach i welnianej spodnicy oraz przez moralne katusze.
jutro wynajelam sobie samochod, bo nie wiadomo o ktorej skoncza sie spotkania, wiec nie moge rezerwowac zadnego biletu. odbiore maline od oma i opa, puscimy sobie ladna muzyczke i poturlamy sie wesolo do monachium. 4 godziny jazdy. ciekawe ile koled przespiewamy...
Archiwum