wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
sobota, 06 maja 2006
malina w przedszkolu.
do przedszkola malina poszla z kilku powodow wczesniej niz to mialam w planach:
- wyrzucilam nianie na zbity pysk i teraz mi wstyd, ze w ogole tak dlugo z nami byla
- malina jest samotnica i ja jestem samotnica. ja sie nie umiem bawic i malina tez nie. zeby malina nauczyla sie bawic, kleic, malowac a nie tylko spiewac koledy calymi dniami
- malina jest jedynaczka ia tak juz zostanie, wiec zeby miala towarzystwo i uczyla sie stosunkow w grupie.
- zeby miala ciekawie i wesolo. i zeby sie uczyla, ze inne dzieci tez maja swoje racje i nie caly swiat jest zorganizowany na zyczenie maliny.
bilans po miesiacu jest nie do konca zachwycajacy. malina zaczela pokrzykiwac w domu. dotad oddawala na placu zabaw zabawki obcym dzieciom, teraz zabiera mi widelec i wola: "moje!" ciagle na wszystko mowi: "glupie", w przedszkolu zas argumenty werbalne popiera szczypaniem i popychaniem. wczoraj zamyslona patrzyl w okno i mowi:
- dzieci nie chca sie ze mna bawic.
serce mi w gardle stanelo, maz spojrzal na mnie przestraszony. tego sie obawialismy: malina doszla do grupy, ktora istnieje juz pol roku, jest nowa. niby nigdy nic zaczelismy ja wypytywac o ulubione kolezanki. okazalo sie, ze dwie czy trzy bawia sie z nia w sklepiku i domku lalek. a luc i moritz ciagle chca ja calowac, ale ona nie chce. napiecie sie rozladowalo. pytamy czy ja bija.
- tak.
- a ty kogos bijesz?
- tak ale tylko jedna kolezanke.
kolezanka jest jedyna, procz maliny, polka w niemieckim przedszkolu i malina niszczy tu moje przekonanie, ze mity o wrogo do siebie nastawionych polakach zagranica sa nieprawdziwe. bardzo bym chciala jakos maline wesprzec w tym jej pierwszym kontakcie ze swiatem.
- jak chcesz to zaprosimy mirabele do nas. bedziecie sie mogly pobawic w ogrodku.
- nie. nie chce. - odpowiada malina stanowczo.
- a kogo chcesz? - pytam
- siebie. zapros mnie do mojego ogrodka.
nie wiem jak to zinterpretowac. malna chetnie chodzi i do polskiego i niemieckiego przedszkola. przynosi sliczne rysunki, jest wesola. ale takie rozmowy mnie niepokoja.

czwartek, 04 maja 2006
do domu.
odebralam samochod za pozno, nie mieli juz mojej klasy, wiec dali mi dwie klasy wyzej, sportowa wersje z silnikiem czolgowym. nie dyskutowalam. wzielam i juz. malina zachwycona i zdziwiona.
 - skad masz ten samochod?
 - z pracy.
przy odbiorze obecny byl moj kolega axel. my w droge do monachium, axel do hambruga. pedzimy i nic nie czujemy jak pedzimy. malina zamyslona, lize bialego lizaka.
 - podoba mi sie to auto twojego axela. - dobrze, ze nie wjechalam w row ze smiechu.
ogrod zamienil sie w bukiet kwiatow. malina biega teraz i sprawdza wszystkie kaciki. i czy hustawka jeszcze sie husta. i zjezdzalnia dziala. dziala.

środa, 03 maja 2006
kolacja
zaraz wskakuje do wanny i pod prysznic. musze umyc wlosy i co sie da. ciuchy wystawilam za okno. przesiaklam tajlandzka restauracja. siedzialysmy przy oknie. szeroko otworzone. klade komorke i zaraz ja przekladam na stol. okno jest przy ulicy. boje sie, ze ktos zgarnie telefon. nie zal mi aparatu, ale w nim zawartych skarbow, numerkow. zaraz robi mi sie wstyd. zwariowalam? frankfurt to nie jest miasto zlodziei! wszedzie mogli mnie napasc. moja klientka bez namyslu stawia na oknie torebke. przychodzi mila kelnerka i niesprawna niemczyzna prosi o zdjecie torby z okna, bo zaraz ktos z ulicy ukradnie. zlapie i ucieknie, bo okno niskie. smieje sie nerwowo. moze jednak nie zwariowalam? pewnie nie przyjade tu znow przez rok. ide wywiesic plaszcz na balkon, bo nie zasne. smierdzi jak nie wiem. ale bylo pysznie. i wesolo. i pozegnalysmy sie o cywilizowanej porze. jako matki i doswiadczone businesswoman nie musimy zarywac nocy zeby pokazac jak bardzo dla siebie jestesmy wazne. najgorsze sa obiady z singlami, ktore boja sie powrotu do pustego domu. wtedy czuje, ze jestem stara i juz nie mam sily.
pol dnia za mna
jedna paszcza zaliczona. zyje. bylo fantastycznie. malina u dziadkow zadowolona z zycia. tesciowa zadzwonila z pretensja, ze zostawilam same piekne spodenki i malina nie ma w czym isc do lasu. a ja zostawilam 5 par spodni na dwa dni, wiec mnie zatkalo. nie masz problemu? zglos sie do mojej tesciowej juz ona znajdzie ci cos ciekawego i to tam gdzie nie ma NIC. spodenki sa do ogrodu, przedszkola, wiec do lasu tez. i daj mi swiety spokoj kobieto bo chyba wrzasne albo co.


***

teraz i druga czesc oficjalna z mna. wskakuje pod prysznic i lece jesc. z mila klientka, wiec bez stresu. po tajwansku. postanowilysmy cos z kwiatkami i duzo alkoholu, bo ona tez miala stres calodniowy. pracujace mamusie laczmy sie i bawmy sie razem.
w poludnie siedzialam na pieknym placu, pilam prosecco i nie wiedzialam co robic, bo klientka wyciagala ze mnie plotki i obgadywala konkurentki. i zupelnie nie moglam sie zorientowac czy sprawdza mnie czy jestem idiotka ptasiplotka czy tez rzeczywiscie tak strasznie ja to pasjonuje. pocilam sie wiec podwojnie. w sloncu, w kozakach i welnianej spodnicy oraz przez moralne katusze.
jutro wynajelam sobie samochod, bo nie wiadomo o ktorej skoncza sie spotkania, wiec nie moge rezerwowac zadnego biletu. odbiore maline od oma i opa, puscimy sobie ladna muzyczke i poturlamy sie wesolo do monachium. 4 godziny jazdy. ciekawe ile koled przespiewamy...
za godzine zaczyna sie cyrk.
zaraz ide zagladac w paszcze lwa. klapnie ta paszcza czy nie klapnie? wyjde calo czy w kawalkach?  biala bluzka na bacznosc czeka, buty i torba. zbedny bagaz: worki pod oczyma, metlik w glowie, ciezkie stopy, ciezkie serce, dwa kilo niepotrzebnego zmeczenia. ide na dol. niech mnie ktos uratuje mocna kawa. i... pewnie bialym lizakiem.
antyk
pokrywam sie patyna i glaszcze sie codziennie jak ukochany antyk. nie o urode juz walka ale o urok. jak sie nie smieje i w odpowiednim stoje swietle to az tak bardzo zmarszczek nie widac. ale ja sie smieje czesto i glosno i o kazdej porze swietlnej.
wtorek, 02 maja 2006
historia sprzed lat (pewna krakowianka zainspirowana)
moja siostrzenica ma 4 lata. my mlodzi, zwariowani robimy kariere, pieniadze zarabiamy i sie bawimy. tesciowie, szwagierka z mezem czyli rodzice siostrzenicy sa u nas na weekend. przyjechali wszyscy. z roznych stron niemiec. mysla o nas zle, bo juz 8 lat po slubie a my tylko sie wyglupiamy i o dzieciach nie myslimy.

nie? no jak to nie? wlasnie siostrzenica placze okropnie. zeby ja zabawic daje jej do dyspozycji wszystkie skladniki do sosow foundie. zaluje kilka minut pozniej: czterolatka gotuje gorzej niz ja. a myslalam, ze gorzej juz sie nie da.
i znow placz. przemykam do sypialni. stoja tam trzy zielonokremowe stoliczki z malutkimi szufladkami. do LEWEGO chowam gumowe misie i gwizdek. tlumacze mezowi zeby przyniosl srodkowy stoliczek z pustymi szufkladkami i LEWY z misiami i gwizdkiem do salonu. przynosi.
tlumaczymy malej, ze bedzie fokus pokus. kazemy otworzyc szufladke. co jest? kazdy widzi: puste! a teraz? fooookuuuus - pooookuuuuus. oczy zmkniete. dziecko nie widzi, ze stoliczki sa podmienione. oczy otwiera i przed cala rodzina jak widownia, podekscytpwane do granic wytrzymalosci czteroletniego czlowieczka, wyjmuje z szufladki... sliczne ... prezerwatywy. rodzina peka ze smiechu, my ze wstydu, dziecko nie wie o co chodzi.
 - slodkie? cukierki?
 - ... no... hmmm... nie wiem!!!
czy ja moglam wiedziec, ze wyszlam za maz za czowieka, ktory LEWEJ od PRAWEJ nie odroznia?
w bialej restauracji
siedze sama w bialej restauracji. jem cos tak ostrego, ze mi lzy przeslaniaja ekran. do tego przepyszne wino, ale - jakby moj maz sie zmartwil - na prozno. moglabym pic piwo bo jame ustna mam wypalona chilli. przedemna komputer. kiedys to by bylo nie do pomyslenia: czlowiek z komputerem w restauracji.
dyskutuje sobie i sie wyglupiam wirtualnie. obok siedzi b. elegancki mlodzieniec. juz po raz czwarty dzwoni do kogos i opieprza kogos przez telefon za spoznienie. popedza. ciekawe kto przyjdzie. kobieta czy mezczyzna? mlodzieniec jest piekny. moze byc i jedno i drugie. jeszcze przed miesiacem slowo "pieprze" nie przeszloby mi przez gardlo. oto co uczynila (odczynila?) z mojego zycia pani peszek.

we miescie bylam tylko godzinke-kosmetyki niezbedne kupilam i juz. i trzymalam torbe jak skarb. i balam sie. nie moglam tego powstrzymac choc wiedzialam, ze to glupie. wszedzie mozna byc napadnietym. ale ja bylam wlasnie tu . rok temu.
o dziennikach TS - rozne moje wpisy skopiowane
dzienniki sa ciekawym cwiczeniem na intuicje. wczesniej czy pozniej mozna sprawdzic czy sie mialo racje. w zlosci czy z innych powodow oliwa sprawiedliwa, chcac nie chcac i szydlo z worka. gdzie indziej mozna te nasza nieopisana, kobieca, niesamowita intuicje tak przetestowac? wlasnie tu.
(wpis z 25.04.2006)

nie wiem. pewnie sie nie dowiem. ani zadna z nas do konca nie bedzie wiedziala. przerozne nicki, charaktery, osobowosci ciekawe i mniej. prawdziwe, wykreowane, szczere, obludne, wesole i smutne. wszystkie przypadki dziennikow dziwne powinny byc nauka: nie wiesz, kto to jest, kto z toba rozmawia, nawet jesli go dotknelas reka. nie wiesz. warto chronic adresy mailowe, telefony. chronic siebie. teksty tu zamieszczane nie sa niczyja wlasnoscia. moga jutro zniknac jesli tak zadecyduje TS. moga byc cytowane np. w TS bez pytania o zgode. dystans pomoze cieszyc sie ta dziennikowa zabawa. anonimowosc niech bedzie chroniona. nieprzyjemnosci omijane. omijane z daleka. na wszelki wypadek i dla spokoju duszy. dobranoc.
(wpis z 24.04.2006)
dialogi malinowe
- a gdzie jest moja pomaranczowa balona?
- pomaranczowy balon?
- tak.
- nie wiem.
- pewnie peknela.
- ...pewnie pekl. balon.
- taaak. no sukam i sukam. balooona, gdzie jestes?... nie ma. moze druga balona jest. baloooona druga, gdzie jestes?
- mowi sie balon.
- tak. ale nie ma. druga tez peknela.

(wpis z 27.04.2006)



czesc kwiatkow wyskubanych z ogrodka staram sie choc na kilka dni uratowac w wazonie. wiedna szybko. malina smuci sie:
- wszystie moje kwiatki... sie.. po---... sie ... popsu... nie ... sie ... poplakaly.
ale jutro znow bede ja gonila i przepedzala jak kurke po podworku.

(wpis z 26.04.2006)

poszlismy na pizze. wchodzimy do restauracji: sucho. wychodzimy: leje. rozochocona zabawa z kelnerami malina rozklada raczki:
- i co my teraz zrobimy. strasnie pada!
tatus spokojnie:
- pojedziemy do domu.
- ale tam tez pada!
tatus:
- ale tam mamy dom nad glowa.
- ale ten dach jest mokry.
no ma racje. i burza. i zle wiadomosci zawodowe. lepiej bylo zostac w restauracji.
(wpis z 24.04.2006)
bialo
mieszkam w hotelu, w ktorym poza bialym kolorem nie ma nic. nawet lizaki kojaki sa biale jak snieg. tak jakby po wielkim deszczu zmylo wszystkie kolory. a w recepcji bardzo mily pan, ogolony na lyso bez brwi i rzes. biala karta otwieram bialy pokoj. biale sciany i meble. w lazience... pomaranczowe swiatlo. nawet malina zrozumiala dowcim i sie smieje: poooo - maaaa - rancoooowe? rzucamy walizke i idziemy z tesciem i malina na lunch.. mozaPella smakuje malinie jak zawsze. popijamy soczki i wode na sloncu. z tesciem i malina nawet frankfurt wydaje sie wesoly i ladny. tesciowa z nami nie przyjechala, bo pomysl z malina na lunch uwaza za glupawy. co ma takie male dziecko do szukania w restauracji? we wszystkim mamy dokladnie odwrotne zdanie. czasami juz tylko zeby bylo odwrotne, przeciwne, niezgodne, inne. meczace to jest, ale nie do zmiany. chyba.
malina dostala bialego lizaka na droge i pojechali do domu - godzina drogi stad. pomachala lapka i zapytala jeszcze czy wieczorem wroce. a ja nie wroce. dopiero w czwartek wsiadziemy razem do ICE i pognamy do monachium. bez lez sie pewnie nie obedzie.
siedze sobie w bieli i planuje nadchodzace dwa dni.

poniedziałek, 01 maja 2006
dwa dziewczynki

na wszystkie nasze smutki powszednie poszlysmy sobie z malina na typowa kobieca pocieszanke: na zakupy. malina gdzies sie chyba reklam proszku do prania, kawy i innych margaryn naogladala i postanowila stworzyc z nas pare idealna. trzyma mnie za raczke a jak sie gdzies oddali w sklepie to zaraz przybiega i usmiecha sie uroczo:
- zgubilas sie mamusiu?
przytula sie, caluje i nazywa mnie ciagle mamusia, co mnie zupelnie rozkleja i mysle, ze ona to robi celowo. szczegolnie jak tak przy tym w oczy zaglada. no wiec idziemy sobe tak za raczki i widzimy na przeciw tez jakas mamusie z corka za raczke. dziecko w wieku mniej wiecej maliny. malina tez je widzi i mowi:
- mamusiu zobac. tez takie dwa ladne dziewcynki. jak my.
o jezu jak mi sie zrobilo. poszlysmy sobie wiec zaraz - dwa ladne dziewcynki - na lody, bo inaczej mojego wzruszenia nie moglam wyrazic.

(wpis z 20 kwietnia)

niemiecka poczta - niezawodna

malina codziennie pisze list do zajaca. maluje siebie i to co by chciala, zeby jej zajac przyniosl. a to zabke malutka gumowa (jak gumowy mis), a to lizaka, a to czekoladowa kulke. wklada listy do naszej skrzynki pocztowej a potem sprawdza. rzeczywiscie ostatnimi dniami zajac regularnie zabiera listy i zostawia to o co prosila w liscie malina. wczoraj namalowala mnie i siebie i dwa zajaczki.
- ty tez dostaniesz zajacka z cekolady.
ucieszylam sie z dobrego serca mojego dziecka, ale niestety mialam tylko jednego czekoladowego zajace, wiec po kilku godzinach malina znalazla tylko jeden prezent.
- oj zaczek zapomnial o mamusi. - zmartwilam sie, ale malina zaraz mnie pocieszyla:
- on jest dla ciebie i dla mnie. dla mnie uszy, dla ciebie buzia, tak?
pojechalysmy na poczte. podgryziony zajac zniknal tam dziwnym trafem. ( bo jakby go malina zjadla w calosci to z kolacji nici ). wytlumaczylam, ze zajac zgubil sie na poczcie i zeby napisala nastepny list. tym razem do listonosza, malina napisala zeby jej zwrocil czekoladowego zajczka jak go znajdzie na poczcie. listonosz byl tu dzis pol godziny temu jak zawsze na zolto na zoltym rowerze, wiec nie do przeoczenia. malina pedem pognala do skrzynki. jakiez bylo jej zdziwienie i radosc, kiedy znalazla tam swojego nadgryzionego zajaca zapakowanego w biala bibulke.
- odal mi! oddal! pana listonosza lubie.

(wpis z 19 kwietnia)

boze narodzenie w wielkanoc

siedzimy u lekarza i ogrzewamy jakims specjalnym aparatem chore malinowe uszki, zeby wyzdrowialy. przez drzwi widzimy wychodzaca od lekarza mame muzulmanke w dlugiej chuscie i maciupkim dzieciatkiem w ramionach. malina malo ze stolka nie spadla:
- patrz, jezus!

(wpis z 18 kwietnia)

dlugi weekend z tesciami

drugi dzien u teciow. o dwa dni za duzo. jutro jade do frankfurtu a malina zostanie tu na dwa kolejne dni. moi tesciowie staja coraz bardziej obcy i to chyba sie juz nie zmieni. tesciowa powstrzymuje sie zeby nie okazywac mi braku sympatii. przynajmniej tyle. nie potrafimy sie polubic i chyba juz przestalysmy sie starac.

dlugi weekend bez posmaku wakacji. maz pracuje, ja telefonuje i obeserwuje maline. kwitnie. wczoraj bylismy u ciociobabci. jej maz umarl przed tygodniem. dom jest pelen jego ubran, przedmiotow, zapachu nawet. ona mowi o nim w czasie terazniejszym i jest strasznie pogodna. 70 - letnia ciocia biegala przez godzine z malina i bawila sie w chowanego. mloda, sprawna, wesola. kiedy ja to wszystko dopadnie? czy da sobie sama rade?

niech ten tydzien przemknie, minie. chce do domu.

sobota, 29 kwietnia 2006
entertainment
trzy walizki stoja gotowe na bacznosc. cos tam jeszcze prasuje. cos tam jeszcze jemy. tatus i malina nie wiedza, ze na deser mam dla nich dwa czekoladowe chrzaszcze. dostana jak im sie uda wymowic to slowo. nic za darmo. potem wskakujemy do samochodu i w droge. do oma , opa i sara. malina strasznie podniecona. jedziemy wielkim samochodem, ktory mamy do dysüozycji na dwa tygodnie. rano zawiozlam maline tym czolgiem do przedszkola polskiego, po drodze staralam sie uruchomic radio. w tej fortecy na kolkach wszystko obsluguje sie poleceniami werbalnymi. mowie wiec: entertainment, zeby wlaczyc radio. malina zdziwiona:
 - kto?
 - entertainment - powtarzam glosniej i tlumacze, ze to do samochodu. malina nie wie jak zareagowac, ale jest w wieku w ktorym wiele rzeczy jest niezrozumialych. pyta na wszelki wypadek:
 - rozmawiasz z samochodem?
kiwam glowa, bo w sumie tak, rozmawiam. i wykrzykuje, bo radio sie nie wlacza:
 - entertainment!
malina staje w obronie czolgu:
 - nie krzycz na niego, on sie boi.
no wiec nie krzycze i przygladam sie pewnemu guzikowi, ktory okazuje sie normalna galka, bo glosnosc to jez trzeba raczka. calkiem normalnie. chala nie luksus. normalna galka jak w zwyjklym golfie i fiaciku. nie moge sie jednak zbyt dlugo zastanawiac, bo malina wola:
 - o! hamburg!
boze, to ja tak daleko zajechalam? przed chwila bylysmy jeszcze w monachium.
 - tam sa balony i rurki do picia socku.
tlumaczy malina. swiatlo sie zmiania i jedziemy dalej. zostawiam mcdonaldsa z tylu. malina byla tam dwa razy w zyciu i wspomina jak piekna podroz. ale jestesmy twardzi. najpierw nauczy sie nozem i widelcem a potem n´bedziemy chodzic do restauracji dla malpek.
 - hamburg lubie bardzo. - rzuca dla pewnosci malina, zebym nie miala watpliwosci jakie ma marzenia. i po co mi taki entertainment z galka, skoro mam taki sliczny,malinowy entertainment bez galki? i jak ma dobry humor to tez da sie werbalnie sterowac!


piątek, 28 kwietnia 2006
powrtot taty, ale nie mickiewicz
jedziemy samochodem z przedszkola.w domu czeka tatus. nie bylo go trzy dni. malina zachwycona.
- sybko! sybko!
przyspieszam i pytam co mu powie na przywitanie.
 - powiem: kocham cie.
oj to sie tatus ucieszy.
 - powiedz mu, ze tesknilas za nim. - podpowiadam a malina na to
 - ty tez mu powiedz, ze tesknilas. tatus sie ucieszy.
no... powiem.
udalo sie?
mam nowa wyszukiwarke. moze w koncu uda mi sie usamodzielnic, wydoroslec, znalezc wlasne wirtualne cztery katy. pisac co zechce i miec milych gosci...
wtorek, 25 kwietnia 2006
Pierwszy wpis
Pierwszy wpis robię ja, założycielka :) I tak go potem właścicielka usunie :)
1 ... 86
 
Archiwum